diabollo
15.06.13, 14:00
No to sprostuje w płatnych ogłoszeniach
Wojciech Orliński
"Sprawa Jana Rokity" przypomina stary dowcip o samochodach rozdawanych na placu Czerwonym. Przede wszystkim - nie chodzi o "karę" za nazwanie Kornatowskiego "nikczemnym prokuratorem", ale o przeprosiny za przypisanie mu bez cienia dowodu udziału w przestępstwie. Tak jak w przypadku nieszczęsnego incydentu w samolocie Lufthansy cały ten proces Rokita zafundował sobie na własne życzenie
Polski dyskurs publiczny stał się ostatnio jednym wielkim Radiem Erywań.
Usłyszeliśmy w środę (i słyszymy wciąż), że Janowi Rokicie komornik zabiera 350 tys. zł w ramach kary za nazwanie Konrada Kornatowskiego "nikczemnym prokuratorem stanu wojennego". Wnet posypały się komentarze zatrwożonych karą polityków. Wśród nich znajdziemy tekst posła Solidarnej Polski Patryka Jakiego, który w prawicowym portalu salon24.pl zaapelował "o udzielenie pomocy koledze Janowi Rokicie". Posłowi Jakiemu udało się zgromadzić w pigułce wszystkie absurdy wypowiadane w tej sprawie.
Oświadczył, że jego "wątpliwość" budzi "rozmiar kary (350 tys. zł) absolutnie nieproporcjonalny do winy". I dodał:
„Warto również podkreślić dziwne standardy stosowane przez polskie sądy, które jednym wyrokiem przyjmowały posługiwanie się względem byłego Prezydenta Rzeczypospolitej słowem »cham « - uznawanym powszechnie za obelżywe, za nic szkodliwego, innym wyrokiem natomiast za nazwanie Pana Kornatowskiego »nikczemnym prokuratorem « - doprowadziły do faktycznej »konfiskaty « majątku byłego kandydata na premiera Jana Rokity”.
Rokita oskarża, biegli nie potwierdzają. Może byli z układu?
Naprawdę zaś wszystko to przypomina dowcip o Radiu Erywań z samochodami rozdawanymi na placu Czerwonym.
Przede wszystkim - nie chodzi o "karę" za nazwanie "nikczemnym prokuratorem". Rokita w 2007 r. zarzucił Kornatowskiemu, że w 1986 r. "sfabrykował dowody niewinności milicjantów" w sprawie śmierci osoby zatrzymanej w komisariacie. Kolejni biegli po zbadaniu sprawy orzekali, że "z prawdopodobieństwem bliskim pewności" śmierć zaszła z przyczyn naturalnych. Dlatego sprawę ostatecznie umorzono w 1990 r.
Być może biegli byli z "układu", może dowody ktoś sfałszował. Ja generalnie niczego nie wykluczam, nawet gdy to wszystko robi się tak nieprawdopodobne. Bo demoniczną rolę Rokita przypisuje akurat Kornatowskiemu, który był wtedy w prokuraturze asesorem, a więc zwyczajnie nie zajmował pozycji pozwalającej mu dowody niszczyć czy "fabrykować".
Proces z Kornatowskim jak incydent w niemieckim samolocie
Gdyby chodziło tylko o to, że Rokita nazwał Kornatowskiego "nikczemnym", nie byłoby w ogóle tego procesu. Chodziło o to, że przypisał mu udział w przestępstwie, nie mając na to cienia dowodu. Tego po prostu nie wolno robić.
Nawet jeśli w swoim mniemaniu "były kandydat na premiera" miał jakieś powody, by Kornatowskiego o coś podejrzewać, mógł to sformułować tak, jak choćby ja to zrobiłem kilka akapitów wyżej. Po to gramatyka wymyśliła tryb przypuszczający i przysłówki wyrażające brak pewności. Jeśli zaś nie mamy konkretnych dowodów czy choćby przesłanek, nie wolno rzucać ciężkimi oskarżeniami. To już nawet nie jest kwestia prawa, lecz zwykłej przyzwoitości.
A jeśli już zdarzyła nam się pomyłka - wypada przeprosić.
Cały ten proces Rokita zafundował sobie na własne życzenie. Tak jak w przypadku jego nieszczęsnego incydentu w samolocie Lufthansy - gdyby w porę przeprosił stewardesę za szarpaninę, nie trzeba by było wzywać policji. Teraz również mógł przeprosić Kornatowskiego - proces zakończyłby się ugodą i nikt by nikomu nie płacił! Rokita jednak odmówił, więc poszkodowany jego pomówieniem zażądał przeprosin drogą sądową.
Nie chodzi więc o "karę" za "winę", ale o zapłatę za ogłoszenia, w których kłamstwo zostanie sprostowane, a krzywda - naprawiona. Nie chciał Rokita sprostować za darmo? No to sprostuje w ogłoszeniach. Najprawdopodobniej zresztą nie zapłaci za nie "350 tysięcy", tylko znacznie mniej.
Prezydent "chamem"? Inna dziedzina prawa, inne paragrafy
Rozwiejmy jeszcze jedną wątpliwość posła Jakiego: dlaczego można nazwać prezydenta "chamem"? Istnieje, niestety, w kodeksie karnym art. 135 przyznający szczególną ochronę prezydentowi. Należę do osób uważających ten przepis za zbędny i cieszę się, że prokuratorzy niechętnie wszczynają postępowanie na jego podstawie. Prezydentowi pozostaje przecież obrona z oskarżenia prywatnego albo w procesie cywilnym - jak każdemu obywatelowi. Prezydent Kaczyński nie skorzystał z niego w przypadku "chama" - i chwała mu za to. Ale nie mylmy tego z przypisywaniem ludziom działalności przestępczej bez dowodów, bo to po prostu inna dziedzina prawa i inne paragrafy.
Wszystko to drobiazgowo wyjaśnia w "Gazecie Wyborczej" Bogdan Wróblewski, jedyny do tej pory dziennikarz, który napisał o sprawie Rokity, rozumiejąc, o co w niej chodzi. Gdyby w mediach panowała zasada, że jak ktoś o jakiejś sprawie nic nie wie, to się nie wypowiada, w czwartek zamiast kakofonii oświadczeń i komentarzy do sprawy Rokity brzmiałby tylko spokojny, kompetentny monolog redaktora Wróblewskiego.
wyborcza.pl/1,75968,14104041,Nie_chcial_Rokita_sprostowac_za_darmo__No_to_sprostuje.html