"nie chodzi o to, zeby byc zadowolonym"

15.05.10, 12:53
takie hasło czesto pojawia się w niektórych srodowiskach i ma
ukazywac bezsens życia ludzi, którzy chca realizowac swoje maeznia,
cele, pasje - słowem - być zadowolonymi ze swego życia. Wg tych
srodowisk to skrajny egoizm.

rodzi się zatem naturalne pytanie: "czy chodzi o to by być
niezadowolonym?".
podobno też niesmile to o co u licha tym ludziom chodzi? Zadowolony
człowiek - be wg nich, ale niezadowolony - teżsmile

i wlasciwie DLACZEGO zadowolony człowiek be? okazuje się, ze zalezy
z czego jest zadowolony. JEsli jest zadoolony z tego, ze moze sobie
ponaezekac, pocierpieć - to ok, choc logicznie i spychologicznie to
słabo uzasadnione. Natomiast jesli jest zadowolony z tego ze sie
realizuje w dziedzinie innej niż cierpienie, niewygoda itp. to
wówczs jest egoiztą ...

Jesteścir zadowoleni?smile
    • diabollo Re: "nie chodzi o to, zeby byc zadowolonym" 15.05.10, 19:30
      Przepiękna Koro,

      Wydaje mi się, że spora część polskiego społeczeństwa jest chronicznie
      niezadowolona, więc pojawiają się grupy i idee kierujące swoją "ofertę" do tej
      części społeczeństwa.

      Kłaniam się nisko.
    • uffo Re: "nie chodzi o to, zeby byc zadowolonym" 15.05.10, 20:19

      w systemie edukacyjnym tez taki poglad pokutuje. Pamietam ze u nas w
      Stanach na Akademii ktokolwiek chcial robic to co mu bliskie
      emocjonalnie lub co lubial, to wlasnie pedagodzy zabraniali,
      oskarzajac o egozim, mowiac iz taki czlowiek chce isc na latwizne.
      To jest jakies nieporozumienie albo, przynajmniej w tym
      poszczegolnym przypadku, powielanie wlasnego nieszczesnego
      dziecinstwa, podczas ktorego za duzo bylo nakazow i zakazow. Odwet i
      przekazanie paleczki dalej (ze wzgledu na wlasna pasywnosc
      umyslowa). Przyslowie mowi iz 'niespelniane pragnienia zamieniaja
      sie w cien zycia', a 'spelnianie pragnien zakorzenione jestw energii
      zycia'. Natomiast zadaniem religii instytucjonalnej jest zerowanie
      na tych naturalnych pragnieniach ludzkich poprzez zabranianie ich
      spelniania i deprecjonowanie, pod szczytnym pretekstem umoralniania
      obyczajow. Podczas gdy czlowiek nie spelniajacy swoich naturalnych
      pragnien, nie objawia swojego prawdziwego charakteru, a wiec nie
      pracuje nad ulepszaniem siebie, tylko tkwi w jakiej iluzorycznej
      pozie spolecznej pseudodobroci i altruizmu, podczas gdyz wewnetrznie
      zbiera sie burza, ktora w jakis sposob musi sie uzewnetrznic.
      Nierzadko w jakichs dewiacjach albo w apatii, depresji lub agresji.
      A moze poprzez zadowolne narzekanie? Nie wiem ile moze byc
      zadowolenia w narzekaniu na brak zadowolenia, ale wydaje mi sie iz
      jest to tylko jakis mizerny subtytut rzeczywistego braku
      zadowolenia. Zasadniczo ludzi mozna podzielic na dwie kategorie w
      tym wzgledzie: na tych co zawsze narzekaja bez wzgledu na
      okolicznosci, i na tych ktorzy zawsze staraja sie spelnic chocby
      okruch pragnien, bez wzgledu na okolicznosci. Dalej wole nie isc w
      las.
      • kora3 No własnie :) 16.05.10, 17:07
        ale nadal nie umiem zrozumiec, dlaczego niektórzy ludzie np.
        forumowi katolicy uwazają, ze dbanie o siebie i swoje życie oznacza
        egoizm smile

        Na przykład: dbanie o wyglad oznacza pustote, dbanie o rozwój
        zawodowy, zwałszcza u kobiety - egozim, brak checi na zycie z kims
        na siłe, choć się nie da - nieumiejetnosc utrzymywania chłopa przy
        sobiesmile oraz przedmiotowe traktowanie partnera. smile od partnera
        tymczasem wymaga się jedynie, by powiedziała "tak" w kosciele
        najwyracmiejwink, praktyczne kryteria pt. oczekiwanie od faceta, zeby
        był pracowity, a nie wałkoń i zaradny, a nie oczekujacy, ze baba go
        utrzyma to dla odmiany kurestwosmile, bo własnie nie o to chodzi, zeby
        być zadowolinym smile To o co? smile
        • uffo Re: No własnie :) 17.05.10, 10:42
          no tak, byc moze problem lezy w idealach katolickich, jakimi
          faszeruje sie spoleczenstwo. Np. w katechizmie definicja milosci
          brzmi mniej wiecej nastepujaco: 'Milosc to pragnienie szczescia
          drugiego.'

          Konsekwencje takiego rozumienia milosci, spelnienia (sie) w drugim,
          moga byc zaiste samodestrukcyjne. A wiec wowczas samoposwiecenie,
          czyli cierpienie, czyli masochizm, przyjmuja tu forme swietosci i
          idealow moralnych. Wbrew naukom Jezusa, ktory przeciez twierdzil,
          ze w Niebie (czyli w stanie spelnienia) nie ma zadnego wychodzenia
          za maz ani zenienia sie. A przy tym idealem kobiecosci wydaje sie
          tutaj raczej postawa kuchty domowej, czyli Marty, a nie Marii, ktora
          zajmuje sie namaszczaniem stop Jezusa. Ale nawet postawa Marii jest,
          jak mi sie zdaje, jeszcze bardzie ponizajaca, gdy rozumie sie ja
          doslsownie (A takie doslowne rozumienie dominuje w KK i mentalnosci
          spolecznej). Czym sie rozni kuchcenie od namaszczania (smierdzacych)
          stop faceta? Faktycznie, pojmujac to doslownie, wolalbym juz
          kuchcenie. Niemniej jest tu jakis odchyl psychiczny, w obu
          postawach. I jeszcze ta pociecha, rzucona jak ochlap pod stol: No
          przeciez bedziesz Matka Boga.' Mozna sie pochlastac. Ale skoro
          Sutannik tak mowi, widac wie co mowi, skoro tak mowi.A potem okazuje
          sie ze sutannik nie wie co robic z wlasnym kutasem. A coz dopiero z
          wiedza o prawidlowych zdrowych relacjach miedzyludzkich? Zaiste,
          niska zdolnoscia do samposwiecen i niespelnien w imie wyzszych
          idealow odznaczaja sie przedstawiciele i glosiciele moralnosci na
          chama.

          W kazdym razie samoposwiecenie, czyli zaniedbywanie siebie, w imie
          szczescia drugiego, wydaje sie tutaj dominowac jako ideal
          szczesliwosci wlasnej. Oczywiscie, ze przy takiej 'logice',
          szczescie i spelnienie osobiste, jako doznanie pozytywne, musi byc
          zanegowane jako egoizm. Inaczej cala ta pseudo-filozofia doslownego
          rozumienia chrzescijanskich idealow, objawilaby sie czlowiekowi jako
          idiotyzm jedynie. Np. powroce do przykladu z malzenstwem. Katolicy
          cementuja zwiazki milosne malzenstwem-przysiega jako sakramentem,
          azeby ludzie trwali w takim otumaniajacym przekonaniu iz im dluzej
          dwie osoby nawzajem sie posiadaja, i to najczesciej w sposob
          wymagajacy chronicznej akceptacji tarcia sie przeciwienstw, bolu i
          wyrzeczen, tym wiekszych i glebszych donaja wartosci moralnych,
          przemian charakteru, wypracowania relacji opartej na wzajemnych
          kompromisach, dialogu, harmonii, etc. A przeciez tu wlasnie tkwi
          sedno wielkiej powierzchownosci moralnej, hodowanie wszelkiej masci
          podswiaomych jadow, potegowania reakcji odwetowych (m.inn. na
          dzieciach) i/lub obojetnosci uczuciowej, rutyny i marazmu. Podczas
          gdy w Niebie (czyli w spelnieniu milosnego zwiazku) nie ma zadnego
          wzajemnego posiadania (sie) (partnerow) poprzez przysiege na cale
          zycie etc. (przysieganie wszak w biblii jest zabronione!) wiernosci
          dwojga partnerow. LUdzie sa ze soba poki sie cos iskrzy, a jak
          zaczyna byc pusto, to naturalnym jest zwrocenie sie ku czemus
          innemu, albo komus innemu. Zwiazki ulegaja naturalnemu wypaleniu i
          czlowiek powinien miec mozliwosc sprobowac bycia z kims innym, azeby
          moc odrodzic sie uczuciowo. Co moze zreszta zaowocowac ponownym
          zaiskrzeniem w starym zwiazku. Ale nie musi. W kazdym razie Wolnosc
          i swiezosc emocji to podazanie za skarbem serca i praktykowanie
          przykazania milosci wzajemnej. Cos dla mnie, cos dla drugiego.
          Wymiana energii to przeciez perpetum mobile. Ale katolicy twierdza
          ze wlasnie kiedy pomimo pustki emocjonalnej, czlowiek zmuszony jest
          pozostac w takim martwym zwiazku, dzieki sakramentalnemu
          sakramentowi malzenskiemu, to jest to wlasnie najskuteczniejsze pole
          walki przeciwko egoizmowi, kiedy czlowiek stara sie przezwyciezyc
          te pustke, heroicznym wysilkiem samoposwiecenia, w imie wyzszych
          wartosci niz jakies tam samospelnienie, wowczas dopiero czlowiek
          wznosi sie ponad ego, i wypracowuje ewentualnosc nagrody w postaci
          przemiany charakteru, przezwyciezenia egoizmu etc. (niektorym
          obiecuje sie to spelnienie dopiero po smierci). No wiec ludzie tak
          sobie pokutuja w imie czegos wyzszego obiecanego. Oczywiscie
          obietnica jest czesciowo wartosciowa, gdzy uczy czlowieka wiary w
          cos co nie istnieje natychmiast, czyli li tylko zmyslowo,
          materialnie. Ale zwiazki nie oparte na wiernosci dwojga wcale nie sa
          pozbawione tej problematycznosci, gdzy nie ma tu podpory wzajemnego
          posiadania sie na jakis Amen. I trzeba codziennie walczyc o dbanie
          jakosci uczucia. Lecz faktycznie, wiekszosc w takich monogamicznych
          koscielnie usankcjonowanych zwiazkach pewnie, tym heroicznym
          wysilkiem utrzymuje jakos ster wlasnego czlowieczenstwa na burzliwym
          oceanie przeciwenstw, i w kocu czlowieczenstwo w nich wygrywa. Ale
          nie dzieje sie tak, jak mysle, dzieki samemu samoposwieceniu
          wymuszonemu przez niespenienie wlasne w zwiazku zamienionym w orgie
          cierpien i koronke krzyzowa na czole, z ktorego nie mozna sie
          wydostac. To ze czlowieczenstwo potrafi wytrwac w takiej niewoli to
          cud przeciez....natury! Wola zycia ponad wszystko. I nie ma co tutaj
          gloryfikowac niewolnicze macki jakiegos sakramentalnego
          cierpietnictwa zawartego w monogamicznym zwiazku, okladanego
          przykladem i tak zawsze wielokrotnie brdziej cierpiacego od
          jakiegokolwiek najbardziej cierpiacego czlowieka, Jezusa, tego
          niedosieglanego idealu uszlachetniajacego cierpienia. Bo czlowiek
          niejedno przeciwienstwo potrafi wytrwac. Ale zeby taki stan
          chronicznego niespelnienia i wyrzeczen okreslac mianem warunku
          szczescia wlasnego, i wytworzenia wyzszych jakosci moralnych, to
          przeciez wykretny i obludny sposob na trzymanie ludzi w klatkach
          ignorancji, i w posluszenstwie wobec nakazow instytucjonalnych, w
          miernoscie umyslowej,we frustracji, depresji, agresji, i wszelkich
          reakcjach nieuswiadomionych. Ale w moim przekonaniu jest to nie
          tylko postawa destrukcyjna dla samej jednostki, lecz rowniez
          antyreligijna. Bo Bog zaleca w biblii azeby nie dodawac cierpienia
          do istniejacego juz (naturalnego) cierpienia. Bo tzw. skakanie z
          kwiatka na kwiatek, wcale nie jest takie beztroskie, jakby sie to
          moglo wydawac katolickim milosnikom hodowania zolci i chronicznej
          niestrawnosci jednego jedynego zwiazku sakramentalnego, jak psiej
          wiernosci jednemu Bozkowi patriarchalnemu. Uwazam ze wiele kwiatkow
          i nektarkow jednoczesnie, akceptowanych przez wszystkich
          uczestniczacych w takich otwartych konfiguracjach partnerskich,
          gdzie samo-spelnienie i radosc wlasna sa rownie wazne co radosc
          drugich, wymaga nie lada wysilku i samowyrzeczen, przy niemozliwosci
          posiadania drugiej osoby, gwarantowanej przez sakramentalnosc
          katolicka. Ten tylko sie dowie jak otwarte zwiazki musztruja,
          rozciagaja i wymuszaja przemiane egozimu w jazn wyzsza, kto osbiscie
          tego doswiadcza. Zreszta skoki na boki sa powszechne i daja wiele
          cierpien, jak tez radosci. A gdyby byly doswiadczane w sposob
          bardziej otwarty, bylyby zdrowsze psychicznie, dla wszystkich (i
          dzieci tez) i wplywaly by na rozwoj i przemiane charakterow, w
          szacunku wzgledem wolnej woli wszystkich zainteresowanych, jak tez
          na samo-spelnienie wszystkich zainteresowanych stron. Dzieci moga
          miec przy tym bogatsze i stymulujace wieksza tolerancyjnosc,
          wyobraznie, aktywnosc umyslowa, i otwartosc na innosc,
          doswiadczenia, niz w takim dluuuuugim, przeistoczonym w obojetnosc,
          lub pozory prawdziwej milosci, wiernym, do pewnego stopnia
          bezpiecznym, trwalym, i nudnym jak flaki z olejem, zwiazku tych
          samych dwojga istot, bezwarunkowo oddanych ideii wiernosci za
          wszelka cene. Zmiana jednak jest wolnoscia. A wolnosc, prawdziwa
          milosc (w wolnosci) i wolna wola czlowieka sa podstawa relacji
          miedzy czlowiekiem a Bogiem. I tak tez, jak mysle, moglo by byc
          miedzy ludzmi. Oczywiscie ze sa zwiazki monogamiczne na wiecznosc.
          Ale, kto moze ten moze. Po co wymuszac taki ideal na calych
          spoleczn
    • grzespelc To jest temat długi 16.05.10, 21:22
      Bardzo powszechne jest szerzenie postawy typu "Rób, co każą". Zaczytna się od
      wychowania. A potem ludzie przez całe życie robią to, czego się od nich oczekuje
      zamiast tego, co chcą. Albo chcą, żeby im mówić, co mają robić, bo sami nie wiedzą.
      • kora3 w sumie tak, ale 16.05.10, 22:46
        to ie tkumaczy do końca negatywnosci zadowolenia z zycia.

        w moim przekonaniu przesłanie tego zdania, które z załozenia miało
        być takie, zeby niekrzywdzić innych przy okazji samorealizacji,
        zostało wypaczone.
        doszło do tego, ze i nie krzywdzac nikogo nie wolno być
        zadowolonym smile
        • karafka_do_wina Re: w sumie tak, ale 21.05.10, 21:05
          kora3 napisała:

          > doszło do tego, ze i nie krzywdzac nikogo nie wolno być
          > zadowolonym smile

          bo przeciez zawsze jest krzywdzony Bog! wink np. kobieta, ktora robi kariere obraza Boga, bo nie taka role jej wyznaczyl; ludzie ktorzy nie chca miec dzieci obrazaja Boga, bo odrzucaja jego wspanialy dar plodnosci; czlowiek cieszacy sie z zakupu pieknego samochodu obraza Boga, bo przeciez samochod jest do jezdzenia, a nie ogladania; kobieta, ktora sie maluje i nosi krotka kiecke (albo opala sie topless) obraza Boga bo kusi do zlego wszystkich mezczyzn, itd. wink)))

          Mysle, ze jednak mozna byc zadowolonym, ale tylko wtedy gdy zadowolenie jest skutkiem cierpienia, poswiecenia i niesienia krzyza, np. kobieta ma 7 dzieci, pada na twarz ze zmeczenia, ale jest zadowolona bo kocha te dzieci. Kobieta majaca 7 dzieci, ale rowniez rzesze opiekunek, sprzataczek i kucharke nie powinna byc zadowolona, bo obraza Boga swoim lenistwem i zadowoleniem nie podpartym zmeczeniem i troskami wink
          • kora3 dobre hehe nt 22.05.10, 06:23

    • hawela Re: "nie chodzi o to, zeby byc zadowolonym" 17.05.10, 10:10
      Nie, nie chodzi o to by być niezadowolonym.
      Ale chodzi o to, że zadowolenie nie może być celem nadrzędnym.
      Nie można robić czegoś złego dlatego, że "mi z tym dobrze".
      • kora3 Ależ ja dokładnie tak rozumiałam to zdanie Hawelo 17.05.10, 10:45
        hawela napisała:

        > Nie, nie chodzi o to by być niezadowolonym.
        > Ale chodzi o to, że zadowolenie nie może być celem nadrzędnym.
        > Nie można robić czegoś złego dlatego, że "mi z tym dobrze".

        tylko, że kiedy czytam niektóre wypowiedzi forumowiczów (na
        przykładsmile)odnoszę wrażenie, że znaczenie, czy tez, jak wolisz
        przesłanie tego zdania zostało wypaczone.
        Albowiem cały szereg róznych przyjemnosci nie szkodzi nikomu, a mimo
        to podpada po "nie o to chodzi..."smile
        • hawela Re: Ależ ja dokładnie tak rozumiałam to zdanie Ha 17.05.10, 20:32
          Nie wiem, o jakie konkretnie wypowiedzi chodzi, więc nie będę się
          wypowiadać. Napisałam, jak ja to rozumiem i tyle
          • kora3 O matko, Hawelo , no skoro nie wiesz o czym 18.05.10, 09:10
            w tym poscie napisałam, to moze choć przeczytałabyś pierwszy. ?smile
            wyraźnie napisałam, ze zdanie to wydaje mi się być wypaczane, a
            rozumiem je dokładnie tak, jak Ty.

            A wydaje m sie byc wypaczane, ponieważ całkiem sporo wypowiedzi
            świadczy o tym, ze złe jest zadowoolenie , nie tylko w zakresie
            takim, w jakim my to zdanie rozumiemy, ale w zakresie wszelkim!

            Dla lepszego zrozumienia: nie tak dawmo kolezka Azerka "przygoniła
            mi", ze lubie ładne ciuszki i flirtysmile Co do pierwszego - prawda,m
            co do drugiego, jak każdy, czasami smile i ok, tylko dlaczego to niby
            ma być "zło"? jasne, jakbym na ubramnia wydała wszystkie swoje, a
            takze współpartnera pieniądze, a kazda rozmowa z facetem niemoim
            kończyłaby się w łozku, to tak - no to byłoby złe. Ale tak nie jest,
            co zatem jest złe w tym, ze ktos lubi dbac o swój wyglad i ma
            kontakty towarzyskie?

            Wspomniana Azerla, acz nie tylko ona, uwaza, jak wywnioskowalam z
            jej postów jeszcze na KiRze, ze człowkek, dla którego kyterium
            doboru partnera zyciowego jest M.IN jego atrakcyjnosc fizyczna oraz
            zaradnosc zyciowa to pustostan i uprawia tzw. "kurestwo".
            i tego nie pojmuje: dlaczego złe jest stawianie jakis wymagac? Czy
            jedynie dobre jest radowanie się , ze jakikolwiek facet na nas
            leci ?
            Podobnie brak checi posiadania potomstwa jest brany za przejaw
            skrajnego egoizmu i tzw. wygodnictwa. A tymczasem powody takich
            decyzji sa bardzo rózne, w tym taie, ze się zwyczajnie nie ma takiej
            potrzeby, np. tak jak ja. nie wiem czy to złe, ze skoro nie mam
            potrzeby, to nie mam. Dlaczego? Bo inni mają? No to co?
            Wg mnie bardziej egoistyczne i obiektywnie złe jest posiadanie
            dzieci, którym sie nie poswieca dosc uwagu i troski, niz
            nieposiadanie ich wcale.
            Takie przykady mozna mnoźyc.
Pełna wersja