Tusku, nie filozofuj!

25.10.12, 16:49
Tusku, nie filozofuj!

Jan Hartman

Idący sobie orszakiem korolowych tóg bez Kraków zaszumiały planty, że Premier Tusk będzie na naszej inauguracji roci academicae, zaszczytnie, i wygłosi. I był! Tłum wygłodniałych profesorów czekał na wieść o podwyżce. A tu zamiast o podwyżce, Pan Premier zasunął nam filozoficzny esej na temat autonomii. Piękny to był esej i z wielkim uczuciem przeczytany. Ani chybi, uczeń Pawła Śpiewaka lub innego ciężkozbrojnego filozoficznym orężem konserwatysty. Filozofią polityczną kancelaria bogata i rada. Czyżby pisarzowie od Lecha Kaczyńskiego, w zadek kopnięci, znaleźli dla się przytulisko u Łazienek?

Słuchałem tego jako na szpilkach. Miąłem birecik, chrząkałem i wytrzeszczałem ócz mych gwiazdy, a ręka mi już prawie do odpowiedzi się rwała. Ja coś powiem, ja coś powiem, Panie Premierze! Niestety, nie było mi dane, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko na tym blogu skromnym, acz poczytnym, dać upust i odpór przed blogową mą ferajną, oną jako żywo nie z ujazdowskich alej.

Że premier jest prawica, to wiedziałem, ale nie że aż tak. Jego teza była następująca: państwo silne to państwo ograniczone i swą omnipotencję ograniczające, a to w ten sposób, że szanuje autonomię pewnych instytucji i się do nich nie wtrąca. Państwo, które chce nadzorować wszystko, jest nie tylko autorytarne („patrymonialne”, jak zechciał się wyrazić dostojny mówca), ale także niewydolne i obezwładnione biurokracją. Piękne te prawdy znano już w średniowieczu, bo to w średniowieczu wynaleziono autonomię i zastosowano ją do trzech instancji: miast, Kościoła i uniwersytetu.

Pochwała feudalizmu w XXI wieku, z ust świeckiego premiera europejskiej demokracji, zaiste robi wrażenie. Drogi i Szanowny Panie Premierze! W zachwalanym przez Pana średniowieczu tyle było autonomii, ile kto zdołał jej sobie wywalczyć, i to raczej nie argumentami. Właśnie dlatego, że panował ustrój oparty na rozkazywaniu, polityka sprowadzała się głównie do ustalania kto, komu może rozkazywać, kto kogo musi słuchać, a kto nie, i kto kogo musi utrzymywać i na kogo płacić daniny, w zamian za „ochronę”. W tych pięknych czasach, Panie Premierze, wolność była luksusem, który zdobywali dla siebie nieliczni. Kto więc miał siłę, miał też autonomię, tak czy inaczej potwierdzoną w prawach i traktatach. Swoją drogą tak samo działało to i w starożytności, nie tylko w Europie. Nie o żadną etykę tu chodziło, o żadne światłe idee, lecz podział władzy, do którego, owszem, dorabiano czasem jakąś ideologię. W Polszcze ideologia z tej mańki, choć nieco późniejsza, zwała się na ten przykład „złotą wolnością szlachecką”.

System władzy oparty na szacunku dla autonomii kościoła czy innej jakiejś gminy (wyznaniowej, miejskiej), dla jakiegoś cechu (np. profesorskiego – w ramach uniwersytetu) polega na rozkazodawczym (dyskrecjonalnym) pojmowaniu władzy i jest możliwy tylko w całkowicie nieliberalnych warunkach politycznych. Kto ma „autonomię”, ten rozkazuje swoim, sądzi swoich i nie płaci pewnych danin księciu czy królowi. Istotą tych stosunków jest nierówność – jedni mają „autonomię”, a inni nie. Jest ona po prostu przywilejem i właśnie jako zestaw takich czy innych przywilejów („licencji”, jak byśmy to dziś powiedzieli) była pojmowana i definiowana.

Ustrój wolności, ustrój liberalny, który Pan Premier, jak słyszałem, wielce miłuje, zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się feudalizm, z jego „przywilejami”, „autonomiami” i innymi „złotymi wolnościami”. W ustroju tym autonomia nie jest potrzebna ani możliwa, bo wolność nie jest tu przywilejem, lecz powszechnie i na równi – albo przynajmniej proporcjonalnie do możliwości – przysługuje wszystkim obywatelom i obywatelskim zrzeszeniom.

W demokratycznym państwie nie trzeba się uciekać do autonomii dla niektórych, by chronić społeczeństwo przed omnipotencją władzy. Wszyscy bowiem są przez nią traktowani podobnie, a traktowanie to nie polega na srożeniu się z żadną potentnością, lecz minimalistycznych i rozsądnych regulacjach, wynikających z potrzeby zachowania pokojowego ładu oraz mniej więcej równej miary wolności dla wszystkich. W takim kraju wszyscy mają autonomię i nie ma tu w ogóle, o czym mówić, dopóty, dopóki w stopniu tej autonomii nie pojawiają się niesprawiedliwe różnice. Jedną z takich różnic jest na przykład to, że przywilej niepłacenia podatków albo otrzymywania subwencji publicznych bez zastrzeżenia prawa organu państwa do kontroli sposobu jej wydatkowania przysługuje jednym zrzeszeniom obywateli, a innym nie. (Jeśli wie Pan, co mam na myśli.)

Panie Premierze, to już sobie pofilozofowaliśmy, a teraz ja już bardzo poproszę o podwyżkę. Dobrze, Panie Premierze Kochany?

PS. Sobie też może Pan dać.

hartman.blog.polityka.pl/2012/10/07/tusku-nie-filozofuj/
    • diabollo Pan Hartman na drugą nóżkę 25.10.12, 16:51
      Requiem dla szkoły

      Jan Hartman

      Nauczyciele są jak snycerze i płatnerze – zawód to niedzisiejszy i niereformowalny. Tylko że nie wiadomo, czym zastąpić szkołę, przeto brniemy uparcie w ten anachronizm. Reformujemy i reformujemy coś, czego zreformować się po prostu nie da.

      W pradawnych czasach nauczyciel służył do reprodukowania kwalifikacji klasowych. Jego zadaniem było przygotować dzieci arystokratów do pełnienia arystokratycznych ról społecznych w wieku dojrzałym. Analogiczną funkcję miało szkolnictwo religijne: uczono chłopców modlitwy, a wybranych kształcono na kapłanów. Poza tym znano jeszcze ćwiczenia wojskowe. I tak to sobie było w świecie przez tysiąclecia, jakkolwiek tu i ówdzie powstawały jeszcze szkoły kształcące „pisarzy”, czyli urzędników, oraz szkoły filozoficzne/retoryczne, kształcące polityków i mówców. Te ostatnie miewały też czasem ambicje poznawcze, więc ubocznie niejako kształciły „filozofów”, czyli świeckich uczonych. Generalnie jednak zadaniem nauczyciela było utrzymywanie dyscypliny, pozwalającej wymusić na młodzieży wkucie takiej czy innej doktryny. Nauczyciel był treserem pamięci i wszystko pięknie działało: bez względu na zdolności, każdy uczeń mógł i musiał nauczyć się na pamięć pewnych tekstów, które potem recytował. Pomagały w tym rózgi.

      Aż tu pewnego stulecia wymyślono oświeconą monarchię, opartą na rzeszy wykształconych ziemian i mieszczan, tworzących masową klasę biurokratyczną. Trzeba ich było dobrze urobić na lojalnych „państwowców”, ucząc ich za młodu czci dla władzy, pogardy dla sąsiadów, porządnej łaciny oraz prawa. Ruszyła machina szkolnictwa biurokratyczno-propagandowego, a zawód nauczycielski stał się niemalże masowy i rozkwitł niczym ułańskie hufce na rubieży. Aż nadszedł wiek XIX i demokracja. Władza zaczęła odwoływać się do warstw społecznych tak szerokich, jak nigdy przedtem. Trzeba było objąć „obywatelską postawą” dzieci już nie tylko kupców i faktorów, lecz nawet wozaków i rzeźników. Zastępy nauczycieli ruszyły w lud, ucząc, a jakże, czci dla władzy, „narodowych tradycji”, nienawiści do sąsiadów, czytania, pisania i rachunków. Obywatel musiał być piśmienny, aby umiał chłonąć propagandę i głosował, jak mu wolna wola i władza nakazują – to znaczy na jedno z dwóch niewiele różniących się od siebie stronnictw, kierowanych przez arystokratów i bogaczy. Metody nauczania niezmiennie te same: tekst na pamięć, parę rycin, wierszyki patriotyczne, no, czasem może jakieś chemiczne hokus-pokus dla uciechy chłopaczków.

      Wszystko to świetnie działało, aż nastała prawdziwsza nieco demokracja. Smętna propaganda stała się przeżytkiem, więc zastąpiono ją nowym projektem. Projektem zupełnie utopijnym. Polegał on na tym, żeby na masową skalę upowszechniać coś, co z natury rzeczy było elitarne, czyli romantyczne „Bildung” – wykształcenie oparte na rozmiłowaniu w greckiej i rzymskiej literaturze i filozofii, historii Rzymu i Europy, z dodaniem dyletanckich wiadomości o naukach oraz generalnego oczytania we współczesnej produkcji literackiej. Owa „edukacja liberalna” nadawała się dla co zdolniejszych dzieci z bogatych domów, dla których można było zatrudnić prywatnych nauczycieli wysokiej klasy. Po wielu latach piłowania greką i paru miesiącach objeżdżania włoskich muzeów, otrzymywało się gotowego kandydata do służby państwowej wyższego szczebla, literatury albo nauki. I oto zamarzyło się paru idealistom, że coś takiego da się zrobić, no, może w wersji budget, z połową społeczeństwa. To trochę tak, jakby zaplanowano, aby połowa młodzieży grała w piłkę na poziomie składu rezerwowego drużyny narodowej. Plan zupełnie absurdalny, zważywszy fakt, że tylko ułamek procenta nauczycieli reprezentował ten poziom zdolności i wiedzy, którego oczekiwano od owej połowy młodzieży.

      To wszystko nie mogło się udać i się nie udało. Udało się za to przez kilka dekad robić dobrą minę do złej gry. Pomagały w tym utrudnienia w dostępnie do wiedzy. Szkoła była miejscem, gdzie zgromadzone były książki, mapy i rozmaite informacje, a także ludzie (nauczyciele) mający w głowie podstawową wiedzę z przedmiotów nauczania. Dziś jednak tak nie jest – informacja jest wszędzie, a nauczyciele są siłą rzeczy ignorantami – zwłaszcza w obliczu ogromu wciąż pomnażanej wiedzy. Choćby nie wiem, jak się starali, w większości nie dojdą do poziomu zdolnego amatora-hobbysty, nie mówiąc już o poziomie reprezentowanym przez dostępne za darmo materiały edukacyjne i popularnonaukowe, w rodzaju filmów BBC. Tym samym szkoła zredukowana została do roli przechowalni dziennej dla dzieci i młodzieży. Owszem, nadal można tam się nauczyć pisania, czytania i rachunków, ale cała reszta wykształcania dziecka pozostaje w luźnym związku ze staraniami szkoły i nauczycieli. Jak kto zdolny i świata ciekawy, to sobie włączy co trzeba i obejrzy, a nawet poczyta.

      Gdyby szkoła miała wyzbyć się całej swojej hipokryzji i zacofania, to zamieniłaby się w świetlicę, w której dzieci siedzą sobie przy komputerach i oglądają różne filmiki, sto razy lepsze od tego, co może w swoim szkolnym teatrzyku zaproponować nauczyciel. A nauczyciel byłby tylko nadzorcą i doradcą, zachęcając dzieci do obejrzenia tego czy owego, do rozmowy, do zapamiętania czegoś, co zapamiętać warto. To jednak nie byłaby już szkoła, tylko zupełnie inna instytucja. Szkoły, zrodzonej w innym świecie i dla innego świata przeznaczonej, nie da się już uratować.

      hartman.blog.polityka.pl/2012/10/13/requiem-dla-szkoly/
      • grzespelc Brawo ten pan! 31.10.12, 12:38
        Wywrotowe i ciekawe. To jest właśnie to, co lubię najbardziej.
    • chickenshorts Re: Tusku, nie filozofuj! 31.10.12, 05:26
      diabollo napisał:

      > Tusku, nie filozofuj!

      > PS. Sobie też może Pan dać.

      Yep! Ale bez przesady....
      Byle nie za duzo... i zeby przwstal sie odzwywac....
    • chickenshorts Re: Tusku, nie filozofuj! 31.10.12, 07:15
      Sie pilnie uprasszam o likwidacje tego:

      forum.gazeta.pl/forum/w,95165,139788378,140045485,Re_W_imie_Boga_Dlaczego_.html
      jesli to mozliwe.... wdziecznosc dozgonna... Cs
      • diabollo Re: Tusku, nie filozofuj! 31.10.12, 07:54
        Wszystko dla Ciebie, czcigodny Chickenshortsie.

        Kłaniam się nisko.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja