laband Re: Legyndy 12.02.05, 11:15 Podobno legynda juz kedys podowouch, ta sam ale je inaczyj szkryfniynto: "Jak s'wiynty Jacek przijechou na kolacjo do dom, do ojcow, do Kamiynia, tosz potym szou tysz na przechadzka, a tam bardzo ludzie sie uskorzali na sroki, ize im niszczouy zboza. I tosz potym tyn s'wiynty Jacek rozkozou im, ize majom is'c' z tego miejsca na sto lot. Tosz tysz potym sto lot tam niy bouo sroki. A to dopiyro teroski ich tam zas' widac'. A potym prowda, bou na rozbarku tyn s'wiynty Jacek, a tam zykou rozaniec. I rozerwou mu sie tyn rozaniec. A tosz jednak wszyskego wszyskego niy pozbiyrou. I od tego czasu rosuy w tym piosku te paciorki. I to ludzie se powykopywali i jak ich mieli, co ich bouo dos'c', to rozan'ce se robiyli z tego a to bouy rozance s'wiyntego jacka, a te kamiynie bouy z dziureckoma, co pszeszuy sznureczki bez nie" Ta musiouch szkryfnonc tak a niy inaczyj, bo choc mom tabela ze znakoma, to take jake uzywou Reinhold Olesch we tym orginalnym tekscie zech ajnfach niyznod. To je bezto ino podobne tak jak godali sto lot nazod na Anabergu. Odpowiedz Link Zgłoś
laband ps 12.02.05, 13:13 tak do przipomniynia Szczynsc Boze! Niydowno’ch posuou mojego synka do bierzmowanio i wzion se on przi tym miano Hyazinth/Jacek. Znocie naszego swiyntego Jacka przeca wszyske, ale niy wszyske znocie ta legynda(y), keroch znod niydowno we blank starym(März 1958) numerze „Gleiwitzer und Beuthener Heimatblatt”. No tosz kery zno niymiecko szpracha niych tuplikuje zaro inkszym. A idzie tam o stary kosciou we Beuthen-Roßberg/Bytom-Rozbark. Die Sage erzählt, daß sich dem Heiligen einst beim Gebet die Schnur seines Rosenkranzes gelöst hat und die Perlen desselben in das Geröll gefallen sind und nich mehr vollständig zusammengelesen werden konnten. Da soll der Missionar die Worte gesprochen haben: „Wachset hier, bis einst die Quelle versieget“. Kurze Zeit darauf verließ St. Hyazinth unsere Gegend, reiste nach Krakau zurück und unternahm von dort eine mehrjährige Missionsreise bis nach dem Inneren Asiens, von der er erst im Jahre 1257 zurückkehrte und bald darauf am 15 August desselben Jahres gestorben ist. Die versteinerten Perlen, die früher zahlreich um das alte Kirchlein herum gefunden worden sind, (Encriniten, Versteinerung von Teilen der Seeligen) führt der Volksmund auf den hl. Hyazinth zurück, und sie wurden allgemein nur St. Hyazinth-Perlen genannt. Die St. Hyazinth-Perlen wurden von den Kindern gern gesucht und auf Schnüre gereiht. Im Beuthener Museum ist ein Rosenkranz aus St. Hyazinth-Perlen zu sehen. Es mag hier auch erwähnt werden, dass bei dem Jubiläums-Ablaß im Jahre 1900 dem damals regierenden Papst Leo XIII. von dem Stellenbesitzer Peter Spyra aus Roßberg, Kaminerstraße 1, ein in Gold gefasster Rosenkranz aus den St. Hyazinth-Perlen überreicht worden ist. Die kostbare Rosenkranz ist von dem Uhrmacher Hahulski gefertigt worden.“ „Eine ander Sage berichtet, dass der Heilige einmal bei einer Predigt von den Elstern oder Schalastern gestört worden ist. Voll Unwillen verbannte er sie aus der Gegend von Beuthen, und diese Vögel meiden fortan den Ort bis zum heutigen Tag.“ „Die dritte erbauliche. Legendenhafte Sage, dass der hl. Hyazinth bei dem Priestermorde in Beuthen OS. mit den Roßberger Bürgern zum Schutze der armen Priester eingegriffen hätte, lässt sich geschichtlich nicht aufrecht erhalten, weil diese Greueltat im Jahre 1363 geschehen ist, während St. Hyazinth bereits 1257 gestorben ist. Deshalb können auch die Prophezeiungen, die ihm über den Niedergang der Stadt und des Bergbaues in den Mund gelegt werden, ebenfalls nur als fromme Sage gelten.“ No tosz pozykejcie dzisiej fajnie do naszego slonskego swiyntego. Amyn! Szwager Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Legyndy 03.04.05, 19:41 "O śląskich rabsikach 1 Postacie szlachetnych przestępców, rozbójników i banitów wyjętych spod prawa, odbierających bogatym i dzielących się z ubogimi, występują w folklorze wielu narodów. Należeli oni do „ulubionych” bohaterów licznych podań, pieśni i legend, przekazywanych ustnie, czasami przez wieki, niekiedy też przenikając do „wysokiej” twórczości literackiej, muzycznej i plastycznej. Na Górnym Śląsku istnieli oni głównie w opowieściach, jakich snuciu sprzyjały różne formy dawnego „życia gromadnego”. Najwięcej sposobności ku temu dawało wspólne przebywanie podczas wykonywania prac mających charakter zbiorowej pomocy sąsiedzkiej. Dziś niewielu już pamięta o sławnych ongiś górnośląskich zbójnikach i pospolitych przestępcach, będących w przeszłości, a zwłaszcza w drugiej połowie XIX wieku, postrachem mieszkańców i prawdziwą zmorą służb porządkowych. Ich przypomnieniu służyć ma najnowsza wystawa w Muzeum Miejskim, zatytułowana „Prawda i legenda o najgłośniejszych zbójnikach i rabusiach na Śląsku i Żywiecczyźnie”. W folklorze Górnego Śląska występuje kilka postaci zbójników, na temat których krążyły różnego rodzaju, często krwawe historie. Do najstarszych należy rycerz-rozbójnik Kozioł, żyjący podobno w odległych mrokach X czy XI wieku, jak głosi legenda o założeniu Koźla. Kolejną postacią odnotowaną w relacjach jest Walenty Dyngos, urodzony podług tradycji w Bytomiu. W młodości miał on wspólnie z ojcem, furmanem, jeździć do Galicji po sól. Po kradzieży jakiej dopuścił się w Krakowie, spędził parę lat w więzieniu, a następnie włóczył się po świecie. Z czasem wrócił na Śląsk. W Bytomiu pojawił się jako człowiek majętny, z zebranych przez siebie skarbów miał wybudować kilka domów. Mimo to nie zaniechał zbójeckiego procederu, dokonując licznych rozbojów na drogach od Opola do Krakowa. Niekiedy ograbiał z kosztowności także mieszkańców swojego miasta i najbliższych okolic. Do dnia dzisiejszego zachowały się dwie wersje jego śmierci. Wedle pierwszej, zmarł w rodzinnym mieście jako szanowany obywatel [2]. Druga wersja mówi, iż Dyngos schwytany został w Opolu w trakcie spieniężania wcześniej zrabowanych kosztowności. Zdemaskowany i postawiony przed sądem w rodzinnym Bytomiu, ostatecznie dał głowę na szafocie na tamtejszej górze straceń. W zachowanych anonimowych opowiadaniach występuje motyw jego leśnej kryjówki, wypełnionej skarbami, z której prowadzą do Bytomia podziemne lochy. Kolejnym zbójem-rabusiem odnotowanym w folklorze Górnego Śląska jest Sobczyk, który w młodości wyuczył się rzemiosła szewskiego. Oddając się zasadniczej profesji, równocześnie parał się kłusownictwem. Zdradzony przez sąsiada, zabił go, podobnie jak nieco później żandarma, gdy ten wyśledził jego kryminalną działalność. Za głowę Sobczyka, jako szczególnie niebezpiecznego przestępcy, wyznaczona została nagroda pieniężna. Do podstępnego ujęcia Sobczyka doprowadził, podobnie jak miało to miejsce w przypadku wielu innych zbójników, jego bliski znajomy. Po procesie, jak głosi legenda, Sobczyk stracony został na szafocie w Bytomiu. Ostatnim z grupy słabo utrwalonych w przekazach zbójców był niejaki Szydło, początkowo pospolity złodziejaszek napadający na drogach na bogatych chłopów. Z czasem związał się z bandą Eliasa i wyspecjalizował w rozpruwaniu kas pancernych. Dobierał się do nich w szeregu miast na terenie Górnego Śląska; do najbardziej spektakularnych wyczynów należały napady w Bytomiu, Gliwicach, Zabrzu oraz Raciborzu. A teroz wom łopowiem ło dwóch rabsikach, ło kierych chodzom roztomajte godki, to ło Pistulce i Eliasie W pamięci osób, w licznych podaniach, pieśniach, legendach oraz źródłach historycznych (relacje prasowe, akta urzędowe itp.) największej „sławy” i rozgłosu doczekali się: Karol Pistullka [3] oraz Wincenty Elias, postacie z krwi i kości, działający w latach 1870- 1875. Wincenty Elias urodził się na Opolszczyźnie, w miejscowości Malina, w 1845 r. Dzieciństwo spędził w Straduni nieopodal Krapkowic. Karierę rozbójniczą rozpoczął od drobnych kradzieży w bytomskich i gliwickich sklepach. Wraz ze swą kochanką zamieszkał w bliżej nieokreślonym miejscu w pobliżu granicy austriackiej, skąd prowadził swój rozbójniczy proceder. Na szersze wody wypłynął z chwilą, gdy poznał się z pochodzącym ze Strzelec Opolskich młodym (urodzonym w 1848 r.) czeladnikiem ślusarskim Karolem Pistullką. Nawiązana przez nich współpraca z czasem zaowocowała szeregiem, często spektakularnych napadów. Z czasem ich głośne wyczyny, wzmocnione rozległą siecią współpracowników, paserów i sympatyków znalazły się na pierwszych stronach ówczesnej prasy, stając się pożywką do powstawania coraz liczniejszych, po drodze wzbogacanych licznymi wątkami opowieści. Jako jedyni, w stosunkowo krótkim czasie zostali wpisani w żywy wówczas folklor słowny Górnego Śląska. Poczynania obu rabusiów cechowała wyjątkowa ruchliwość i skuteczność. I tak Elias schwytany podczas napadu na hotel w Jastrzębiu, zdołał się wymknąć strażnikom w drodze do aresztu w Rybniku. Innym razem, osadzony w więzieniu w Łabędach, prędko wymknął się poza jego mury. W krótkim czasie banda Eliasa rozrosła się liczebnie, mnożyły się jej złodziejskie sprawki. Wśród rozlicznych, rozsianych po całej ówczesnej prasie śląskiej rewelacji reporterskich na temat aktywności band Eliasa i Pistullki znajdujemy między innymi te dotyczące napadu na kasę generalnej dyrekcji koncernu Thiele-Winckler w Katowicach, (...) skąd wynieśli pierzynem wielko kasa pancerno, kiero wsadzili na fura zaprzągnięto w śtyry konie i wywieźli do lasa. (...) aże pod som Józefowiec, kaj dopiero brechsztangami udało się jom łotworzyć. Znaleźli tam pieronem dużo złota i strzyła, i bardzo dużo piniędzy w złotych markach, a wszystkie papióry firmowe i inne akcyje to spolili. Policja długo była bezsilna wobec rabusiów. Jako pierwszy w ręce policji wpadł w 1874 r. Karol Pistullka, wydany przez swoją kochankę. Sądzony w Bytomiu, skazany został na karę śmierci, którą ostatecznie cesarz Niemiec, Wilhelm II zamienił na dożywocie. Po wyroku Pistullka przewieziony został do więzienia w Raciborzu, gdzie wkrótce zmarł (28 XII 1876 r.). Niedługo potem pochwycony został Wincenty Elias. Podobnie, jak miało to miejsce w przypadku Pistullki, wydała go kochanka. Trafił do aresztu w Bytomiu, skąd oczekując na proces po raz ostatni próbował umknąć prawu. Jak donosiła ówczesna prasa, za pomoc w ucieczce Elias obiecał dozorcy więziennemu 1200 talarów. Strażnik jednak nie zgodził się na współpracę. Ostatecznie wyrokiem bytomskiego sądu z 5 maja 1876 r. Elias został skazany na śmierć. Wyrok ten podobnie jak w przypadku Pistullki zamieniony został na karę dożywotniego więzienia. Elias osadzony został w więzieniu w Raciborzu. Po odbyciu części wyroku, za dobre sprawowanie został ułaskawiony. Nie opuścił jednak więzienia. Pozostał w nim do śmierci (2 IV 1913 r.) jako dobrowolny rezydent. [1] Tytuł i śródtytuł pochodzą z: A. F. Halotta, Śląskie bery, bojki i opowiastki z dawnych lat, Katowice 1984. „rabsik, rapsik”- rabuś, bandyta. [2] Faktem jest iż do lat 40. XX wieku istniała w Bytomiu ulica Dyngosa (obecnie ulica Katowicka) [3] Pisownia nazwiska w oparciu o dane zawarte w księdze zgonów Urzędu Stanu Cywilnego w Raciborzu na rok 1876. Urszula Wieczorek Nasze Zabrze Samorządowe 4/2002 " Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Legyndy 12.04.05, 09:53 znalezine na inkszym forum: Powstanie Ślęży, Raduni i Wierzycy tak tłumaczy stara legenda: "...Przed wielu, wielu laty, diabły zawistne o dzieło Pana Boga, któremu tak pięknie udała się ziemia śląska, postanowiły zniszczyć i zasypać kamieniami całą krainę, aż po dzisiejszy Wrocław. Czasu miały jednak niewiele - od wiosennego zrównania dnia z nocą do Nocy Świętojańskiej. Zaczęły więc znosić potężne bloki skalne i budować ogromne góry. Tak powstały Sudety ze swym najwyższym szczytem Śnieżką. Dni było jednak coraz mniej i sił, mimo że piekielnych, przy tej ciężkiej pracy ubywało. Kolejne usypiska były więc coraz mniejsze i nie tak starannie uformowane. Wzgórza Łomnickie, na przykład, stanęły w poprzek Karkonoszy. Nadeszła wreszcie Noc Świętojańska - koniec diabelskiej roboty - w ostatniej więc chwili gdzieniegdzie na Przedgórzu czarty usypały kamienne kopce. Między dwoma takimi wzniesieniami, położonymi najdalej na północ od Karkonoszy, w okolicach dzisiejszej sobótki, znajdowało się jedyne wejście do piekieł. Pewnego poranka jedną z tych gór, zwaną kiedyś Górą Anielską, a dziś Gozdnicą, opanował hufiec aniołów i zaatakował armie piekielne stojące na Raduni. Rozgorzała zacięta walka, w której bronią były bloki skalne. Pociski były tak ciężkie, że nie dolatywały do celu. Spadając w połowie drogi zamknęły wejście do piekła i utworzyły nową wielką górę, Ślężą później nazwaną. Gdy zobaczył to Lucyfer zdenerwował się okrutnie i chwyciwszy potężną skałę rzucił ją w kierunku aniołów - tak powstała Stolna. Następny pocisk też był niecelny; upadł przed górą zajętą przez anioły i tak utworzyło się wzniesienie dziś zwane Wieżycą. Zrozpaczony czarci dowódca tupnął kopytem z taką siłą, że ziemia się przesunęła i tak powstała przełęcz Tąpadła oddzielająca Ślężę od Raduni. Od tej pory diabły nie mogąc dostać się do swej siedziby nasyłają na Ślężę burze i pioruny, z nadzieją, że kiedyś odsłoni się na powrót wejście do piekieł..." Autor anonimowy Za: Sobótka i okolice, Janusz Skałecki, KAW, Wrocław 1979 r." Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Legyndy 19.05.05, 17:45 "Dzieje miejscowości rozpoczynają się w momencie, gdy w latach 50. XIII w. cystersi z Jędrzejowa pojawili się na terenie dzisiejszych Rud i rozpoczęli budowę kościoła i klasztoru. 21 października 1258 r. książę opolsko-raciborski Władysław nadał cystersom przywileje prawne i gospodarcze. Przypuszcza się, że nazwa Rudy pochodzi od koloru rzeki przepływającej w pobliżu opactwa lub związana jest z bogatymi pokładami rud żelaza, które cystersi wydobywali do wytopu. Legenda głosi, że miejsce pod budowę kościoła i klasztoru wybrał książę Władysław podczas polowania. Zabłądził on lasach pełnych dzikich zwierząt i podczas odpoczynku zasnął pod wielkim dębem. Podczas snu ukazał mu się kapelan zamkowy z Raciborza, ojciec Benedykt (cysters z Jędrzejowa), który powiedział: "Bóg bliskim jest tych, którzy go szukają". Na drugi dzień, po przebudzeniu, książę odnalazł kompanów. Następnie opowiedział całą historię żonie Eufemii. Oboje uznali, że w miejscu tego zdarzenia należy wybudować świątynię. Razem udali się na miejsce, gdzie rósł wielki dąb. Tam wiatr zerwał welon z głowy księżnej. Para uznała, że w miejscu, gdzie po chwili opadł welon, Bóg chce - by powstał ołtarz. Istnieje także przekaz o studni w podziemiach opactwa, która została wydrążona na miejscu źródełka o cudownych właściwościach. Faktem jest, że w latach 20. XIX w. władze pruskie chciały zamienić klasztor na sanatorium z zakładem balneologicznym." Odpowiedz Link Zgłoś
hanys_hans Re: Legyndy 17.06.05, 20:39 Legenda o Widowskim Zamku Wydarzyło się to ponad 400 lat temu. Do dziś pozostaje tylko legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie… W długie burzowe wieczory spędzaliśmy przy fotelu babci, która opowiadała nam różne baśnie o rycerzach, smokach, księżniczkach oraz dobrych i złych władcach. Zawsze kończyła morałami, które pozostawały nam w pamięci i służyły w życiu do dziś. Najlepiej pamiętam opowieść o widowskim władcy mieszkającym w zamku, który wznosił się w naszej wiosce tam, gdzie dziś rośnie las zwany przez mieszkańców „podgórze”. Babcia rozpoczęła „wędrówkę” po legendzie: „Zamek ten zamieszkiwał ówczesny władca Widowa, którego imię niestety nie jest nam znane. Przez wiele lat rządził on mądrze i sprawiedliwie, także wszyscy byli zadowoleni. Jednak wszystko, co dobre kiedyś się kończy i tak tez się stało. Władca wywierał coraz to większy ucisk na mieszkańców, urządzał bardzo dużo uczt, wymuszając na chłopach daniny. W końcu znienawidzili oni swojego pana”. Babcia wstała, podeszła do okna i w zamyśleniu patrzyła na spływające po szybie krople zimnego deszczu. „To była noc taka jak ta” – kontynuowała – „Był to dzień Męki Pańskiej i chłopi spędzili go na modlitwie i poście. Niestety pan nie stosował się do tradycji religijnych i wydał huczny bal. Zaproszeni goście tańczyli, pili i jedli do syta. Słychać było coraz to głośniejsze śpiewy, śmiech i okrzyki…” Babcia urwała i spojrzała na nasze twarze wyczekujące z niecierpliwością dalszego ciągu. ”Deszcz padał coraz bardziej, niebo całkowicie się zachmurzyło, wioskę spowił czarny mrok, ludzie modlili się w domach by nie spadła na nich kara za szaleństwa władcy. Nagle w zamek uderzył ogromny piorun burząc go niemalże całkowicie! Wszystko stanęło w ogniu! Przerażeni chłopi słyszeli tylko jęki i wołanie o pomoc dochodzące z zamku. Nikt nie miał jednak odwagi, by tam iść. Rankiem wszystko ustało. Zamek był spalony. Wystawał tylko szczyt najwyższej wieży z krzyżem, ale i on po wielu latach runą. Ludzie mówili i mówią do dziś, że jest to kara Boża za zbezczeszczenie święta.” Babcia zakończyła swoją opowieść morałem: „Pamiętajcie, by zawsze zachowywać tradycje i szanować wszystkie święta”. Legenda mówi, że śmiałek, który odnajdzie wejście do zamku i otworzy drzwi sali balowej, tym samym uwalniając uwięzione tam dusze, otrzyma bogactwa, o jakich może tylko zamarzyć…, ale to tylko legenda. Odpowiedz Link Zgłoś
hanys_hans Re: Legyndy 17.06.05, 20:40 Geszichta z kole Widowa Kejs, ale to jusz blank douwno stauo si to we lejse na widowskich gorach. Szua baba od strony Widowa ze dzieckym na rynce do lasa na grziby. Idze sie tak i jeny nadou paczi i grzibow szukou, asz naroski przed wielkimi wrotoma ze kratow stoji. Aza tymi kroutoma tag jasno jakby tam wtojs fojerka se zrobiou. Baba je bardzo ciekawou i idze blizy tych wrotow i widzi poune gorki zlota, srebra jakes blyszczonce sie kamienie a naroski wtojs do ni goudo: " podz rajn i wejs se co jno chcesz, ale nie zapomni nojwazniejszego". Baba wpazoua rajn i zachua dwoma rynkami brac co jeno poradzoua. Ajak juz nikaj nic nie pasowauo i obie rynce tyz miala poune, to uciekaua s tamtond bo sie boua ze ji wtojs ze tego bogajstwa zanim dodom dojdze odebiere. Blank zadyszanou wyleciaua przes te wrora i sie jeszce roz obrucioua i naroski widzi jak jej maue dzecko za temi juz zawartymi wrotoma siedzi. Baba ciepua t co miaua we rynkach na ziemia, ale we tym samym momyncie wrota straciouy sie jak by onych tam nigdy nie bouo. Niekedy jak wiater wieje to suychac na widowskich gorach, niedaleko uod Widowa, jakby puaczonce dziecko. A kej indzi widac zajs jakous baba kerou cojsik we ty lejse szukou - ale to jeno bandom grziby. Odpowiedz Link Zgłoś
hanys_hans Re: Legyndy 17.06.05, 22:38 Obroski do legendy o Widowskim Zamku widow701.webpark.pl/Podgrze/index.html Odpowiedz Link Zgłoś