oby.watel
24.05.11, 17:57
Ci, którzy porównują dzisiejszą Polskę z tą z lat 80., mogą odnieść wrażenie, że najważniejsze zmiany już nastąpiły, teraz czas na małe kroczki. Tak zapewne myśli większość rządzącej elity. Mogą czuć się zmęczeni przemianami 20-lecia - reformami Balcerowicza z 1989 r. i rządu Buzka dziesięć lat później. Porównują lata młodości, czyli szare i beznadziejne lata 80., z dzisiejszą rzeczywistością i mówią: ale skok!
Jednak jest też inne, bliższe mi spojrzenie. Ci, którzy nie za bardzo pamiętają okres komunizmu, porównują dzisiejszą Polskę ze światem, który dzięki otwartym granicom jest na wyciągnięcie ręki. Porównują ją z Wielką Brytanią, gdzie pracują, z Hiszpanią, gdzie pracują, studiują albo spędzają wakacje, czy nawet z Czechami i Słowacją, przez które przejeżdżają. I pytają: jaki skok?
Osoby, które w 2011 r. będą głosować po raz pierwszy, urodziły się już po upadku komuny! Mają zupełnie inne oczekiwania i aspiracje. Ta różnica perspektyw jest kluczowa. Dla obecnej elity władzy Polska jest już normalnym krajem europejskim, gdzie reformuje się powoli i zwykle przy mniejszej lub większej aprobacie opinii publicznej. Młodsi Polacy uważają, że przepaść pomiędzy Europą a nami jest ogromna.
Chodzi zarówno o biedę w małych miejscowościach i wsiach, szczególnie tzw. Polski B, jak i obciach przy wjeździe do Polski autostradą widmo czy opóźnionym pociągiem o standardzie sprzed 30 lat. Chodzi też o całą sferę usług publicznych na żenująco niskim poziomie, w urzędach państwowych, na poczcie, w publicznych usługach medycznych itd. I nie mam na myśli umiejętności osób tam pracujących, lecz sposób organizacji pracy, zarządzania tymi instytucjami.
Nie bez znaczenia są karuzele stanowisk w spółkach skarbu państwa. W ciągu ostatnich czterech lat osiem razy zmienił się prezes LOT, trzy razy - prezes PKO BP, trzykrotnie - prezes Poczty Polskiej, dziewięć razy prezes telewizji publicznej. Obywatel to widzi i państwo staje się mu coraz bardziej obce, obojętne, obciachowe. Młodsze pokolenie nie rozumie, dlaczego ma to akceptować.
Autostrady i "orliki" nie zmienią Polski na tyle, aby dokonała ona skoku cywilizacyjnego. Oczywiście infrastruktura jest ważna - udrożnienie komunikacji drogowej będzie jak zamontowanie pierwszej kanalizacji w miastach w XIX w. Nie można jednak na tym skończyć modernizacji. "Orliki" też są elementem zmiany rozwojowej, ale to za mało, by w miasteczkach i wsiach Polski B ludzie przestali rozpoczynać dzień od myśli o beznadziejnych perspektywach. Kiedy się leci samolotem z Gdańska czy Wrocławia do Warszawy, nie widać wielu miejsc, gdzie na dworcu w nocy jest wciąż tak brudno i brzydko, że pękają oczy.
Dlatego tak bardzo rozczarowujące były propozycje obcięcia składki na OFE oraz towarzysząca temu retoryka. Zwłaszcza argument, że to OFE są odpowiedzialne za przyrost długu w Polsce. Teraz znalazł się drugi chłopiec do bicia - samorządy.
Samorządy nie są winne zadłużeniu państwa, bo ich dług to jedynie 55 mld zł na 765 mld zł ogółem. A wiele samorządów jest na granicy i dalej zadłużać się nie będą mogły. Za wysoki dług nie odpowiadają ani OFE, ani samorządy, tylko poszczególne rządy.
To nie jest tekst przeciwko rządowi. Chcę tylko zwrócić uwagę rządzących na inne podejście do rzeczywistości. Nie muszą zmian nazywać reformami. Niech nawet w ogóle tego nie nazywają, niech po prostu robią. Jestem w stanie zrozumieć traumę po AWS i podniecenie szansą na pierwszą w wolnej Polsce wygraną po czterech latach rządzenia. Ale to wcale nie oznacza, że strategia małych kroczków lub kroków wstecz, jak w przypadku OFE czy samorządów, doprowadzi do kolejnej wygranej. To przecież strach przed PiS, a nie skuteczność zarządzania reformami, daje partii rządzącej wysoką pozycję w sondażach.
Strach przed PiS jest uzasadniony, zwłaszcza jeśli celem przywódcy tej partii opozycyjnej jest głównie chęć zemsty. Ale unikanie niepopularnych decyzji nie jest pomysłem ani na Polskę, ani na wygrywanie wyborów.
Aby dokonać skoku rozwojowego, potrzebne są fundamentalne reformy. Możemy je nazywać strategią małych kroków, budową społecznej gospodarki rynkowej - nazwa jest wtórna. Chodzi o to, aby więcej było ludzi aktywnych zawodowo, aby więcej osób pracowało w usługach, aby zachęcać je do przechodzenia z rolnictwa do prac o większej wartości dodanej, aby wspierać rozwój aglomeracji tak, by korzystały z niego okoliczne miejscowości. Aby wspierać dobrą edukację, czyli dobrych nauczycieli lepiej wynagradzać, a złych zwalniać, aby minimalizować armię urzędników, a tych niezbędnych zachęcać do lepszej pracy. Chodzi o to, aby w Polsce opłacało się wymyślać i realizować nowe pomysły i wynalazki. Chodzi wreszcie o to, aby szybciej prywatyzować nie tylko poprzez akcjonariat obywatelski, ale tak, by prywatyzowane firmy zyskiwały prawdziwych nowych właścicieli. Aby tworzyć warunki konkurencyjne, gdzie każdy ma szansę w wyścigu.
To się samo nie zrobi! Świat się rozwija szybciej niż my i mamy coraz silniejszą konkurencję, nie tylko z Europy, ale przede wszystkim z Azji. A niedługo zapewne i z innych kierunków. Chciałbym, aby myśleli o tym także i rządzący.
Ryszard Petru, Towarzystwo Ekonomistów Polskich