diabollo
30.01.11, 12:54
czyli ciekawy tekst pana Bieleckiego.
wyborcza.pl/1,97863,9021982,Bielecki__Madry_Polak_po_reformie.html
Miłej lektury i kłaniam się nisko.
Fragment:
******
Po moim rozstaniu z polityką przez ponad dziesięć lat obserwowałem sprawy publiczne w Anglii, kolebce demokracji parlamentarnej. Chodziłem na posiedzenia Izby Gmin, przysłuchiwałem się transmisjom z posiedzeń komisji parlamentarnych. Widziałem, jak bardzo debata publiczna koncentrowała się wokół realnych wyzwań i jak była drobiazgowa. Pod tym wpływem zaczęło się w mojej głowie kształtować wyobrażenie o potrzebie uprawiania polityki w Polsce w XXI wieku w inny sposób niż przez te pierwsze 20 lat transformacji.
Kiedy razem z Radą Gospodarczą przy Premierze podjęliśmy dyskusje o planach naprawy systemu emerytalnego, nigdy nie przypuszczałem, że jak w soczewce zogniskują się w niej różnice pomiędzy tym, jak wprowadzaliśmy zmiany, a tym, jak powinniśmy to robić. Dlatego pomimo czasem zbyt ostrego tonu i melodramatyzmu uważam publiczną debatę wokół systemu emerytalnego za pożyteczną lekcję dotyczącą reform.
Oczywiście cieszę się również, że powstał projekt rządowy, który godzi różne wyzwania - potrzebę zahamowania spirali zadłużenia, utrzymania kapitałowego elementu systemu oraz budowania dodatkowych, dobrowolnych oszczędności emerytalnych opartych na ulgach podatkowych.
Historia jednej reformy
Reforma emerytalna z 1999 r. była jedną z nielicznych zmian, które nie były wymuszone transformacją ustrojową czy wstępowaniem do Unii. Była ambitnym projektem skrojonym na odległą przyszłość, pionierskim w Europie pomysłem na rozbrojenie bomby emerytalnej. Idea obowiązkowego systemu kapitałowego przyszła do Polski, za pośrednictwem Banku Światowego, z Chile, bodaj jedynego wówczas kraju, który ją wprowadził. W Europie tylko Szwecja rozważała podobny model emerytalny. Z czasem oprócz Szwecji i Polski wprowadziły go również kraje bałtyckie i inne kraje centralnej Europy. Ale do dziś systemy takie występują w mniej niż 20 krajach na świecie.
A zatem w 1999 r. nasza reforma emerytalna była odważnym skokiem na głęboką wodę, bo niewiele było wtedy twardych danych o tym, jak taki system będzie funkcjonował w dłuższym horyzoncie. Wątpliwości było wiele. Niektórzy eksperci rządowi już wtedy podnosili kwestię wpływu reformy na finanse publiczne w krótkim i średnim terminie. Brak przewidywalności zachowania rynków finansowych również stanowił element ryzyka.
I tu właśnie uwidoczniła się słabość instytucjonalna naszej demokracji, bowiem krytykę pomysłu zignorowano.
Kwestionowanie reformy obarczone zostało piętnem bycia antyreformatorskim i antyrynkowym. Możliwe, że gdybym był wtedy w Polsce, ja także tak bym postrzegał krytyków. Ale z dzisiejszej perspektywy nie mogę się nadziwić, że przy wprowadzaniu tak ogromnej zmiany systemowej szacunki jej wpływu na życie ludzi dzisiaj i jutro były skąpe. Że przyjęto optymistyczne założenia i że nie wszystkie elementy ryzyka zostały wytłumaczone opinii publicznej czy nawet parlamentowi.
Można oczywiście przyjąć, że w momencie startu ta kwestia nie była najważniejsza, bo chodziło o wprowadzenie indywidualnych rachunków emerytalnych i powiedzenie przyszłym emerytom, że ich świadczenie będzie zależało od wysokości składki i efektywności części kapitałowej. Ale w takim razie dlaczego nie wpisano do reformy konieczności corocznego przeglądu jej skutków przez parlament?
Jak słusznie pisze minister Michał Boni w uzasadnieniu projektu rządowego, "po dekadzie funkcjonowania reformy należy jednak zauważyć, iż kształt reformy wymaga racjonalnej korekty". I dalej: "Tylko w roku 2010 wysokość refundacji FUS składki przekazywanej do OFE wyniosła 22,5 miliarda złotych, zaś od początku reformy emerytalnej bezpośredni koszt refundacji z budżetu państwa ubytku składki emerytalnej wyniósł 162 miliardy, więc ok. 11,4 procent przewidywanego na 2010 PKB. Po uwzględnieniu kosztu finansowania koszt refundacji rośnie o kolejne 70 mld". I na koniec kluczowe zdanie: "Dotychczasowy trend wskazuje na to, iż problemy związane z przyrostem jawnego długu publicznego w związku z funkcjonowaniem kapitałowej części systemu będą w przyszłości narastać i stanowić istotne obciążenie dla finansów publicznych".
Czy ten trend można było zidentyfikować wcześniej i wcześniej zacząć system modyfikować? W moim przekonaniu po trzech latach można było policzyć, że reforma zaczyna się nam rozchodzić, że luka międzypokoleniowa robi się coraz większa i że jest nie do zasypania, dopóki, przepraszam za to stwierdzenie, nie umrze ostatnia osoba ze starego systemu, a więc za kilkadziesiąt lat. Równocześnie możliwość łatania tej dziury z przychodów z prywatyzacji okazała się iluzoryczna i dlatego system kapitałowy zaczął być oparty na zaciąganym na jego potrzeby długu. Że oszczędzamy na starość, coraz bardziej się zadłużając.
Myślę, że w dojrzałej demokracji dzwonki alarmowe zaczęłyby dzwonić w mediach, wśród ekspertów i polityków. Rząd, jakiejkolwiek maści politycznej napisałby białą księgę drobiazgowo analizującą reformę i jej skutki, a eksperci, opozycja i media uczyniłyby z tego temat numer jeden debaty publicznej. W starych demokracjach oznaczałoby to setki godzin debat parlamentarnych i mozolnej pracy w komisjach, wiele dyskusji w telewizji publicznej.
U nas nic takiego nie miało miejsca.
Gorzej, reforma emerytalna stała się tematem tabu, a kolejne decyzje parlamentu, zamiast usprawniać system, jeszcze pogarszały problem, hojnie rozdając przywileje emerytalne silnym grupom nacisku. Pierwszej poważnej naprawy, ale też bez wystarczająco głębokiej dyskusji, dokonał rząd Tuska, radykalnie ograniczając emerytury pomostowe, co ocaliło nas przed krachem finansów publicznych. Równocześnie cały czas rozpierała nas duma z "rozwiązania emerytalnego, którego zazdrościł nam świat", reklamy z palmami uśpiły opinię publiczną i tylko niewiele osób zastanawiało się, dlaczego kraje najbardziej rozwinięte nie kwapią się iść w ślady Polski. Na pocieszenie wypada tu może wspomnieć, że podobnie było w Chile, gdzie dopiero w 2007 r., czyli 26 lat po wprowadzeniu reformy, powołano komisję do przejrzenia jej skutków, co zaowocowało głębokimi modyfikacjami.