diabollo
05.06.11, 22:27
Biedni ludzie w kościele
Marta Konarzewska Marta Konarzewska
Od granic Rynku Starego Miasta odchodzi uliczka Kapitulna. Zaraz za Kapitulną widać Miodową, a za Miodową jest róg. Na rogu stoi Kościół, a na kościele wisi kartka. Malutka i naderwana. Pismo na niej odręczne, długopisem i skromnie. Że spotkanie. Normalnie bym nawet nie przeczytała. Na spotkania kościelne nie chodzę, i także nic przeciwko nim nie mam. Bo dlaczego. Ale jakoś czytam. I wchodzę.
Schody w dół, i dalej w dół, zapach stęchły, dalej stęchlejszy. Idę i czuję, że się zbliżam do śmierci. Nie tak, że do śmierci mojej, lecz do czegoś takiego niby śmierć. Zbutwiałe drewno, wilgoć i kamień. Odmykam wrota. Krzesła niczym w salce katechetycznej, zapach niczym w zakrystii, ludzie niczym w przytułku dla biednych, a w centrum tego wszystkiego - nikt inny, lecz Tomasz Terlikowski.
Wchodzimy na palcach, bo spóźnione (jestem z moją dziewczyną). Siadam cichutko na krzesełku, ona stoi. Nie przeszkadzamy. Agata chce potem podać rękę Terlikowskiemu, przedstawić się, zapytać: o co ci chodzi, człowieku. Skąd w tobie ten jad? Ja nic nie chcę. Jedynie posłuchać.
A najpierw patrzę. Sala pełna przeciwieństw. Szare twarze wiernych – rumiana twarz Terlikowskiego. Rumiana i odżywiona. Okrągła i miękka. Twarze wiernych – pociągłe i twarde. Ich ubrania nieświeże, a raczej ich odzież - odzież z odzysku. Popękane buty, znoszone płaszcze, przykrótkie spodnie, widać dziurawe skarpetki. Na Terlikowskim zaś spodnie biało krochmalone i chociaż niemodne, zapewne nowe. Na koszulę na styk naciągnięte, elegancko. No i zegarek. Który widać. Błyszczy gruba obrączka. U wiernych spojrzenia poważne, otwarte, w oczekiwaniu. U Terlikowskiego oczka sprytne, łypiące. Zza niego łypie na wiernych także ekran podłączony do rzutnika. Łypie jaskrawym światłem. Jakiś wulgarny.
Onieśmielona się czuję przez ten rzutnik w takim miejscu, cienisto drewnianym i skromnym. Onieśmieleni i oni ową jasnością promienistą, która, rozumiem, światło Pana i Jego słowa ma imitować. Pan przemówił. Lecz teraz ważniejsze: mistrz - Terlikowski wytłumaczy.
Po pierwsze homoseksualizm to choroba oraz śmierć nagła, przedwczesna. „Homoseksualiści żyją dwadzieścia lat krócej” - mówi mistrz autorytarnie. „Udowodniono”. Ale komu, kto udowodnił i kiedy? Nie wiadomo. Oraz: dwadzieścia lat krócej od kogo? Od Jezusa? Nikt jednak nie śmie autorytetu dopytywać, bo jakże.
Po drugie homoseksualizm jest także chorobą psychiczną. Przykładem para gejów, którym nie przyznano prawa do adopcji. A w zasadzie przyznano. „I to – mówi mistrz – jest jedyny przypadek, gdzie adopcję przez homoseksualistów popieram. Wiecie Państwo, dlaczego?” Na to zamarła cisza, którą mistrz retorycznie przeciąga. „Nie wiecie państwo? A bo ci homoseksualiści wychowują, proszę państwa… lalkę. Dziecka im nie pozwolono, więc lalkę mają, kochają, przewijają, cha, cha, cha”. Cisza nadal. Brzmi tylko chichot mistrza ze słów własnych i nieśmiałe przesuwanie krzeseł, chrząkanie. „Można by się nad stanem psychicznym tych panów zastanawiać, cha, cha, deliberować by można, tego… prawda…” - nikt śmiechem nie odpowiada, więc pewność śmiechu milknie. Znów cisza.
Dlaczego wierni nie chichoczą? Bo im nie jest do śmiechu. Nie po ironię tu przyszli. Nie po chichot. Więc po co? Cała jestem zasłuchaniem, myślę: posłucham, zrozumiem. Zrozumiem tych ludzi, ten strach. I niemoc wobec strachu. Ich logikę obronną, ich prawdę.
„Ale proszę zobaczyć, jakie to straszne, jacy oni (homoseksualiści) są straszni”. Panu, który to mówi, trzęsą się dłonie. Wpatrzony w Terlikowskiego: ratuj, ja nie rozumiem, ja się boję. Jedna staruszka pyta nawet: „Proszę Pana, a czym jest grzech?” Nie grzech seksu czy grzech sodomii, w ogóle grzech. Pyta tak, jakby się modliła. Jakby od tej odpowiedzi reszta jej życia zależała (a może zależy, bo naprawdę - starowinka).
Co na to mistrz Terlikowski? Nie, Terlikowski nie jest zasłuchaniem. Specjalnie nawet nie słucha. Coś odpowiada o grzechu, na pamięć, definicją. Ale kiedy starsza pani pyta dalej, ze łzami w gardle, ucina. Zwyczajnie nic nie odpowiada, patrzy w bok: proszę następne pytanie. A starsza pani przeprasza. „Ja przepraszam” - mówi w kamień podłogi, bo już nikt na nią nie patrzy. Przepraszam, jakby boski autorytet uraziła. Może tak myśli. A niechaj myśli - Terlikowski jej z błędu nie wyprowadzi. Za bardzo zajęty promowaniem książki. Na większość pytań jednak odpowiada. Tak oto: a to znajdzie pan w mojej książce. O! A to także (tej czy owej). Żadnej swojej książki jako daru ze sobą nie ma, więc, rozumiem, należy iść i kupić.
Mają te książki (ostatnia po 26.25 zł, a co roku ukazuje się kilka) iść i kupić ludzie w odzieży z odzysku, starowinki.
W kościele przy Miodowej odbywa się co dzień rozdawanie zupy dla biednych. Wciąż tamtędy przechodzę. Znam te twarze. To ci sami ludzie. Czy po to stoją po zupę, by mieć za co kupować książki Terlikowskiego? Czy po to przychodzą do Kościoła, żeby na pytania o grzech, o „jak mam żyć?” usłyszeć odpowiedź marketingową? Czy po to Pan Terlikowski organizuje spotkania w piwnicy? Nie starczy mu Frondy do autoreklamy? Nie starczy mu kupców, których na to stać?
Agata chce zostać, ja nie mam siły. Strasznie mi przykro, smutno i żal. Żal mi tych ludzi, rzutnikiem oślepionych. Żal mi ogłuszonych Tomaszem Terlikowskim. Tak, żal mi - nie jestem wściekła, nie mam pretensji. Mimo, że z ich ust padają słowa homofobiczne, a z ust Terlikowskiego niby łaskawe (że Kościół chce bronić, pomagać). Żal mi tych ludzi, bo ich homofobia mówi: boję się. Ich homofobia wzywa: wytłumacz, ja nic nie wiem. A Terlikowski tłumaczy, a jakże. A w jego postawie „łaski pełnej” - cynizm. Mówi: nie wiecie? Ja wiem. Ja was nauczę pogardzać, wyśmiać i napiętnować.
Wychodzę, ciągnąc za sobą Agatę, mówię: chodź, tu jest duszno. Duszno mi od cynizmu, od wody kolońskiej na Terlikowskim, od ciasnej jego myśli i hipokryckiej ironii.
Ci ludzie są głodni, panie Terlikowski. Nie karm ich pan jadowitą pogardą. Zostaw im pan ich skromne fundusze, niech kupią za nie zupę i chleb. Opowiedz się pan za państwem socjalnym, który zapewni im godny byt. Nie ciągaj pan ludzi po stęchłych piwnicach. Wyjdź Pan na słońce!
www.krytykapolityczna.pl/MartaKonarzewska/Biedniludziwkosciele/menuid-192.html