diabollo
12.04.10, 18:04
... tym razem polski Kościół Ginekologiczno-Katolicki.
No sami poczytajcie jakie kłamstwa wypisuje ta "Wyborcza"...
Kłaniam się nisko.
***************************
wyborcza.pl/1,87648,7741159,Niegodny_w_oczach_Boga.html
Niegodny w oczach Boga
Rozmawiał Roman Daszczyński
Nie wytrzymałem. Wsiadłem do auta i pojechałem spojrzeć księdzu Sławkowi w
oczy. 200 kilometrów w jedną stronę. Gdy stanąłem w drzwiach kościoła,
kończyła się akurat msza. Ksiądz unosił kielich. Ludzie klęczeli
Roman Daszczyński: Cały czas w napięciu przyglądasz się temu, co Watykan robi
w sprawie skandali pedofilskich w Kościele w Irlandii, Austrii, Niemczech, w
Holandii, USA. Dlaczego aż tak obchodzi cię coś, co dzieje się z dala od Polski?
Jarek, 43 lata, ofiara księdza pedofila: W dzieciństwie sam padłem ofiarą
księdza pedofila, w Kartuzach, na Pomorzu. Moim zdaniem w Polsce było i pewnie
nadal jest pod tym względem tak jak w Irlandii czy Niemczech. Kościoły
wszędzie przyjmują postawę obronną, biskupi mówią, że to oszczercza kampania
mediów. Ale w Polsce ofiary są mniej odważne, media mniej zdecydowane, inna
atmosfera życia publicznego. Czy policję i prokuraturę stać na niezależność i
wytrwałość w odkrywaniu prawdy?
Stać?
- Myślę, że bardziej teraz niż dziesięć lat temu. O czasach PRL-u to w ogóle
szkoda gadać. W 1988 roku mój ojciec poszedł z moją sprawą do prokuratora.
Usłyszał zapewnienia, że zajmą się tym i sprawca nie ujdzie sprawiedliwości.
Nikt potem nie odezwał się do nas, sprawę zamieciono pod dywan.
Opowiedz swoją historię.
- Był stan wojenny. Do Kartuz przyszedł nowy wikary ksiądz Sławek. Po
trzydziestce, mnóstwo energii i pomysłów. Rozkręcił ruch oazowy. Z gitarą i
ewangelią wędrowaliśmy do Częstochowy albo nad jezioro. Nigdy chyba w
kartuskim kościele nie było tylu ministrantów. Miałem 14 lat. Mój ojciec był
zapracowany, a ksiądz zawsze miał dla mnie czas. Nawet mnie nie zdziwiło, gdy
w konfesjonale zapytał: "Onanizowałeś się?". Ja: "A co to znaczy?". A on: "Nie
udawaj, że nie wiesz, taki mały przecież nie jesteś".
Po prostu pytał o grzech przeciw czystości.
- Jemu przecież nie chodziło o to. Jakiś czas potem poprosił mnie o pomoc w
stemplowaniu świętych obrazków. Byliśmy w pokoju na plebanii. W pewnej chwili
poczułem miły zapach kadzidełka, ksiądz stanął za moimi plecami. Był w
granatowym szlafroku i czarnych slipach. W dłoni trzymał wahadełko. Zapytał:
"Widziałeś kiedyś coś takiego? Chodź sprawdzimy, co z twoim zdrowiem".
Pomyślałeś, że to nie jest normalne?
- Nie, absolutnie. Miałem do niego zaufanie jak do własnego ojca.
Co działo się dalej?
- Posadził mnie na tapczanie i zaczął jeździć nade mną tym wahadełkiem. Potem
wyjął z szuflady lekarskie słuchawki, badał jak bije moje serce. W końcu objął
mnie i położył rękę na moim kroczu. Byłem jak sparaliżowany. Głaskał mnie tam
i zaczął w końcu robić mi to, o co wcześniej pytał w konfesjonale.
Nie próbowałeś uciekać?
- Naprawdę byłem jak sparaliżowany, z niczym innym nie umiem tego porównać.
Zresztą drzwi były zamknięte na zamek, a mnie zależało na zaufaniu i przyjaźni
księdza Sławka.
Na tym się skończyło?
- Oczywiście był ciąg dalszy. Nie umiałem powiedzieć "nie". Pomagałem przy
kolędowaniu, łatwo znalazł sposób, by zatrzymać mnie na noc. Moi rodzice są
bardzo religijni, każdy kapłan to dla nich święta persona. Ksiądz Sławek
zadzwonił i powiedział: "Jestem taki zmęczony po kolędzie, nie mam sił, by
Marka odwieźć do domu, a nie chcę, by sam szedł przez pół miasta, jest tak
ciemno i zimno. Mógłby przenocować u mnie, tak będzie najwygodniej". Rodzicom
nawet do głowy nie przyszło, że może dziać się coś złego. "Ależ oczywiście,
księże Sławku". Jeszcze im pobłogosławił: "Z Bogiem i dobranoc". Jak miałem
rodzicom powiedzieć prawdę?
Dużo tego było?
- Nocleg, jeden. Potem w ciągu dwóch lat byłem u niego w pokoju za dnia, po
lekcjach. Kilkanaście razy. Ustawiał wszystko tak, by na plebanii nie było
proboszcza. Dawał kartonik zachodnich słodyczy. Mieli ich w piwnicy
niesamowite ilości, jak dziś w dużym sklepie. Wszystko z darów. W biedzie i
szarości Peerelu to było jak skarb. Chłopców, którzy dostawali od księdza
Sławka słodycze, było co najmniej kilkunastu. Z niektórymi mijałem się w
drzwiach plebanii.
Musiałeś się spowiadać.
- Oczywiście chodziłem do konfesjonału, a tam był ksiądz Sławek. Sam wiedział
najlepiej. Dawał rozgrzeszenie. Gdy w konfesjonale spotkałem innego księdza,
milczałem. Służyłem do mszy świętej, przyjmowałem eucharystię. Na prawdziwą
spowiedź zdobyłem się po latach, przed ślubem. Pojechałem do odległego
kościoła, gdzie nikt mnie nie znał. Ksiądz zaczął krzyczeć, że wszystkie moje
komunie były świętokradzkie. Wiedział, że byłem dzieckiem, ale nie okazał
żadnego współczucia, zrozumienia. Dostałem rozgrzeszenie i nie poczułem ulgi.
Wyszedłem z konfesjonału na czworaka, jak obity pies. Krzyki księdza, mój
płacz, pewnie ludzie w kościele zastanawiali się, czy nie jestem mordercą.
Wcześniej powiedziałeś rodzicom i twój ojciec poszedł do prokuratury.
- Nie powiedziałem. Dowiedzieli się od lekarki, która opiekowała się, kiedy w
wieku 18 lat z rozpaczy nałykałem się tabletek nasennych. Napisała też w mojej
sprawie list do kurii. Biskup Marian Przykucki przysłał odpowiedź. Warto
zacytować: "Szanowna Pani Doktor. Uprzejmie dziękuję za list oraz za
przekazane w nim smutne informacje. Boleję nad opisanymi faktami. Sprawa jest
mi znana. Ksiądz został skierowany po rekolekcjach na inną placówkę z
zagrożeniem, że w razie powtarzania się przestępstw będzie pozbawiony
możliwości wykonywania obowiązków kapłańskich. Polecam Panią Doktor i Jej
trudną pracę opiece Bożej i na pomyślność Nowego Roku serdecznie błogosławię".
Rzeczywiście ksiądz Sławek zniknął z Kartuz?
- Tak, ale dopiero wtedy, gdy ktoś wymalował mury kościoła św. Kazimierza
hasłami o księdzu pedale. Zresztą nie miałem z tymi napisami nic wspólnego.
Przenieśli go gdzieś do Wejherowa, potem w inne miejsca. Straciłem go z oczu.
W roku 2001 wbiło mnie w fotel, gdy oglądałem w telewizyjnej "Jedynce"
reportaż o 14-letnim ministrancie, który powiesił się w parafii gdzieś za
Toruniem. Główny temat: oddać organy zmarłego do transplantacji czy nie.
Patrzę, a tu ksiądz Sławek jako proboszcz przemawia z ekranu. Zatroskany,
współczujący. Mówił, że dzieciak był wspaniały, dobry. Żeby nie patrzeć na
niego przez pryzmat samobójstwa, bo to tajemnica znana tylko Bogu. I że
namówił rodziców, by zgodzili się na transplantację. Pomyślałem, że ta śmierć
mogła nie być przypadkowa. Zresztą nie tylko ja tak pomyślałem.
CDN...