diabollo
24.02.11, 07:46
Wojna cywilizacji u Lisa i w Bengazi
Cezary Michalski
Front wojny cywilizacji wije się jak żmija/ to skręci w prawo, to w lewo odbija (wersyfikacyjna parafraza poezji obywatelskiej Rymkiewicza ojca). Mnóstwo ludzi od lat walczy na tyłach wroga, oddziały i mundury mieszają się tak bardzo, że nie wiadomo już, kto tu pod kim służy i dla kogo pracuje.
Człowiek Kadafiego mówi w państwowej telewizji libijskiej o dziennikarzach telewizji Al-Dżazira dokładnie to samo, co niedawno mówił o nich Jacek Pałasiński w TVN24 („YouToube według Jacka” - tak się chyba nazywa ten program), że „podpuszczają i judzą” (naprawdę, Pałasiński użył tego słowa). Tyle że Jacek Pałasiński mówił to, kiedy Al-Dżazira relacjonowała - fakt, że z tabloidową przesadą, ale w końcu w polskich mediach także nie jest to rzadkość - wydarzenia w Egipcie. Ludzie Kadafiego wtedy „judzeniem Al-Dżaziry” przeciwko sojusznikowi wielkiego szatana mniej byli przejęci. Dzisiaj jednak to oni gromy na Al-Dżazirę rzucają, a Jacek Pałasiński entuzjastycznie robi z niej swoje autorskie „copy and paste”.
Dziennikarze Al-Dżaziry, od czasu, kiedy zamykają im biura, rekwirują sprzęt, a czasem nawet masakrują ich zarówno „nasi” w Iraku, jak też Kadafi w Libii, a nawet ajatollahowie w Teheranie, wydają się należeć jednak do „mojej cywilizacji”, a Jacek Pałasiński jakby do tej drugiej (nie „mojej”?, nie „naszej”?).
Z podobnymi wątpliwościami muszę sobie radzić, kiedy znów oglądam - tym razem u Lisa - telewizyjnego imama Tomasza Terlikowskiego informującego publiczność, że dzięki cudowi otrzymał to, co niektórzy usiłują uzyskać dzięki medycynie: czworo zdrowych dzieciaczków. Są rodzaje publicznego bluźnierstwa, które znosić trudno, nawet mnie, człowiekowi dość jednak świeckiemu (nawet kiedy od czasu do czasu próbuję uwierzyć). Jednak Terlikowski w bluźnierstwie bije kolejne rekordy, ciekawe, kiedy w ramach udowadniania wyższości własnej nad użytkownikami świeckiej medycyny przebije sobie kurzajkę drzazgą z Krzyża Świętego, bo że wkrótce to zrobi na wizji - tym razem w paśmie telewizji śniadaniowej - nie mam wątpliwości. Bardziej „w jednej cywilizacji” czuję się z Arabami (wyznawcami islamu, jakby nie było) na ulicach Bengazi, niż z Terlikowskim u Lisa. Oni są bliżej Chrystusa - tego z Ewangelii - i bliżej Boga - tego od Spinozy - niż nasz telewizyjny bluźnierca, co o grzechach i karach, jakie są udziałem jego wrogów, i o cudach będących jego udziałem mówi z narastającą z dnia na dzień lekkością.
Mam nadzieję, że Arabowie też są podobnie zmieszani jak ja - przynajmniej ci, którzy dzięki swojej religii, swoim studiom medycznym i innym formom rozumu naturalnego czy objawionego - dostrzegają pewną drobną różnicę między zachowaniem wobec nich zachodnich szatanów, a zachowaniem ich własnych arabskich, a czasami nawet islamskich przywódców, którzy urażonej godności peryferiów („znowu napluli nam w pysk”, cyt. jak zwykle za Anną Fotygą) mają pełne gęby. Taką mianowicie różnicę, że na przedmieściach Paryża czasem ich zachodni szatani spałują, czasem nawet jeden z drugim zachodni szatan zrobi sobie na nich kampanię wyborczą, ale jednak nie strzelają do nich z broni maszynowej, z moździerzy i z francuskich myśliwców Mirage. A Kadafi strzela (choć niestety dlatego, że mu te myśliwce Francuzi sprzedali z rabatem).
Kto jest po której stronie w wojnie cywilizacji, bo już się zgubiłem? Kapitalizm po naszej, a Kadafii po tamtej? Myśliwiec Mirage jest „nasz”, kapitalistyczny, ale tylko do momentu, kiedy Kadafi go kupi, wtedy staje się „multikulturalistyczny”? Zatem wszystko rozumiem, ale znów nie do końca, bo np. skoro Kadafi zły, a Berlusconi dobry (bo papieża politycznie obronił przed włoskim „lewactwem”

, to czemu, kiedy „nasz” Berlusconi nastoletnią Marokankę na bunga bunga namawiał, to chwalił się przed nią, że będzie uczestniczyła w takich fajnych imprezkach, „jak u Kadafiego”? Zeznania Marokanki są sprzed paru tygodni, co czyni je bardziej wiarygodnymi, niż gdyby złożyła je wczoraj, tyle że dopiero dwa dni temu wypuściła te zeznania na rynek La Repubblica, bo teraz brzmią szczególnie zabawnie. Zatem Berlusconi po naszej stronie frontu „wojny cywilizacji”, a Kadafi po tamtej, tylko bunga bunga przez front przechodzi swobodnie jak kapitan Kloss.
Oczywiście „wojna cywilizajcji” też odgrywa w tym wszystkim pewną rolę, ale jak dużą? Taką, jak sugeruje nasz Paweł Lisicki (i jego publicyści) z Ratyzbony, czy mniejszą? Bałem się - nawet na tym portalu, parę felietonów temu - że Lisicki z Ratyzbony ma jednak więcej racji, niżbym chciał. I w Egipcie czy Tunezji arabska opinia publiczna odrzuca zamordystów nie tylko dlatego, że są zamordystami, ale głównie dlatego, że pozwalają „pluć sobie w pysk” przez amerykańsko-syjonistyczną soldateskę globalną. Ale Libia przywróciła mi szczyptę wiary w naszą gatunkową jedność, bo pomimo tego, że Kadafi jest przykładowym godnościowym peryferyjnym bandytą („znowu napluli nam w pysk!”

, to i jego ludzkie zabawki (to z kolei cicha parafraza końcówki „Listów perskich” Monteskiusza, polecam) też upomniały się o jakiś rodzaj kartezjańskiej podmiotowości („kartezjańskiej”? - przepraszam za ten zachodniocentryzm czy wręcz frankoobsesję). W tym samym czasie użytkownicy Facebooka z Teheranu też na ulice wyszli i znów ich zmasakrowano, więc może - powraca hipoteza Monteskiusza, w którą teoretycy „wojny cywilizacji” dzisiaj jakoś wątpią - Persowie to też ludzie? Tacy jak my? Nawet jak islam wyznają?
CDN...