Dodaj do ulubionych

Dla tych, którzy chcieliby zapomnieć...

28.08.05, 17:56
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34443,2887897.html
Natłustka (1)

Michał Olszewski 26-08-2005 , ostatnia aktualizacja 26-08-2005 18:03

Jaki ma sens przywracanie pozostałościom po Holocauście dawno zgasłego blasku?
Może powinniśmy zostawić te buty, w których więźniowie szli do komór gazowych,
żeby rozpadły się w proch?

Jak pachnie zbrodnia po 60 latach? Przede wszystkim czuć ją chemikaliami.

Na przykład ponad 80 tys. par butów należących do więźniów wymordowanych w KL
Auschwitz-Birkenau pachnie olejem kopytkowym. To substancja wytwarzana z kopyt
zwierzęcych, zalatująca dawno zjełczałym tłuszczem. Doskonale konserwuje skórę.

Do oleju dodaje się lanolinę - wosk zwierzęcy otrzymywany podczas czyszczenia
wełny owczej. Miła woń, trochę jak kosmetyki albo proszek do prania.

I jeszcze benzyna lakowa. Ciężki, chemiczny zapach.

W ten sposób powstaje natłustka. Naciera się nią buty.

Buty pachną inaczej niż walizki, w których Żydzi przywozili swój dobytek. W
muzeum mówią, że w butach pozostało więcej zapachu człowieka. Bo są
przechodzone, bo wsiąkała w nie krew, pociła się stopa. A walizka? Ktoś
trzymał ją przez moment za rączkę. Nie więcej.

Drzwiczki do pieców krematoryjnych, długie pogrzebacze do przesuwania
zwęglonych ciał, metalowe wzierniki, przez które esesmani sprawdzali, czy
ciała w komorze przestały się ruszać - pachną paraloidem B-44 albo kosmolidem,
zwanym też woskiem mikrokrystalicznym. Mają zapach rozcieńczalników.
Rozcieńczalniki pozwalają utrzymać w ryzach korozję.

Są jeszcze zapachy starych dokumentów, zbutwiałych banknotów chowanych pod
podeszwą, papierowej wyściółki, listów pisanych z obozu. Ostre zapachy
metalowych łyżek, które wygięły się z gorąca. Zardzewiałych nożyczek, noży,
widelców...

Wszystkie wonie mieszają się w pracowni konserwatorskiej muzeum w Oświęcimiu.
To jedno z najnowocześniejszych tego typu laboratoriów w Europie. W sterylnych
wnętrzach, wyłożonych bielutkimi płytkami, grupa kilkunastu młodych ludzi
konserwuje materialne ślady zbrodni.

Kafelki ani świeżo pomalowane ściany nie pachną. Konserwatorzy chodzą w
białych fartuchach. Nic nie zagłusza woni skóry, metalu, chemii. Pachną
makatki, którymi więźniarki wyściełały podłogi baraków, pachną stare mapy i
plastik, który je okrywał. Kawałki materii leżą na stołach niczym ciała
przygotowane do operacji.

Do kogo należał ten but?

Od dwóch lat najwięcej wysiłku pochłaniają buty. Te same, które w bloku V
można oglądać przez szybę. Zachowały się, bo Niemcy nie zdążyli ich wywieźć
ani spalić. Leżały w błocie Brzezinki, kiedy w styczniu 1945 r. odnaleźli je
Rosjanie.

Od 2003 r. konserwatorzy zabezpieczali buty dorosłych. Teraz przez ich ręce
przechodzą buciki dziecięce.

Paweł Kwiek, Krzysztof Kolasa i Łukasz Wójcik siedzą na zydelkach wokół góry
obuwia. Pochyleni, ze skrobaczkami w dłoniach, przypominają kucharzy
obierających ziemniaki. Pomieszczenie wypełnia dławiący zapach, który szybko
wnika w płuca. Na ustach mają maski, ale woń i tak dostaje się do gardeł.

- Starość, stęchlizna, wilgoć, chemikalia - wyliczają składniki zapachu,
wydłubując z podeszew kamyki. Z niektórych butów wysypuje się słoma. Do innych
przylepiło się błoto. Co oznacza, że do komory gazowej dziecko szło przez
deszcz albo roztopy.

Z butów wysypują się też trociny. To pamiątka po poprzednich konserwatorach,
którzy impregnowali buty w specjalnej wirówce. Wrzucali je do obrotowej beczki
wypełnionej trocinami pomieszanymi z drobnym żwirkiem, olejkiem cedrowym i
lanoliną. Efekt był bardzo dobry, ale obuwie się niszczyło, więc konserwatorzy
przeszli na prace ręczne.

Paweł Kwiek: - Tu nie można zbyt wiele myśleć. Na początku, gdy brałem but do
ręki, zastanawiałem się, do kogo mógł należeć. Na czyją nogę pasował. Ale tak
się nie da, bo trudno pracować. Przyzwyczaiłem się i jakoś idzie.

Wydłubują kamyki i trociny, wytrzepują kurz. Po siedem godzin dziennie, więc
rozmawiać trzeba. Rozmawiają przy stercie butów o dziewczynach, imprezach, o
tym, co zdarzyło się wczoraj na mieście.

Czasem coś znajdą. Ostatnio na przykład opakowanie po kremie Nivea, lub
wyściółkę ze sprawdzianu z matematyki w bucie jakiegoś dziecka - na kartce
widać dobrze słupki cyfr.
Obserwuj wątek
    • sss9 Re: Dla tych, którzy chcieliby zapomnieć... 28.08.05, 17:58
      Natłustka (2)

      Czasem rozmawiają ze sobą jak czeladnicy od szewca. O tym, że po butach można
      poznać status pomordowanych. Buty z lichych tkanin przemieszały się z tymi z
      dobrze wyprawionej skóry. Niektóre damskie buty do dzisiaj zachowały szyk i
      widać, że kosztowały kawał grosza.

      Albo o tym, że tamte buty są cięższe od dzisiejszych. Skóra grubsza, gorzej
      wyprawiona, stwardniała na kamień, w podeszwach dużo gwoździ, podków, klamer.

      Że drewniak drewniakowi nierówny. Biedota musiała chodzić na niewygodnych
      podeszwach z jednego kawałka drewna, a lepiej sytuowani szli do gazu na
      podeszwach z kilku kawałków drewna, połączonych skórą i paskami. Dzięki temu
      stopa lepiej pracowała.

      Bardzo rzadko zdarza się but luksusowy - z podeszwą ze sztucznego tworzywa.

      Szmaciaki poddały się pierwsze. Po 60 latach materiał jest podziurawiony,
      rozłazi się w rękach. Pokiereszowały go mole. W niektórych butach można znaleźć
      larwy insektów.

      Chłopaki wypełniają kolejną skrzynkę. Seledynowy but z czerwoną wstążką na
      sznurowadle - może biegła w nim do komory gazowej dziewięcioletnia Felicja Gold,
      której aż do 1944 r. udawało się ukryć w łódzkim getcie? A może jedna z sióstr
      Papa, Livia albo Erica? Może jedna z bliźniaczek Fuchs? Bucik obszywany grubą
      dratwą - czy nosił go trzyletni Gyurika Kaldor z Węgier, czy raczej mały Belg
      Bernard Wajland?

      Pepegi, wiatrówki, pantofle... Niektóre w całkiem dobrym stanie. Dopiero z
      bliska widać, że wszystkie są poskręcane i pogięte, jakby ponad 60 lat temu
      męczyły się w konwulsjach.

      Tak pachnie śmierć

      Mirosław Maciaszczyk i Tomasz Irzyk, starsi konserwatorzy z pracowni, mogliby
      chodzić po muzeum Auschwitz z zawiązanymi oczami. Część miejsc rozpoznają nosem.

      Na przykład bloki otwarte dla turystów różnią się zapachem od tych, do których
      turyści nie mają wstępu. Na zamkniętych blokach, IV czy XXVIII, w powietrzu czuć
      starość i cierpienie. Co to znaczy: czuć cierpienie? To tak, jakby w ciężkim
      powietrzu zastygły krzyki kobiet poddawanych zabiegom ginekologicznym albo
      odgłosy bicia. Zapach męczarni.

      W blokach zamkniętych od 60 lat stoi gęste i nieruchome powietrze. W blokach, po
      których krążą turyści, powietrze jest inne. Drzwi otwierają się i zamykają,
      czasem jest przeciąg, ludzie przychodzą ze swoimi perfumami, przynoszą świeży
      pot, woń śniadań i obiadów.

      Chemikalia najbardziej czuć na bloku IV, gdzie przechowuje się dwie tony włosów.
      Czuć je do tego stopnia, że ludzie najwrażliwsi wymiotują.

      Tomasz Irzyk: - Łaziłem po wielu miejscach, w których wiało stęchlizną i
      wilgocią. Ale nigdzie nie czułem takiej ciężkości powietrza co tutaj, na
      zamkniętych blokach.

      - To jest zapach obozu. Tak pachnie śmierć - dodaje Krzysztof Kolasa.

      Chłopiec musiał utykać, idąc do gazu

      Skrzynka z butami wędruje dwa pomieszczenia dalej. Zapach kurzu i stęchlizny
      jest już słabiej wyczuwalny, bo przygłusza go woń natłustki.

      Wśród skrzynek siedzą trzy wesołe dwudziestolatki. Gadają o chłopakach,
      zakupach, pogodzie. Pochylone nad stołem przekazują sobie kolejne buty. Sylwia
      Kochan myje każdy specjalnym mydłem konserwatorskim. Sylwia Sikorska wyciera, a
      Agnieszka Szerszeń pędzelkiem nanosi natłustkę.

      - O, proszę porównać - mówi z zadowoleniem, pokazując dwa buty. Na jednym skóra
      jest martwa, na drugim, tym zakonserwowanym, połyskuje żywym blaskiem. - Po
      wyschnięciu wyglądają jak nowe. Odzyskują kolory. W niektórych można by chodzić.

      Dziewczyny mają lepszą pamięć niż chłopcy. Pamiętają pojedyncze buty. Gdy
      zaczynały pracować przy konserwacji, przez ich ręce przechodziły buty dla
      dorosłych. Duże numery. Przypadkiem pojawił się sandałek z wgłębieniami od
      dziecięcych palców, jakby przed chwilą ściągnięty z małej nogi...

      Albo ten bucik ortopedyczny, rozmiar 20, z korkową podeszwą. Chłopiec musiał
      utykać, idąc do gazu.
      • sss9 Re: Dla tych, którzy chcieliby zapomnieć... 28.08.05, 17:59
        Natłustka (3)

        Nie, to nieprawda, że płakały. Może jakaś inna dziewczyna. Nie przyszły tu w
        końcu po wzruszenia, lecz do konkretnej pracy.

        Spisują nazwy zakładów szewskich, widoczne na wewnętrznej stronie cholewy.
        Dziesiątki nazw i adresów. "Royal", "Lipsia", "A. Wypyszyński, Warszawa, Niecała
        5", "Cinderelle", "Den Haag - Amsterdam", "Parisia", "Pracownia wykwintnego
        obuwia, Antoni Szela, Łódź, ul. Piotrkowska 96"...

        Uważnie przyglądają się butom na obcasie albo na koturnach. Czasem któraś
        westchnie z żalu, że takich fasonów już się nie robi. Nie lubią kozaków, bo jest
        kłopot z wyczyszczeniem. Sylwia Kochan zapamiętała but z wężowej skóry,
        wyprodukowany przez zakład Dermata. Na pewno należał do jakiejś elegantki.
        Natłuściły go i zaczął tak pięknie błyszczeć, tak pięknie...

        Potrafię sobie wszystko wyobrazić

        Większość konserwatorów pochodzi z Oświęcimia i okolic. Żyją pod rękę z obozem
        od wczesnego dzieciństwa. To nieodłączna część ich świata. Starsi pracownicy
        mogli jeszcze bawić się w wojnę w budynku Starego Teatru, w którym Niemcy
        przechowywali cyklon B. To był fantastyczny plac zabaw. Ich rodzice należą do
        pokolenia, które pamięta zapachy z ciastkarni położonej na terenie byłego obozu.
        Grzybiarze bardzo lubią lasy wokół lagru w Brzezince.

        Tomasz Irzyk, rocznik 1979: - Do obozu jesteśmy przyzwyczajeni. Góry butów każdy
        z nas widział nieraz przez szybę. I nagle szyba znika, a my przechodzimy na
        drugą stronę. Bierzemy je do rąk, dotykamy starej skóry. Nie ma już masy, są
        pojedyncze sztuki, które kiedyś należały do konkretnych ludzi. Historia rozpada
        się na indywidualne przypadki. Zaczynasz myśleć, na jaką nogę mógł pasować ten
        but, jakie dziecko w nim chodziło. Oczywiście, w pewnym momencie trzeba
        powiedzieć: stop. Jeżeli chce się tutaj pracować, trzeba się skupić wyłącznie na
        materii. To nie jest brak wrażliwości, tylko konieczność. My tu mamy inne
        zadania: zbadać, jaki jest stan przedmiotu, jak go odrdzewić, zaimpregnować,
        zabezpieczyć. Żyje mi się dobrze - o godz. 15 wsiadam do auta i wracam do domu.
        Staram się nie zabierać ze sobą myśli o butach.

        Główny konserwator Witold Smrek w obozie pracuje 20 lat. Nie rozmawia o
        tragediach, moralności, największej zbrodni w dziejach ludzkości. Nie używa
        wielkich słów, podobnie jak jego podwładni. Woli poprowadzić w kąt korytarza,
        gdzie w kilku gablotach schowane przed oczami turystów leżą spokojnie szczątki
        odnalezione podczas remontów. Smrek ogląda po raz kolejny pamiątkowe broszki w
        kształcie kartek żywnościowych (na jednej zachował się napis: "W dniu Matki od
        Sali", kromka sczerstwiałego na kamień chleba znaleziona w jednej z wartowni,
        butelka, kompasy, nieśmiertelniki jenieckie, wyciory do karabinów, okruchy
        stopionego szkła z baraków koło "Kanady". - Dopiero tutaj czuję naprawdę, jak
        żyli. Biorę do ręki te rzeczy i potrafię sobie wszystko wyobrazić...

        Kiedy powiedzieć: dość?

        Konserwatorzy nie tylko odmładzają materię. Zadają sobie również pytania. Kiedy
        powinni powiedzieć: dosyć? Czy jest sens odmładzać przeszłość i przywracać
        pozostałościom po Holocauście dawno zgasły blask?

        Są znakomite sposoby. Duraglit do konserwacji metalu. Tanina, wersenian, kwas
        cytrynowy. Aceton, toluen, fosforany. Wszystko w służbie ludzkiej pamięci.

        Na jednym ze stołów w pracowni leżą sprzęty obozowe codziennego użytku. Tomasz
        Irzyk pokazuje łyżkę i nóż: - Co jest prawdziwsze? Co mówi więcej? Czy ta
        pięknie wyczyszczona srebrna łyżka z wygrawerowanym ptakiem, czy może nóż
        zjedzony przez rdzę? Może powinniśmy zostawić te buty, żeby rozpadły się w
        proch, żeby tkaninę zżarły mole...

        Tak stanie się z włosami eksponowanymi w muzeum. Co jakiś czas konserwatorzy
        myli je w detergentach i środkach dezynfekujących. Powstał spór: czy włosy są
        szczątkami ludzkimi? Jeśli są, to nie wypada robić z nich widowiska. Jeżeli nie
        są, można traktować je jak łyżki albo buty.

        Przeważyła pierwsza opcja.

        - Już są kruche, ale zanim rozsypią się w pył, minie co najmniej kilkadziesiąt
        lat. Będziemy je nadal pokazywać. Aż do stanu śmierci technicznej - ocenia
        Witold Smrek. - A buty pozostaną znacznie dłużej. Skóra to trwały materiał.

        Dziewczyny od pędzelkowania: - Dużo rozmawiamy o naszej pracy. Kiedy zaczęłyśmy
        tu pracować, część znajomych była zdziwiona. Jedni uważali, że to zajęcie
        obrzydliwe, inni mówili, że powinniśmy zostawić te buty i nie przywracać im
        kolorów. Niech się rozpadną. Że nie wypada robić takich rzeczy. Bo to niesmaczne.

        Sylwia Sikorska: - Powiem krótko i może mało odkrywczo - jestem dumna, że tu
        pracuję. I że dzięki mnie buty przetrwają dłużej.

        Nota

        W zbiorach muzeum oprócz butów i włosów znajduje się m.in. blisko 4 tys.
        walizek, ok. 12 tys. garnków, 40 m szesc. stopionych przedmiotów metalowych z
        magazynów "Kanady" w Birkenau oraz 6 tys. eksponatów kolekcji artystycznej, w
        tym ok. 2 tys. przedmiotów artystycznych wykonanych przez więźniów w obozach
        koncentracyjnych, głównie w Auschwitz. Buty były ostatni raz czyszczone w latach 80.
    • stefan_ems Re: Dla tych, którzy chcieliby zapomnieć... 28.08.05, 18:39
      Oczywiście, że należy pamiętać!!
      Ale natarczywe wspominanie zbrodniach hitlerowskich, jakie obserwuje się na
      śląskich forach to chyba lekka przesada. Tym bardziej, że nikt ich tu nie
      kwestionuje (a jakieś trolle to się zawsze znajdą - takich lepiej nie karmić).
      Pzdr.
    • sss9 Re: Dla tych, ... Gdyby nie polski wywiad 02.09.05, 08:40
      Gdyby nie polski wywiad
      Dominika Pszczółkowska 31-08-2005 , ostatnia aktualizacja 31-08-2005 20:22

      W latach II wojny światowej Polska miała najsprawniejszy wywiad ze wszystkich
      państw alianckich. Bez niego wojna trwałaby znacznie dłużej

      Historycy polscy i brytyjscy przez ostatnie pięć lat wspólnie badali historię
      współpracy wywiadu obu krajów podczas II wojny światowej. Efektem ich pracy jest
      tom "Polsko-brytyjska współpraca wywiadowcza podczas II wojny światowej", który
      właśnie ukazał się po polsku. Każdy czytelnik - nawet dobrze znający tę tematykę
      - znajdzie w niej wiele nowych informacji, do których po raz pierwszy dotarli
      badacze, korzystając z dostępu do wciąż tajnych archiwów brytyjskich, a także
      polskich, amerykańskich i innych.

      Polska specjalność

      Zdaniem historyków w okresie II wojny światowej Polska miała najsprawniejszy
      wywiad ze wszystkich państw alianckich. Przytłacza już sam rozmiar operacji
      naszego wywiadu. „W zasięgu [jego] oddziaływania pozostawała cała Europa,
      Ameryka Północna i Południowa, Bliski, Środkowy i część Dalekiego Wschodu,
      Afryka Północna. Regularnie meldunki napływały z Polski, Niemiec, Austrii,
      Czechosłowacji, Francji, Belgii, Hiszpanii, Holandii, Portugalii, Rumunii,
      Szwecji, Szwajcarii, Węgier, okupowanych części ZSRR i obydwu Ameryk. »Polską
      specjalnością «, obszarami, na których nie działały żadne alternatywne siatki
      aliantów, były, oprócz ziem polskich, Niemcy, Zaolzie, Austria i okupowana część
      ZSRR. Polskie placówki wywiadu (...) były jednymi z nielicznych działających
      także poza własnym terytorium narodowym” - pisze w podsumowaniu współredaktorka
      tomu, dyrektor Naczelnych Archiwów Państwowych Daria Nałęcz.

      Autorzy szacują, że na terenie Polski dla wywiadu pracowało od ponad 20 do ponad
      40 tys. osób. Siatka francuska - najliczniejsza po polskiej - liczyła 2,5 tys.
      osób. "W samym roku 1944 polski wywiad przekazał sztabowi brytyjskiemu 37.894
      meldunków (...). W ocenie Brytyjczyków 25 proc. cechowała wybitna wartość, 60
      proc. - duża wartość, 12 proc. uznano za wartościowe, 2 proc. - za mało
      wartościowe, 1 proc. - bez wartości. Ogółem w całym okresie wojny oblicza się,
      iż polskie placówki przekazały służbom brytyjskim ok. 80 tys. meldunków" - pisze
      Nałęcz.

      Polski wywiad w okresie II wojny światowej zorganizowany był w sposób wyjątkowo
      nowoczesny, który dopiero po wojnie przejęły inne centrale wywiadowcze. Każdy
      żołnierz AK był jednocześnie wywiadowcą, a analiza wielkiej liczby niekoniecznie
      tajnych informacji prowadziła do kluczowych wniosków.

      Alianci im nie wierzyli

      Dla zachodnich czytelników może najbardziej uderzająca będzie ta część raportu,
      która dotyczy polskich doniesień o zagładzie Żydów. Informacje te bowiem na
      Zachodzie ignorowano. Gdy więc w czerwcu książka ukazała się w Wielkiej
      Brytanii, "The Times" pisał: "Nowa historia pokazuje mur stworzony przez
      urzędników, przez który musieli się przebijać [Jan Karski i Jan
      Nowak-Jeziorański], by przekonać Londyn i Waszyngton o niemieckiej strategii
      Holocaustu".

      Choć w Polsce o tych wydarzeniach wiadomo, także nasi czytelnicy i badacze
      znajdą w omawianym tomie szokujące szczegóły - choćby cytat z dokumentu
      wysokiego urzędnika MSZ Rogera Allena. „Allen utrzymywał pod koniec sierpnia
      1943 r., że »nigdy nie mógł zrozumieć, na czym miała polegać przewaga komór
      gazowych nad zwykłym karabinem maszynowym i zwykłymi metodami zagłady «. Dodawał
      przy tym, że wzmianki o komorach gazowych pojawiające się w różnych raportach
      były bardzo ogólnikowe i pochodziły zwykle ze źródeł żydowskich”. Brytyjski
      minister spraw zagranicznych Anthony Eden nie dopuścił Karskiego do Churchilla,
      gdyż - jak twierdził - „musiał chronić starszego i przepracowanego już człowieka
      przed zbyt wieloma petentami”. Prezydenta USA Franklina D. Roosevelta o wiele
      bardziej interesowały doniesienia mogące przydać się na froncie.

      Enigma i rakiety V

      Autorzy tomu odtwarzają historię dwóch największych osiągnięć polskiego wywiadu
      - rozszyfrowania niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma i dostarczenia do
      Wielkiej Brytanii informacji, a następnie części rakiety V-2. Ustalenie miejsca
      produkcji V-1 i V-2 w silnie strzeżonym Peenemünde na wyspie Uznam umożliwiło
      aliantom zbombardowanie ośrodka. Polacy dostarczyli m.in. dokładną mapę tej bazy.

      Zadziwia skala operacji polskiego wywiadu. Rejestrowano rakiety spadające w
      promieniu nawet kilkuset kilometrów od Peenemünde. Amerykański gen. Dwight
      Eisenhower wspominał później, że gdyby Niemcy wcześniej udoskonalili nową broń,
      inwazja aliantów na kontynent europejski mogłaby się okazać niemożliwa.

      Nie było zamachu na Sikorskiego

      Dla pasjonatów historii (tom nie jest lekką lekturą) równie ciekawe jak
      szczegóły znanych spraw będą informacje całkiem nowe. Jeden z rozdziałów
      poświęcony jest działalności podpułkownika Jana Kowalewskiego w Portugalii. Ten
      przedwojenny polski dyplomata nie tylko stworzył komórkę tranzytową, za
      pośrednictwem której przekazywano wiele informacji, sprzętu i ludzi z okupowanej
      Francji do Wielkiej Brytanii. Powierzono mu też misję wysondowania, czy Włochy,
      Rumunia i Węgry mogą zerwać sojusz z III Rzeszą. Kowalewski docierał do
      kluczowych postaci w tych krajach; udało mu się nawet nawiązać kontakt ze
      zwolennikami takiego rozwiązania. Jego misję przerwała decyzja aliantów
      dopuszczająca tylko bezwarunkową kapitulację przeciwników.

      Historycy często nie kryją frustracji, że dostarczane przez Polaków informacje
      nie były należycie wykorzystywane - np. gdy nasi wywiadowcy donosili, którędy
      może nastąpić atak na Francję. Kiedy indziej - jak w przypadku obozów
      koncentracyjnych - nie dawano wiary informacjom Polaków. Księga, która powstała
      pod patronatem rządów obu państw, z pewnością znacząco przyczyni się do tego, by
      naświetlić ten mało znany na świecie aspekt polskiej działalności w czasie II
      wojny światowej.

      Wreszcie, badacze nie odkryli żadnych nowych informacji dotyczących katastrofy
      samolotu gen. Władysława Sikorskiego w Gibraltarze. Są przekonani, że domysły,
      iż mógł za tym stać brytyjski wywiad, są nieuzasadnione.

      „Polsko-brytyjska współpraca wywiadowcza podczas II wojny światowej”. Tom I:
      Ustalenia Polsko-Brytyjskiej Komisji Historycznej. Praca zbiorowa pod redakcją
      Tadeusza Dubickiego, Darii Nałęcz, Tessy Stirling. Wyd. Naczelna Dyrekcja
      Archiwów Państwowych, Warszawa 2004
      serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2895220.html

      • sss9 Re: Dla tych, ... Gdyby nie polski wywiad 02.09.05, 15:06

        „Polsko-brytyjska współpraca wywiadowcza podczas II wojny światowej”. Tom I:
        Ustalenia Polsko-Brytyjskiej Komisji Historycznej. Praca zbiorowa pod redakcją
        Tadeusza Dubickiego, Darii Nałęcz, Tessy Stirling. Wyd. Naczelna Dyrekcja
        Archiwów Państwowych, Warszawa 2004 "

        kolejne tomisko dla balcia, na pewno znajdzie coś, co "zaprzeczy" prawdzie o
        rewelacyjnym polskim wywiadzie.
    • rico-chorzow Re: Dla tych, którzy chcieliby zapomnieć... 02.09.05, 09:12
      sss9 napisał:

      > serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34443,2887897.html
      > Natłustka (1)
      >
      > Michał Olszewski 26-08-2005 , ostatnia aktualizacja 26-08-2005 18:03
      >
      > Jaki ma sens przywracanie pozostałościom po Holocauście dawno zgasłego blasku?
      > Może powinniśmy zostawić te buty, w których więźniowie szli do komór gazowych,
      > żeby rozpadły się w proch?
      >
      > Jak pachnie zbrodnia po 60 latach? Przede wszystkim czuć ją chemikaliami.
      >
      > Na przykład ponad 80 tys. par butów należących do więźniów wymordowanych w KL
      > Auschwitz-Birkenau pachnie olejem kopytkowym. To substancja wytwarzana z kopyt
      > zwierzęcych, zalatująca dawno zjełczałym tłuszczem. Doskonale konserwuje skórę.
      >
      > Do oleju dodaje się lanolinę - wosk zwierzęcy otrzymywany podczas czyszczenia
      > wełny owczej. Miła woń, trochę jak kosmetyki albo proszek do prania.
      >
      > I jeszcze benzyna lakowa. Ciężki, chemiczny zapach.
      >
      > W ten sposób powstaje natłustka. Naciera się nią buty.
      >
      > Buty pachną inaczej niż walizki, w których Żydzi przywozili swój dobytek. W
      > muzeum mówią, że w butach pozostało więcej zapachu człowieka. Bo są
      > przechodzone, bo wsiąkała w nie krew, pociła się stopa. A walizka? Ktoś
      > trzymał ją przez moment za rączkę. Nie więcej.
      >
      > Drzwiczki do pieców krematoryjnych, długie pogrzebacze do przesuwania
      > zwęglonych ciał, metalowe wzierniki, przez które esesmani sprawdzali, czy
      > ciała w komorze przestały się ruszać - pachną paraloidem B-44 albo kosmolidem,
      > zwanym też woskiem mikrokrystalicznym. Mają zapach rozcieńczalników.
      > Rozcieńczalniki pozwalają utrzymać w ryzach korozję.
      >
      > Są jeszcze zapachy starych dokumentów, zbutwiałych banknotów chowanych pod
      > podeszwą, papierowej wyściółki, listów pisanych z obozu. Ostre zapachy
      > metalowych łyżek, które wygięły się z gorąca. Zardzewiałych nożyczek, noży,
      > widelców...
      >
      > Wszystkie wonie mieszają się w pracowni konserwatorskiej muzeum w Oświęcimiu.
      > To jedno z najnowocześniejszych tego typu laboratoriów w Europie. W sterylnych
      > wnętrzach, wyłożonych bielutkimi płytkami, grupa kilkunastu młodych ludzi
      > konserwuje materialne ślady zbrodni.
      >
      > Kafelki ani świeżo pomalowane ściany nie pachną. Konserwatorzy chodzą w
      > białych fartuchach. Nic nie zagłusza woni skóry, metalu, chemii. Pachną
      > makatki, którymi więźniarki wyściełały podłogi baraków, pachną stare mapy i
      > plastik, który je okrywał. Kawałki materii leżą na stołach niczym ciała
      > przygotowane do operacji.
      >
      > Do kogo należał ten but?
      >
      > Od dwóch lat najwięcej wysiłku pochłaniają buty. Te same, które w bloku V
      > można oglądać przez szybę. Zachowały się, bo Niemcy nie zdążyli ich wywieźć
      > ani spalić. Leżały w błocie Brzezinki, kiedy w styczniu 1945 r. odnaleźli je
      > Rosjanie.
      >
      > Od 2003 r. konserwatorzy zabezpieczali buty dorosłych. Teraz przez ich ręce
      > przechodzą buciki dziecięce.
      >
      > Paweł Kwiek, Krzysztof Kolasa i Łukasz Wójcik siedzą na zydelkach wokół góry
      > obuwia. Pochyleni, ze skrobaczkami w dłoniach, przypominają kucharzy
      > obierających ziemniaki. Pomieszczenie wypełnia dławiący zapach, który szybko
      > wnika w płuca. Na ustach mają maski, ale woń i tak dostaje się do gardeł.
      >
      > - Starość, stęchlizna, wilgoć, chemikalia - wyliczają składniki zapachu,
      > wydłubując z podeszew kamyki. Z niektórych butów wysypuje się słoma. Do innych
      > przylepiło się błoto. Co oznacza, że do komory gazowej dziecko szło przez
      > deszcz albo roztopy.
      >
      > Z butów wysypują się też trociny. To pamiątka po poprzednich konserwatorach,
      > którzy impregnowali buty w specjalnej wirówce. Wrzucali je do obrotowej beczki
      > wypełnionej trocinami pomieszanymi z drobnym żwirkiem, olejkiem cedrowym i
      > lanoliną. Efekt był bardzo dobry, ale obuwie się niszczyło, więc konserwatorzy
      > przeszli na prace ręczne.
      >
      > Paweł Kwiek: - Tu nie można zbyt wiele myśleć. Na początku, gdy brałem but do
      > ręki, zastanawiałem się, do kogo mógł należeć. Na czyją nogę pasował. Ale tak
      > się nie da, bo trudno pracować. Przyzwyczaiłem się i jakoś idzie.
      >
      > Wydłubują kamyki i trociny, wytrzepują kurz. Po siedem godzin dziennie, więc
      > rozmawiać trzeba. Rozmawiają przy stercie butów o dziewczynach, imprezach, o
      > tym, co zdarzyło się wczoraj na mieście.
      >
      > Czasem coś znajdą. Ostatnio na przykład opakowanie po kremie Nivea, lub
      > wyściółkę ze sprawdzianu z matematyki w bucie jakiegoś dziecka - na kartce
      > widać dobrze słupki cyfr.




      Jest tam też zapach ludzi więzionych,zamordowanych po 1945?

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka