Europa chrzescijańska, czyli jaka...

09.02.10, 21:10

Adam Szostkiewicz

Europa chrzescijańska, czyli jaka
Znak krzyża i inne znaki

Po doświadczeniach 2009 r. biskupi pytają: jeśli nie na krzyżu, to na czym
budować Europę? Ależ od stuleci budujemy ją także na innych wartościach niż
chrześcijańskie.

Przyszłość chrześcijaństwa w Europie nie zależy od tego, czy w salach
lekcyjnych wiszą krzyże lub krucyfiksy. Przyszłość chrześcijaństwa zależy od
samych chrześcijan. Od tego, co robią i mówią pod znakiem krzyża. Znany
katolicki filozof Nikolaus Lobkowitz, choć krytyk wyroku Europejskiego
Trybunału Praw Człowieka w sprawie pani Soile Lautsi przeciwko państwu
włoskiemu (z października 2009 r.), słusznie wskazuje na Amerykę. Tam w
instytucjach publicznych, włącznie ze szkołami, żadne symbole religijne nie
mogą być eksponowane, bo obowiązuje ścisły rozdział państwa od religii. A
jednocześnie USA to kraj, gdzie życie religijne kwitnie najbujniej w całym
świecie zachodnim. Bo poza instytucjami publicznymi ta sama amerykańska
konstytucja pozwala wszystkim korzystać z wolności wyznania.

W Europie prawo unijne i prawa narodowe też gwarantują i chronią wolność
religii. I kto chce, może działać na tej niwie bez ograniczeń. A jeśli, to z
takimi, jakim podlegają wszystkie inne organizacje. Trudno jednak, by
wierzących zachęcało do religijnych praktyk neutralne światopoglądowo państwo.
To nie jego zadanie, bo czas teokracji w Europie minął. To jest zadanie
Kościołów i religii, które z końcem sojuszu ołtarza z tronem się pogodziły.
Przynajmniej werbalnie. Póki więc mamy w Europie demokrację, to piłka jest po
stronie wiernych i ich liderów. Jak mogą ją zagrać?



Trzy scenariusze dla religii w Europie:

Separacja. To schodzenie do katakumb, jak w wielu krajach Europy Zachodniej.
Nie żeby się kryć przed prześladowaniami, lecz by się trzymać ze sobą, dzielić
wiarą i związanym z nią stylem życia, odpocząć od tego, co dominuje, a z czym
czasem z perspektywy katakumb trudno się pogodzić, np. z tym, co wydaje się
katakumbom orgią konsumpcji.

Benedykt XVI o takich katakumbach myśli ciepło. Cytował z aprobatą myśl
brytyjskiego filozofa historii Arnolda Toynbee’ego, że losy społeczeństw
zależą zawsze od twórczych mniejszości. Ratzinger wyciągał z tego wniosek, że
„chrześcijanie powinni uznać siebie za taką twórczą mniejszość i pomóc
kontynentowi, aby uratował najlepszą cząstkę swego dziedzictwa i tym samym
oddał przysługę całej ludzkości”.

Dialog i współpraca. Te słowa, choć zbanalizowane, wciąż inspirują sporą część
wspólnot religijnych w Europie. Chodzi o tych, którzy nie widzą problemu w
kontaktach i wspólnych akcjach społecznych z chętnymi do nich innowiercami i z
niewierzącymi. Wielu niewierzących opowiada się za etyką humanizmu, niezależną
od religijnych objawień i kodeksów, i za światopoglądem laickim. Ale to
przecież nie wyklucza możliwości robienia z wierzącymi czegoś dla dobra ogółu
i ponad podziałami.

Scenariusz separacyjny zderza się z tym otwartym na współpracę. Nie
dramatycznie, ale jednak. Lecz jest też i czarny scenariusz.

Konfrontacja. Różnie uzasadniana, lecz zawsze destrukcyjna. Ten scenariusz
znamy z historii Europy. Wojny i konflikty między wyznaniami i narodami
chrześcijańskimi oraz między chrześcijaństwem i innymi cywilizacjami, głównie
islamską. Konfrontacja z zasadami organizującymi życie współczesnej Europy. Z
rozdziałem państwa i religii, z demokracją liberalną. W scenariuszu
konfrontacji obraz świata jest czarno-biały, pozbawiony półcieni, niuansów,
gradacji. Cała prawda jest po stronie tej czy innej religii, tego czy innego
Kościoła. Po przeciwnej stronie jest domena fałszu, zaprzaństwa. Tam kryją się
pod różnymi maskami siły diabelskie i spiskują przeciwko dobru i prawdzie,
których trzeba bronić.

Dawniej bojownicy Boga sięgali po ogień i miecz przeciwko tym, których uznali
za Jego wrogów i za wroga władców, którym służyli. Religia służyła polityce,
polityka religii. Dziś ten rodzaj przemocy przyjmuje formę symboliczną –
ataków słownych i insynuacji. Tarczą strzelniczą stają się ci, którzy wyznają
inne wartości. Piewcy konfrontacji usiłują przedstawić ich jako ludzi drugiej
kategorii. I krucjata gotowa.

To, że krucjaty XXI w. są wojnami słów i gestów, które ranią i antagonizują,
ale fizycznie nie zabijają, nie znaczy, że przemoc fizyczna się nie zdarza.
Ludzie nadal zabijają się w imię religii.

Dwudziestowieczni intelektualiści, porażeni tym, co w większości ochrzczeni
przecież Europejczycy zrobili z Europą podczas obu wielkich wojen i epoki
reżimów totalnych, marzyli, że wiek następny będzie wiekiem wzniosłej mistyki,
humanitarnej religii. I że taka religia pomoże odbudować moralny świat.

Już wiemy, że to marzenie się nie spełnia. W pierwszej dekadzie XXI w. zamiast
królestwa mistyki mamy erupcję fundamentalizmów: islamskiego,
chrześcijańskiego, hinduistycznego, judaistycznego. Termin fundamentalizm jest
różnie rozumiany i używany. Dlatego warto przypomnieć przenikliwą definicję
ks. Józefa Tischnera: „Fundamentalizm nie polega na tym, że broni się
fundamentów wiary, lecz na tym, że fundamentem wiary czyni się coś, co
fundamentem nie jest”.

Jak to rozumieć? Chyba tak, że każde religijne „ortodoksyjne wzmożenie”
wywraca hierarchię wartości wyznawaną przez część, może nawet większość, ludzi
wierzących. Fundamentem wiary jest miłość Boga, która wyzwala w człowieku chęć
służenia także bliźnim. Religijny fundamentalizm podważa ten fundament. Odsuwa
na bok to, co ludzi łączy, koncentruje się na tym, co dzieli. W Polsce – pisał
Tischner – winduje na piedestał jakąś narodową religię męczeństwa i ofiary.
Sieje nieufność do demokracji, która wprost nie deklaruje prymatu wartości
chrześcijańskich.

Fundamentalizm forsuje ostrą opozycję „cywilizacji śmierci” przeciwko
„cywilizacji miłości”, absolutnego dobra i absolutnego zła. Kto nie z nami,
ten przeciwko nam. W tak spolaryzowanym świecie nie da się żyć.

CDN...
    • diabollo Re: Europa chrzescijańska, czyli jaka... 09.02.10, 21:12
      Bez szans na debatę

      Jak to się ma do wołania o Europę chrześcijańską? Do patetycznych pytań o Europę
      bez krzyża, które padły we Włoszech i u nas po wyroku Europejskiego Trybunału
      Praw Człowieka w sprawie pani Soile Lautsi? Apele i pytania mogłyby być zaczynem
      szerszej i pożytecznej europejskiej debaty. Poszły w stronę konfrontacji,
      jakiegoś chrześcijańskiego dżihadu. Talibowie kontra świat bez Boga, ich Boga.
      Szansa na debatę przepadła.

      Oczywiście, w obozie obrońców chrześcijaństwa są też postawy umiarkowane.
      Zdarzają się polemiki merytoryczne, szanujące tych, z którymi się polemizuje,
      warte refleksji niekatolików. Szansa przepadła, bo w scenariuszu konfrontacji
      nie chodzi przecież o dialog, tylko o pohańbienie mających inne zdanie. Ponuro i
      czarno robi się wtedy, gdy umiarkowanych zagłuszą żołnierze Chrystusa: kiedy
      krucjata skręca w stronę polityki i ideologii. Konfrontacja jest żywiołem
      polityki, lecz nie religii. Fundamentalizm upolitycznia religię, czyli wypacza
      jej istotę. Na tym polega problem.

      Tak właśnie stało się z wyrokiem na korzyść pani Lautsi. Jest on
      rozstrzygnięciem pewnej konkretnej kwestii prawnej: czy skarga była uzasadniona
      w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka? Sędziowie uznali, że tak, i
      przytoczyli konkretne paragrafy Konwencji, której sygnatariuszami są wszystkie
      państwa członkowskie Rady Europy (nie mylić z Unią Europejską), w tym Włochy i
      Polska. Zadałem sobie ten trud i przeczytałem obszerne francuskie (po angielsku
      jest tylko streszczenie) uzasadnienie wyroku. I po lekturze uważam wyrok za
      przekonujący. Nie mam wrażenia, że ten elementarny warunek uczciwej polemiki
      spełnia chór Kasandr gromiących Trybunał.

      Bo kto by tam czytał prawnicze dokumenty, kiedy czuje krew niewiernych? Prościej
      się oburzyć, zbyć złośliwościami, że po krucyfiksie Trybunał zakaże Włochom
      spaghetti, a Europie matematycznego znaku dodawania. Pod pretekstem wyroku
      zaatakowano wszystko, co nasi „talibowie” starają się przedstawić jako zgubę
      Europy: od demokratycznej zasady kompromisu, przez rzekomy terror laicyzmu i
      poprawności politycznej, do hedonistycznej kultury masowej.

      Trybunałowi, jego sędziom, ludziom, którzy sympatyzują z ich orzeczeniem w
      sprawie pani Lautsi, przylepiono gębę forpoczty dechrystianizacji Europy. Kto by
      tam wchodził w szczegóły, sprawdził historię sądu i jego inne wyroki w podobnych
      sprawach (np. Trybunał odrzucił skargę francuskich uczennic przeciwko Francji,
      które domagały się prawa do noszenia islamskiej chusty w szkole). Cóż, Trybunał
      ma stać na straży praw człowieka, bada w tych ramach konkretne skargi i raz je
      uznaje, raz odrzuca. Przejście od krytyki wyroku do frontalnego ataku, to
      klasyczny przykład współczesnej wojny konserwatyzmu z liberalizmem,
      antymodernizmu z tradycją oświeceniową.

      Prawa do nazwy

      A przecież oba te nurty ideowe są dziś równoprawne, tak samo jak demokratyczny
      socjalizm, chrześcijańska demokracja, ruchy ludowe czy umiarkowane narodowe. I
      aż głupio przypominać, że Europa ma wiele źródeł, nie tylko chrześcijaństwo, a w
      jego ramach nie tylko katolicyzm. Przecież i we współczesnej Europie znajdujemy
      bez trudu żywe tradycje pogańskie, a zgoła barbarzyńskie, islamskie, żydowskie,
      ale też klasyczne czy oświeceniowe.

      Przyznaje to sam Benedykt XVI: „To, co »europejskie« nie jest monolityczną masą,
      lecz pod względem czasowym i kulturowym stanowi zjawisko wielowarstwowe”. No
      tak, ale Ratzinger, choć twardo ortodoksyjny, nie należy do pokolenia nowych
      krzyżowców. Trzyma się standardów intelektualnych. Potrafi słuchać innych
      profesorów.

      „Prawa do nazwy Europa – podobnie jak do wcześniejszej etykiety
      »chrześcijaństwo« – nie może sobie przywłaszczyć żadna z części kontynentu” –
      stwierdza w pomnikowej „Europie” prof. Norman Davies. I dodaje: „Prawdziwy
      grzech, który popełniają wszystkie opisy »zachodniej cywilizacji« polega na tym,
      że przedstawia się w nich wyidealizowany, a więc do gruntu fałszywy obraz
      przeszłych wydarzeń”.

      Odnosi się to także do dziejów europejskiego chrześcijaństwa. Jego zasługi i
      dorobek nie podlegają dyskusji, jeśli jest wolna od zacietrzewienia. Ale jest
      też ciemna strona. Bo czyż w roku dwutysiąclecia chrześcijaństwa Jan Paweł II
      nie przepraszał w Rzymie za grzechy i zbrodnie popełnione w imię chrześcijaństwa
      i Kościoła? Naturalnie, że ciężkie grzechy przeciwko Europie obciążają także
      inne tradycje i nurty, które ją tworzyły i tworzą.

      Ale to jeden powód więcej, by porzucić scenariusz konfrontacji. Przejmująco mówi
      w tym duchu literacki noblista Imre Kertesz, więzień nazistowskich obozów
      koncentracyjnych: „Jesteśmy pozostawieni sami sobie, nie prowadzi nas niebo ani
      ziemskie drogowskazy, sami musimy stworzyć własne wartości, prowadzoną dzień po
      dniu wytrwałą, choć niewidoczną pracą nad własną etyką, dzięki której wartości
      te ujrzą światło dzienne i przeistoczą się w nową europejską kulturę”.

      I to jedna z ważnych odpowiedzi na pytanie biskupów, na czym, prócz krzyża,
      budować Europę.

      www.polityka.pl/swiat/analizy/1502135,1,europa-chrzescijanska-czyli-jaka.read
      • chickenshorts Re: Europa chrzescijańska, czyli jaka... 09.02.10, 21:44
        Pan Szostkiewicz cosik bez jaj ostatnio - czyżby mu odpadły?

        Mógłby użyć jakiegoś werbalnego pejcza, zamiast gnieść to
        ciasto 'oczywistych oczywistości'...
        A powoływanie się na Ratza jako 'głos umiaru i rozsądku' jest chyba
        nieporozumieniem. Ratzinger mówi co innego na spotkaniach z
        intelektualistami, co innego owieczkom, a jeszcze co innego nakazuje
        swoim polowym purpurowym...

        • uffo Re: Europa chrzescijańska, czyli jaka... 10.02.10, 00:01
          ja Chrzescijanstwa nie utozsamiam z krzyzem. Chrzescijanstwo w swej
          esencji dalo Europejczykowi mozliwosc utozsamienia jednostki z
          Boskoscia, a wiec godnosc czlowieka. Umozliwilo rowniez
          Europejczykowi wyjscie z poganskich ograniczen masowych. To ze samo
          uleglo deformacji, nie znaczy ze warunkiem dalszego rozwoju Europy
          jest pozbycie sie go. Niemniej na pewno nie powinno byc dominujace,
          a wszelkie upublicznianie jego symboli czy rytualow (m.inn.
          czolobitnosc wzgledem symbolu krzyza etc.) powinny byc ograniczane
          tylko do instytucji stricte religijnych. Mozna o tym zapomniec, w
          kontekscie histerii fundamentalistow, ale sama religijnosc jako taka
          nie moze byc calkowicie wyrugowana z zycia spolecznego, bo natura
          czlowieka, oprocz racjonalnosci, jest rwoniez irracjonalnosc.
          Oczywiscie powinno to byc kwestia wolnego wyboru czlowieka, ale
          jakas docelowa likwidacje religijnosci uwazam za nieporozumienie i
          brak zrozumienia potrzeb psychiki czlowieka. Religijnosc daje
          czlowiekowi sile obrony przed calkowita dominacja panstwa, a zatem
          nie oczekiwalbym raju na ziemi po calkowitym wykatrowaniu
          religijnosci. Przykladem niech bedzie monstrualna deformacja
          systemow komunistycznych ktore programowo usilowaly likwidowac
          wszelkie objawy religijnosci.Krzyze, to co innego, fundamenatlisci
          to nie sa dla mnie ludzie religijni, wrecz przeciwnie. Jacys
          msciciele, podskornie nienawidzacy religii. Uwazam ze bez religii,
          jak bez natury, czlowiek predzej czy pozniejzdeformuje sie. Religia
          jest zrodlem poezji,basni, mitow, natchnieniem dla kultury i sztuki.
          Poza tym z konfontacji plyna czasem zbawienne konkluzje. Wojna
          trzydziestoletnia, przynajmniej wedlug pewnych myslicieli,
          zaowocowala tolerancyjna mentalnoscia Europejczykow (Scheler). Tym
          bardziej ze teraz liczy sie wojna mentalna,a nie fizyczna.
          Krzepkosc, wigor i energetycznosc osobistych przekonan bierze sie z
          dzialan konfrontacyjnych. A jesli one nikogo fizycznie nie zabijaja,
          to tym lepiej. Tarcie przeciwienstw bywa wszak zrodlem....rozkoszy?
          I to wzajemnych.
    • diabollo Re: Europa chrzescijańska, czyli jaka... 10.02.10, 07:56
      W perspektywie długoterminowej, Moim zdaniem, możliwe są tylko dwa scenariusze
      przytoczone przez pana Szostkiewicza: separacja i konfrontacja.

      Religia potrzebuje fundamentalizmu religijnego, jak kania dżżu, bez tego
      fundamentalizmu religia - przynajmniej w senie instytucjonalnym, zorganizowanych
      grup religijnych - ginie. Religia znana silnego fundamentalizmu (dokładnie w
      rozumieniu ś.p. pana księdza Tischnera) - rozkwita jak przepięknie wyuzdany kwiat.

      Teraz wybór scenariusza - separacja czy konfrontacja - zależał będzie już nawet
      nie od państwa, tylko stopnia liberalizacji, "oświecenia", laicyzacji danego
      społeczeństwa.

      Kłaniam się nisko.
      • diabollo Re: Europa chrzescijańska, czyli jaka... 10.02.10, 08:16

        A jeszcze należy wyjaśnić dlaczego nastąpiła abberacja taka, że w pewnych
        kręgach katolickich, np. w okolicach soboru numer 2, było parcie na "dialog i
        współpracę"?

        Elementy odpowiedzi na to pytanie znajdziemy nawet w cytowanym tekście pana
        Szostkiewicza - chrześcijaństwo mało ciężkiego kaca, po tym jak się okazało, że
        cywilizowani, ochrzczeni chrześcijańscy Europejczycy urządzili w Europie
        wzajemną rzeź na niespotykaną skalę - łącznie z przemysłowym, masowym zabijaniem
        i paleniem ludzi w specjalnie do tego skonstruowanych fabrykach.

        Ale ten kac już mija, o ile już dawno nie minął.
        Ostatecznym bezwstydnym zwieńczeniem deklaracji uleczenia się z kaca będzie
        kanonizacja ówczesnego papieża, który bohatersko potrafił wtedy głośno gromić,
        potępiać i ekskomunikować... komunistów.

        Bossowie Kościóła Katolickiego zaczynją łapać, że przez tę swoją gołąbkarską
        postawę "dialogu i współpracy", porzucenia postaw fundamentalistycznych
        (przynajmniej w pewnych krajach tzw. Europy Zach., oczywiście nie w Polsce,
        gdzie sytuacja polityczna była zupełnie inna i od fundamentalizmu Kościół nigdy
        się nie odżegnał), ogromnie stracili na znaczeniu i pozycji.

        Kłaniam się nikso.
Pełna wersja