Gość: POLAK
IP: *.dip.t-dialin.net
07.04.05, 18:10
Co z niegdysiejszym prymusem, lokomotywą wzrostu gospodarczego w Europie?
Mowa o Niemczech, które znajdują się na szarym końcu listy rankingowej
unijnej gospodarki - na 25 miejscu. I pomału toruje sobie drogę przekonanie,
że to raczej żaden powód do dumy.
Nadal co prawda spece od polityki gospodarczej za katastrofę w Niemczech
obwiniają wszystkich wokół. Najnowsza wymówka - za wszystko odpowiada
ubiegły rok, a jak nie on, to wysoka cena ropy naftowej. Lecz propaganda
sukcesu, import z minionej epoki, traci impet.
Niejako na marginesie przyznaje się, że w paru innych państwach, jak u nowych
unionistów czy w Irlandii gospodarka rozwija się, tym niemniej dla wielu z
nich to słaba pociecha:
”Inne państwa strefy euro, jak Niemcy, Włochy, Holandia czy Portugalia mają
jednoprocentową stopę wzrostu, Niemcy zgoła mniej, bo 0,8”- mówi Joaquin
Almunia, komisarz finansów Unii Europejskiej.
A zatem Niemcy to chory człowiek Europy – uważa się w Brukseli, natomiast
rządzący w RFN socjaldemokraci i Zieloni święcie wierzą we własną prognozę ze
stycznia tj. w to, że wzrost gospodarczy będzie dwa razy wyższy i wyniesie
1,6 procent. Opozycja chrześcijańsko-demokratyczna nie wierzy natomiast w
cuda: Peter Hintze, rzecznik frakcji CDU/CSU do spraw polityki europejskiej,
uważa statystykę z Brukseli za ...Waterloo dla rządu Niemiec. Zwraca on uwagę
na fakt, że tym samym Niemcy zajmują pod względem stopy wzrostu PKB ostatnie
miejsce wśród unijnej „25” i po raz kolejny naruszą granice ustalonego
deficytu państwa. Hintze podkreśla, że czołowi ekonomiści postrzegają spadek
koniunktury i oznaki pojawiającej się recesji. W tej sytuacji – uważa polityk
opozycji – na groteskę zakrawają upiększone prognozy rządu w Berlinie,
zwłaszcza w obliczu masowego bezrobocia.
Ow niski wzrost gospodarczy negatywnie wpływa na wysokość deficytu
budżetowego. Inaczej, niż minister finansów w Berlinie, Hans Eichel, Alumnia
jest przekonany o tym, że także i w tym roku Niemcy naruszą granice
deficytu – osiągając minus 3,3 procent PKB i to już po raz czwarty z rzędu.
Jak na ironię to Niemcy właśnie obstawały przed laty przy niskich granicach
zadłużenia, by zdyscyplinować rozrzutników wśród unionistów. Dziś opozycja
wypomina to lewicy, licząc na punkty elektoratu.
A nie tak dawno jeszcze pod naciskiem Berlina i Paryża Unia zmuszona była
zgodzić się na rozluźnienie reguł paktu stabilizacyjnego, a w konsekwencji na
zaniechanie żądania sankcji w odniesieniu do państw, które nie radzą sobie z
dyscypliną budżetową. Lecz Joaquin Almunia ma jeszcze w rękawie czerwoną
kartkę - nie wykluczył on tego, że Bruksela zażąda od Berlina podjęcie
dalszych kroków oszczędnościowych. Na czym one będą polegać – na razie nie
wiadomo.