diabollo
14.03.11, 18:51
Co się nie przebiło?
Jacek Żakowski
Dopiero po dwóch latach sporu o OFE, podczas debaty w Belwederze, najpierw ogólnie prezydent Komorowski, a potem dobitniej minister Irena Wóycicka postawili zasadnicze dla systemu emerytalnego pytanie: ile pieniędzy dostaniemy na emeryturze?
A właśnie ono powinno najbardziej niepokoić nie tylko twórców reformy, polityków i ekonomistów, ale zwłaszcza każdego z nas prywatnie. Jeśli nic się istotnie nie zmieni i stopa zastąpienia z ponad 50 procent obniży się do prognozowanego poziomu poniżej 30 procent, przeciętna emerytura z obecnych blisko tysiąca siedmiuset złotych spadnie bowiem do poziomu tysiąca dzisiejszych złotych (brutto). Dokładnie tego policzyć się nie da, ale skala zmiany jest w zasadzie bezsporna. Debata pokazała zaś, że eksperci się zasadniczo zgadzają, iż zmiany wprowadzane obecnie nie mają znaczącego wpływu na wysokość przyszłych emerytur.
Żeby zrozumieć, co to w praktyce znaczy, trzeba zdać sobie sprawę, że ok. sześćdziesięciu procent emerytów dostaje mniej, niż wynosi średnia emerytura. Większość emerytów dostawałaby więc mniej niż tysiąc złotych (brutto). A co czwarty emeryt dostawałby mniej niż 750 złotych (brutto).
Obrońcy obecnego systemu się tym nie przejmują. Liczą, że emerytury będą wyższe, bo podniesie się efektywny wiek emerytalny, a płace istotnie wzrosną. Jest w tym część prawdy, ale są też złudzenia. Nawet w najzamożniejszych krajach bardzo trudno jest przeżyć za jedną trzecią średniego wynagrodzenia. W Unii Europejskiej za granicę ubóstwa uważa się dochód na poziomie sześćdziesięciu procent średniej płacy. Może jest to dość wysoki standard, ale w Polsce już dziś osiąga go zaledwie co czwarty emeryt.
Z podniesieniem wieku emerytalnego też jest istotny kłopot. Bo wysokość świadczenia zależy od tego, ile lat ktoś pracował i ile zarabiał, a nie w jakim wieku przeszedł na emeryturę. Tendencja cywilizacyjna zaś sprawia, że ludzie coraz dłużej się uczą, zanim zaczną pracę i coraz częściej zmieniają nie tylko pracodawców, ale też wykonywane zawody. To powoduje, że wydłużają się przerwy w zatrudnieniu. A jednocześnie rośnie rozpiętość płac, grupa płacących niskie składki samozatrudnionych, pracowników sezonowych i bardzo nisko opłacanych osób wykonujących tzw. prace śmieciowe. Będzie więc także rosła grupa, której obecny system wypłaciłby emerytury niższe od trzydziestu procent średniej płacy.
Można oczywiście powiedzieć, że wiedząc o tym, przyszli emeryci powinni bardziej się starać o zabezpieczenie na starość. Ale doświadczenie krajów, które wcześniej wprowadziły ten system, wskazują, że ludzie tego nie robią. Można też powiedzieć, że wobec tego sami będą sobie winni. Ale czy w kraju demokratycznym można będzie odmówić tak potężnej grupie dosypania do jej emerytur pieniędzy budżetowych? Nie sądzę. Przy dzisiejszym rozkładzie i 30-procentowej stopie zastąpienia oznaczałoby to dopłacanie do trzech czwartych (ponad 3,5 mln) emerytur!
Arytmetycznie obecny system oparty na zdefiniowanej składce i indywidualnych kontach jest zrównoważony. Bo nic nie obiecuje. Każdy ma dostać tyle, ile wynika z wartości jego wpłat powiększonych o dochód z kapitału. Gdy przyjdzie do masowych wypłat, okaże się jednak, że to zrównoważenie jest polityczną fikcją - mrzonką, jak palmy, którymi nas przed dekadą wabiono.
Jest to zła wiadomość nie tylko dla tych, którzy boją się o swoje przyszłe emerytury, ale także dla tych, którym sen z powiek spędza stan przyszłych finansów publicznych. Bo na dłuższą metę żadna demokracja nie odmówi wsparcia milionom rozwścieczonych staruszków. Trzeba wreszcie zacząć poważnie o tym rozmawiać, gdy tylko się uporamy o oporem Okopów Świętej Trójcy broniących świętości i nienaruszalności ustanowionego 11 lat temu systemu emerytalnego.
wyborcza.pl/1,75968,9246810,Co_sie_nie_przebilo_.html