diabollo
14.05.13, 19:59
Tomasz Piątek
I znowu po weekendzie tyle jest wesołych tematów, o których można by zabawnie napisać. Armageddon w warszawskim metrze, który zablokował komunikacyjnie całą stolicę. Ksiądz-pedofil ze Szczecina, który pozazdrościł biskupowi-actimelkowi z Gdańska jego hodowli danieli i postanowił sobie założyć hodowlę Francuzów (złapał dwóch, zresztą całkiem dojrzałych – i uwięził ich u siebie na plebani). Weekendowy magazyn „Gazety Wyborczej”, w którym Marek Beylin zapewnia, że edukacja uchroni nas przed powrotem nazizmu, a kilka stron wcześniej Jan Hartman domaga się, żeby edukację zlikwidować (swoją drogą, to kolejny przykład cywilnej dezercji: przedsiębiorcy nie chcą płacić podatków, policjanci wynajmują się bandytom jako ochroniarze, a edukatorzy nie chcą edukować – czy nie tak upadają cywilizacje?). Ale nie mogę o tym wszystkim pisać, nie mam siły żartować, Feliks nie będzie wesoły i nie będzie piosenki.
Wczoraj wieczorem przeczytałem książkę Stefana Zgliczyńskiego Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali. Przez całą noc miałem koszmary: małe dzieci czepiały mi się nóg i błagały, żebym ich nie zabijał. Albo żebym, zanim je zabiję, po raz ostatni ponosił je na barana. Nie zgrywam się – i nikomu nie życzę takich snów.
Teoretycznie książka Zgliczyńskiego nie powinna mną aż tak wstrząsnąć. Po Grossie, po My z Jedwabnego Anny Bikont, po ostatnich wystąpieniach Andrzeja Ledera powinienem być gotowy na prawdę. Już wcześniej czytałem o żydowskich dzieciach wbijanych przez Polaków na widły i wrzucanych do płonącej stodoły. A jednak do tej pory gdzieś z tyłu głowy słyszałem głos, który szeptał usprawiedliwienia, usprawiedliwienia kuriozalne, ale miło usypiające: „To tylko Jedwabne... To tylko Radziłów... No prawda, jeszcze Kielce, tam twoi krewni stali nad wodą, patrzyli na utopione i ukamienowane Żydówki... Ale to tylko Kielce... I tylko ciemni ludzie, motłoch...”. Szczególnie to ostatnie usprawiedliwienie było parszywe, ale o tym za chwilę.
Proszę Państwa, Stefan Zgliczyński zebrał w swojej książce te wszystkie niezliczone Radziłowy i Jedwabne rozrzucone po całej Polsce. Zebrał powiatowe polowania na Żydów, zebrał świadectwa i opracowania, które do tej pory w Polsce znane były tylko historykom. Powstało proste, łatwe w czytaniu dzieło dla szerokiej publiczności – dzieło przerażające.
Dla jasności i dobitności, pozwolę sobie wyliczyć tezy przekonująco udowodnione przez Zgliczyńskiego:
– po pierwsze, już przed wojną Polacy (i to nie tylko ONR i endecy, ale także sanacyjny rząd) przygotowywali się do antysemickiej czystki etnicznej (i nie chodzi tu tylko o słynny Madagaskar; polscy wysłannicy rozmawiali z Hitlerem o przesiedleniu Żydów do innych kolonii);
– po drugie, korzystając z przyzwolenia (nieraz cichego) Niemców, Polacy niemal od pierwszych dni okupacji rozpoczęli rzeź Żydów (czasem zabijali ich samodzielnie, czasem rękami hitlerowców, którym wydawali swoje ofiary); ta rzeź wykorzystywała hitleryzm (Hitler stworzył dla niej okazję i przychylny klimat), ale z hitleryzmu nie wynikała: była logiczną konsekwencją przedwojennej polskiej ideologii antysemickiej, głoszonej przez rząd, prawicę i – co szczególnie ważne na wsi – przez Kościół
– po trzecie, Państwo Podziemne nie tylko nie powstrzymywało morderców i szmalcowników, ale jego żołnierze mordowali Żydów w lasach oraz podczas powstania warszawskiego; dotyczy to nie tylko zbrodniczej formacji NSZ, ale także AK; bezpieczne dla Żydów były tylko niektóre (podkreślam, niektóre) oddziały AL; uwielbiani i wynoszeni na pomniki bohaterowie podziemia, tacy jak „Ogień” czy „Barabasz”, byli w rzeczywistości masowymi mordercami;
– po czwarte, mordowanie Żydów trwało po wojnie; znikło hitlerowskie przyzwolenie, zaczęły się komunistyczne zakazy, a mimo to życie Żydów nadal było zagrożone, nie tylko ze strony antykomunistycznego podziemia i nie tylko podczas słynnych pogromów; tłum spontanicznie linczował powracających Żydów w pociągach i na stacjach kolejowych, strzelała do nich „ludowa” milicja i „ludowe” wojsko;
– po piąte, nieliczni Sprawiedliwi byli traktowani przez ogół Polaków jak zdrajcy narodu;
– po szóste, podczas wojny na terenie Polski zginęło z rąk Polaków o wiele więcej Żydów niż Niemców.
Te wszystkie tezy, poparte faktami, liczbami i świadectwami, pozwalają Zgliczyńskiemu na zadanie prowokacyjnego, ale nieodparcie nasuwającego się pytania: czy II wojna światowa była dla Polaków wojną polsko-niemiecką czy jednak przede wszystkim polsko-żydowską?
Cała książka Zgliczyńskiego jest podobną prowokacją, włącznie z tytułem. Autor sugeruje, że powinien za ten tytuł dostać trzy lata, ze względu na nieszczęsną ustawę, która nakazuje karać każdego, kto ośmieli się powiedzieć, iż Naród Polski Zawsze Dziewiczy miał jakiś udział w zbrodniach nazizmu. Rozumiem tę prowokację – ewentualne oskarżenie mogłoby skończyć się głośnym procesem, w którym absurdalna ustawa (słusznie porównywana przez Zgliczyńskiego do tureckiego prawa zakazującego mówić o ludobójstwie Ormian) musiałaby się skompromitować. Ja jednak nazwałbym książkę krócej: Jak Polacy Żydów mordowali. Bo Zgliczyński tak naprawdę nie opowiada o polskim udziale w zbrodniach nazizmu. Nazizm był tu tylko okazją. Zgliczyński opowiada o naszym, polskim mordzie, nie nazistowskim, nie komunistycznym, tylko narodowo-katolickim.
To jest moje jedyne zastrzeżenie do prowokacji Zgliczyńskiego. Bo poza tym ta prowokacja oparta jest na faktach i faktów się trzyma.
Ktoś kiedyś powiedział, że naród jest wspólnotą opartą na kłamstwie. Wszystkie narody kłamią. Rosjanie nie chcieli rozmawiać z Anne Applebaum o Gułagu, tylko o swoich kosmonautach. Niemcy w swoim czasie zrobili sobie krwawą łaźnię rozrachunków, ale teraz kręcą komedie o Hitlerze i ckliwe filmy o Wehrmachcie (albo, co gorsza, ckliwe filmy o Hitlerze, jak Upadek). Amerykanie zawsze i wszędzie rozsiewają demokrację, mniejsza że za pomocą napalmu i bomb. Chińczycy twierdzą, że wywodzą się od Homo erectus i dlatego są innym gatunkiem człowieka niż Europejczycy. Włosi w szkołach wciąż uczą się o wzniosłym Risorgimento, które tak naprawdę nie było niczym innym, jak sprzedażą nowych rynków zbytu Piemontowi. Belgowie nie chcą pamiętać o Kongo i pomysłowym królu Leopoldzie. Anglicy nie chcą pamiętać, że cały kontynent przerobili na kolonię karną.
Ale jakoś tak się dzieje, że polskie kłamstwo boli mnie bardziej niż cudzoziemskie i wydaje mi się głębiej wżarte w umysł. Może tak jest, bo jestem Polakiem, może tak jest, bo wciąż pamiętam histeryczną politykę historyczną Kaczyńskiego – ale może tak jest, bo tak jest (bo naprawdę to kłamstwo jest głębiej wżarte). Ludzie z Zachodu, z którymi rozmawiałem, nieraz mi mówili: wasi inteligenci są jak zaprogramowani, gdy zapytać was o wasz kraj, opowiadacie wszyscy o wolności szlacheckiej, rozbiorach, powstaniach i wojnie.
No właśnie. Polska wspiera się na dwóch podstawowych kłamstwach. Jedno to opowieść o narodzie miłujących wolność szlachciców. A prawda jest taka, że ci miłujący wolność szlachcice byli bezkarnymi gangsterami, którzy trzymali w potwornej niewoli ogromną większość społeczeństwa. Sami w praktyce nie podlegali żadnym sądom, natomiast mieli władzę życia i śmierci nad swoimi niewolnikami. Tak zwana Pierwsza Rzeczpospolita to nie tylko głód, wódka i pańszczyzna ponad siły, to nie tylko rózgi i dyby, ale także zakopywanie żywcem połączone z przekłuwaniem stóp broną, a nawet swoisty „mord rytualny” (byli tacy panowie, którzy najwyraźniej chcieli przetestować legendę i turlali swoich chłopów w beczkach nabijanych gwoździami). O potwornościach tamtej Polski pisało wielu autorów, i to w sposób żywy, popularny. Od Kitowicza począwszy, przez Łozińskiego, Putka, Tazbira, Stommę, po nieocenionego Łukasiewicza. A mimo to w powszechnej wyobraźni nadal rządzi kłamstwo.