sss9
03.03.09, 14:28
- Przestrzeń publiczna kurczy się, dziadzieje, przestaje być funkcjonalna, w
końcu umiera. Mieszkańcy miasta wycofują się więc tam, gdzie funkcje
przestrzeni miejskiej są spełniane, czyli do centrów handlowych - zauważa dr
Marta Smagacz, socjolog miasta z Uniwersytetu Jagiellońskiego
Potężne, zadaszone przestrzenie z wewnętrznymi brukowanymi alejkami, a przy
nich równo ustawione sztuczne drzewa, latarnie i ławki tworzą iluzję miasta. W
rzeczywistości to jedynie eufemizacja grabieży przestrzeni publicznej. Aby
jeszcze bardziej zhumanizować oblicze hipermarketów, ich dyrektorzy poszli w
Polsce nawet o krok dalej. Tydzień temu w katowickim Silesia City Center (ta
sama firma buduje Krakowskie BCC) odbył się pierwszy w Polsce ślub w
hipermarkecie. Dodatkiem była podróż poślubna i umeblowana sypialnia.
Tymczasem amerykańskie metropolie o znacznie młodszym rodowodzie niż miasta
europejskie, lecz większym doświadczeniu w zakresie budowy megastorów,
dokonują dziś fantastycznego zwrotu. Burmistrz Nowego Jorku zapowiedział
niedawno, że NY będzie najbardziej zieloną metropolią na świecie. Liczba
samochodów na Manhattanie ma zmniejszyć się o milion, a długość ścieżek
rowerowych zwiększyć się do sześciu tysięcy mil. Podobną politykę przyjmuje
dziś wiele innych miast Zachodu.
Tymczasem w Polsce ludzie najpierw sprzeciwiają się nowym centrom, a potem
tłumnie je odwiedzają. I kryzys im w tym nie przeszkadza. - Obywatele chcą
chleba i igrzysk. Żeby to mieć, najłatwiej jest iść do centrum handlowego -
stwierdza dr Smagacz.
Ale możliwości finansowe klientów muszą się kiedyś wyczerpać. Według dr
Makowskiego zbyt duża liczba centrów w Polsce może spowodować, że podobnie jak
w Stanach, pojawi się u nas kategoria centrów-duchów. - Niektóre, żeby nie
upaść, dziś przekształcają się w centra społeczności lokalnej. Taka zresztą
była pierwotna idea shopping malls, aby ludzie oprócz zakupów mogli zrobić coś
dla dobra publicznego. Szkoda, że Polska nie korzysta z tej amerykańskiej
lekcji - pointuje.
miasta.gazeta.pl/krakow/1,35812,6311344,Miasto_nam_dziadzieje_.html
teraz wiem, że rzecznik Jarzębowski i jego pracodawca od wielu lat mówili
prawdę. to tylko kiepska dykcja i niedoskonały słuch przeprowadzających z nimi
wywiady, a może i słaba jakość sprzętu rejestrującego, którym posługują się
lokalni dziennikarze powodowały, że wszyscy błędnie rozumieliśmy dobrze nam
znane, bo powtarzane tysiące razy zdanie:
"Gliwice, to miasto, które się dynamicznie zwija."