Dodaj do ulubionych

Rozłączna addytywność, czyli paradoks Schellinga

30.06.16, 07:47
Wojciech Orliński

Thomas Schelling, szef gabinetu prezydenta Eisenhowera, odnotował w swoich wspomnieniach ciekawy paradoks. Jego współpracownicy ochoczo zostawali w pracy po godzinach i przychodzili w weekend, bo po prostu ekscytowało ich poczucie realnego wpływu na działania polityka świata.
W pewnym momencie Eisenhower - który w kampanii przedstawiał siebie jako polityka przyjaznego związkom zawodowym - zażądał, żeby także pracowników jego gabinetu traktować tak jak innych pracowników w (ówczesnej) Ameryce. Rygorystycznie wyliczać im nadgodziny i pracę w weekend - i wypłacać stosowne premie z tej okazji.

Przyniosło to skutek odwrotny do zamierzonego - wspomina Schelling. Pracownicy zaczęli rygorystycznie wyliczać swój czas pracy i wychodzić po fajrancie. Zwołanie zebrania w sobotę stało się praktycznie niemożliwe. Dlaczego?

Profesor Samuel Bowles napisał na ten temat książkę "The Moral Economy: Why Good Incentives Are No Substitute for Good Citizens" ("Ekonomia moralna: dlaczego dobre programy motywacyjne nie mogą zastąpić dobrych postaw obywatelskich"). Dla ekonomistów takich jak Bowles paradoks Schellinga jest problemem podważającym matematyczne podstawy nauki, którą uprawiają.

Ekonomia neoklasyczna, która dominuje dziś na większości uczelni zajmujących się tym przedmiotem (w tym na warszawskiej SGH), odwołuje się do pewnych założeń dotyczących natury ludzkiej. Zakłada między innymi, że wszyscy myślimy racjonalnie i kierujemy się maksymalizacją indywidualnego zysku.

Tak uzasadniane są podstawowe pojęcia ekonomiczne - prawo Saya, teoria przewagi komparatywnej, optimum Pareto, równowaga podaży i popytu. Ekonomiści najchętniej uzasadniają je fikcyjnymi modelami typu "Wyobraźmy sobie państwa A i B, które produkują towary X i Y".

Ludzie oczywiście nie działają racjonalnie i wcale nie zawsze maksymalizują zysk. I całe szczęście! Świat z modeli neoklasycznych byłby światem łajdaków, którym obce są wszelkie zasady moralne, liczy się tylko zysk.

Neoklasyczna ekonomia zakłada, że motywacje ekonomiczne i moralne są "rozdzielnie addytywne", pisze Bowles. Wyjaśnia to matematyczne pojęcie tak, że między jednym a drugim nie zachodzi żaden związek, ani pozytywny, ani negatywny.

Jako jednostka ludzka wciąż stajemy przed dwoma wyborami: "czy mi się to opłaca?" i "czy mój system wartości pochwala to, czy potępia?". Nasz ostateczny wybór jest wypadkową tych dwóch ocen.

Tymczasem w praktyce często te motywacje jednak rozdzielne nie są. Doświadczył tego właśnie Thomas Schelling - gdy pracowników zaczęto do cięższej pracy motywować premiami, zniknęła ich dotychczasowa motywacja wynikająca z wartości niematerialnych.

Dopóki chodziło im o wspomaganie prezydenta, którego popierali politycznie - mogli przyjść w weekend do pracy. Kiedy zaczęto ich zachęcać finansowo, uznali, że im się to nie opłaca.

Bowles cytuje w swojej książce badania psychologiczne pokazujące, że taki konflikt występuje częściej, niż nam się wydaje. W jednym z badań dorośli prosili dzieci o przysługę w postaci podania przedmiotu, do którego (rzekomo) nie mogli dosięgnąć.

Jednej grupie dzieci przedstawiono to jako transakcję ("pomóż mi, to dam ci zabawkę"), drugą po prostu proszono o pomóc ("pomóż mi, bo ja nie dam rady"). Druga motywacja okazała się skuteczniejsza.

Wygląda na to, że postawa "a co ja z tego będę miał?" nie jest czymś, z czym przychodzimy na świat, tylko czymś, co narzucamy dzieciom w procesie wychowania. Antropologia zresztą zna przykłady społeczeństw, w którym ta postawa nie pojawia się nigdy.

Ekonomia neoklasyczna twierdzi, że jej założycielem był Adam Smith. Bowles przypomina jednak, że to nie Smith popełnił błąd wychwalania egoizmu jako cnoty.

Cytat o "niewidzialnej ręce rynku", który często pada przy tej okazji, jest sfałszowany. Smith nigdy nie pisał, kto kieruje tą niewidzialną ręką. W innym swoim dziele, które on sam uważał za ważniejsze - "Teorii uczuć moralnych" - opisywał z kolei ludzi jako altruistów, których jakaś niewidzialna ręka popycha w stronę bezinteresownej pomocy bliźniemu.

Książka Bowlesa mnie zafascynowała, bo sam jakiś czas temu zainteresowałem się wypaczeniem filozofii Adama Smitha przez współczesnych liberałów. Szerzej opisywałem to w eseju "Jak sumę egoizmów ułożyć w publiczne dobro?" ("Magazyn Świąteczny", 20.02.2016).

Wygląda na to, że współczesny kapitalizm ma tę samą wadę co realny socjalizm: jest ustrojem, który fajnie wygląda w teorii, ale w praktyce nie pasuje do ludzkiej natury.

wyborcza.pl/duzyformat/1,153303,20318909,rozlaczna-addytywnosc-czyli-paradoks-schellinga-orlinski.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Jak sumę egoizmów ułożyć w publiczne dobro? 30.06.16, 07:49
      Wojciech Orliński

      Lepszy rzemieślnik i lepszy bankier wcale nie chcą się stać lepszymi obywatelami, tylko jeszcze bogatszym rzemieślnikiem i bankierem
      Martin Shkreli, biznesmen, który kupił prawa do leku ratującego życie, żeby natychmiast podnieść jego cenę z 13,50 do 750 dol. za tabletkę, jest dziś najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Ameryce. Skąd się biorą tacy ludzie? Mija właśnie 200 lat od śmierci filozofa, który jako pierwszy zadał to pytanie.

      Adam Ferguson był jednym z pionierów filozofii liberalnej. Tak jak Adam Smith, jego bliski współpracownik, należał do nurtu szkockiego oświecenia. Nie pozostawił w swoich pismach metafory tak zgrabnej jak niewidzialna ręka jego sławniejszego kolegi, ale pisał o tym samym.

      Smith dowodził, że choć przedsiębiorca kieruje się chęcią osobistego wzbogacenia, "w tym, jak i w wielu innych przypadkach jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierzał osiągnąć". Ferguson ujął tę samą myśl, pisząc, że narody tworzą instytucje "biorące się z ludzkich działań, ale nie zaprojektowane przez żadnego człowieka".

      Ale dodatkowo zaatakował problem, który Adama Smitha przerastał. Smith wspomina o nim na początku "Pochodzeniu bogactwa narodów", żeby od razu dodać, że "wykracza poza zakres niniejszego dzieła". Więcej do niego nie wracał.

      Zgrabnie i lapidarnie ujął go Ferguson. Chwaląc gospodarczy postęp, który przyniosły początki kapitalizmu i rewolucji przemysłowej w Szkocji (James Watt, konstruktor rewolucyjnej maszyny parowej, był znajomym obu filozofów), ganił skutki uboczne.

      "W ten sposób wynagradzamy sukces dobrej Pracy, ale uchybiamy Honorom przynależnym ludzkiej Naturze. Dostajemy dobrą Pracę, ale wychowujemy ludzi chamskich, niemoralnych, pozbawionych uczuć i Manier" - napisał w 1756 r. (mam nadzieję, że redakcja mi zostawi Oryginalną Ortografię, bo Ferguson nieprzypadkowo niektóre słowa zapisał Wielką Literą).

      ***

      Liberalny model społeczeństwa zakłada, że dominującą motywacją uczestników wymiany gospodarczej jest egoistyczna chęć zysku, jednak za sprawą mechanizmu niewidzialnej ręki, którego "nie zaprojektował żaden konkretny człowiek", suma egoizmów układa się w publiczne dobro. "W planach na kolację nie odwołujemy się do wielkoduszności piekarza, rzeźnika i piwowara, tylko do ich chęci zarobku" - zauważył Adam Smith.

      Ostatnio jednak coraz częściej widzimy egoizm przedsiębiorców, który nie przyczynia się już do żadnego dobra. Shkreli to przykład jakby wprost wyjęty z pism Fergusona, bo nie dosyć, że jego działalność jest ewidentnie "niemoralna", to jeszcze na dodatek zachowuje się publicznie w sposób ewidentnie pozbawiony "honoru i manier", na przykład nazywając przesłuchujących go kongresmenów "imbecylami" albo składając obietnice wycofania się z podwyżki, które potem odwołuje.

      Ale Shkreli to wierzchołek góry lodowej. Popularne ostatnio filmy jak "Big Short" czy "Wilk z Wall Street" opowiadają o tym samym zjawisku. Pokazują egoistów, z których działalności ewidentnie nie wynika nic dobrego dla społeczeństwa, a jednak społeczeństwo nagradza ich sowicie za ich działalność.

      Wygląda to tak, jakby słynna niewidzialna ręka pokazała nieprzyzwoity gest swoim wyznawcom. Kapitalizm stał się jakiś czas temu ustrojem, w którym nie opłaca się grać uczciwie. Nie wynagradzamy w nim już dobrej pracy, tylko coraz bardziej obrzydliwe kombinatorstwo.

      Czy Adam Smith tego nie przewidział? Wydawałoby się, że to proste pytanie, na które można odpowiedzieć po prostu "tak" lub "nie". Tymczasem na ten temat powstała bogata literatura. Sam przeczytałem o tym trzy książki, których autorzy z kolei cytowali innych autorów, więc poznałem dobrych kilkanaście odpowiedzi. A każda jest, ma się rozumieć, inna.

      Historycy filozofii nazywają to Problemem Adama Smitha (The Adam Smith Problem). Przez duże "P", żeby odróżnić to centralne pytanie od innych, pomniejszych zagadek związanych z tym filozofem. A trochę ich jest, bo pod koniec życia kazał spalić większość papierów, więc znamy właściwie tylko to, co świadomie skierował do publikacji. Być może w stosie rękopisów spłonęło pismo mogące rozstrzygnąć i ten spór - a w zasadzie Spór - raz na zawsze.

      Problem w skrócie wygląda tak: Adam Smith napisał dwa fundamentalne dzieła - "Teorię uczuć moralnych" (1759) i "Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów" (1776). W obu pojawia się metafora niewidzialnej ręki, ale zawierają tezy, które są na pierwszy rzut oka sprzeczne.

      W "Teorii..." Smith twierdzi, że wszystkich ludzi łączy zdolność do odczuwania sympatii wobec innych ludzi. Należy jednak pamiętać, że autor, jak to z filozofami bywa, nie używał słowa "sympatia" w potocznym znaczeniu. Owszem, "sympatia" Smitha obejmuje potoczne znaczenie, ale jego rozumienie idzie dalej. Etyczka i socjolożka Maria Ossowska proponowała to tłumaczyć jako "współdoznawanie". A filozof (i znawca Szkocji) Stefan Zabieglik zauważył, że najlepiej pasowałoby słowo "empatia", którego Szkot nie mógł użyć z tej prostej przyczyny, że wymyślono je sto lat po jego śmierci.

      W pierwszej książce Smith przedstawił więc sympatię vel empatię jako główną siłę spajającą społeczeństwo. Bo nawet jeśli zawiść, żądza czy gniew motywują nas do zrobienia krzywdy sąsiadowi, powstrzymuje nas niewidzialna ręka empatii.

      W drugiej z kolei opisał egoistyczną chęć zysku jako główne źródło tytułowego "bogactwa narodów". Jednak nawet ten egoista zmierza do publicznego dobra kierowany przez jakąś niewidzialną rękę.

      To w końcu kim jest człowiek? Egoistą z "Bogactwa narodów" czy altruistą z "Teorii uczuć moralnych"? I czym jest ta niewidzialna ręka - czy w każdym z tych dzieł jest czymś innym? A może w obu tym samym? Te właśnie pytania zbiorczo nazywamy Problemem Adama Smitha.

      CDN...
      • diabollo Re: Jak sumę egoizmów ułożyć w publiczne dobro? 30.06.16, 07:51
        ***

        W obu pracach Smith starał się odpowiedzieć na różne pytania - "skąd się bierze moralność" i "skąd się bierze bogactwo". Odpowiedź na pierwsze brzmi: "z empatii", na drugie: "z egoizmu".

        Szkocki filozof nie użył określenia "niewidzialna ręka rynku". To już współczesna interpretacja. Bardzo możliwe, że tak naprawdę w obu przypadkach - źródeł moralności i źródeł bogactwa - chodziło mu po prostu o niewidzialną rękę opatrzności, która kieruje ludzkość ku samodoskonaleniu.

        To brzmi szokująco anachronicznie dla nas, żyjących w epoce sekularyzacji filozofii i nauki, ale było naturalne dla myślicieli oświecenia. Z ówczesnych odkryć przyrodniczych wyłaniał im się obraz Boga jako kartezjuszowskiego Wielkiego Zegarmistrza.

        Skoro Bóg stworzył doskonałe mechanizmy astronomiczne czy biologiczne, czemu nie mógł też stworzyć doskonałego mechanizmu działania społeczeństwa? To rozumowanie zakwestionowano dopiero w XX wieku. Dla XVIII-wiecznego filozofa to była oczywista oczywistość.

        Tę interpretację wzmacnia fakt, że metaforą niewidzialnej ręki Smith posłużył się po raz pierwszy około roku 1750, gdy napisał esej "Historia astronomii". Chodziło mu o niewidzialną rękę Jowisza - nadprzyrodzonego bóstwa, którego działaniem starożytni tłumaczyli sobie to, co dziś tłumaczy nauka.

        Ale, ale. Żyjemy w kraju, w którym nazwisko Adama Smitha przywołuje się kilka razy dziennie. Dlaczego więc tak mało słyszymy o innych jego dziełach, nawet "Bogactwo narodów" sprowadzając do jednego zmodyfikowanego cytatu?

        Ekonomista Jerry Evensky zauważył, że w dyskursie publicznym funkcjonuje dwóch Smithów - Smith z Kirkcaldy i Smith z Chicago. Pierwszy jest szkockim filozofem urodzonym w 1723 r. w miasteczku opodal Edynburga. Drugi - fantomem wymyślonym w połowie lat 50. przez grupę ekonomistów z Chicago, którzy dowolnie powyrywali kilka cytatów z "Bogactwa narodów".

        Smith z Chicago redukuje naturę ludzką do homo economicus kierującego się wyłącznie zyskiem. Prawdziwy Smith z Kirkcaldy widział ludzkość - twierdzi Evensky - jako "złożone królestwo natury, które nie poddaje się takiemu prostemu redukcjonizmowi".

        ***

        Szkot renesans popularności w naszych czasach zawdzięcza głównie Instytutowi Adama Smitha, który trzech prawicowych intelektualistów założyło w 1977 r. w Londynie jako think tank reprezentujący interes przedsiębiorców w kontrze do potężnych (wówczas) brytyjskich związków zawodowych. Odpowiednikiem brytyjskiego Instytutu w Polsce jest Centrum Adama Smitha.

        Co Adam Smith myślałby o związkach zawodowych, nie wiemy, bo w jego czasach ich nie było. Możemy się czegoś domyślać z jego pism, ale za sprawą Problemu przez duże "P" nie jest to proste - być może Smith moralista byłby za, a Smith ekonomista przeciw.

        Wiemy natomiast, co sądził o lobby przedsiębiorców. Wystarczy zajrzeć do "Bogactwa narodów". Już w jego czasach Anglią rządził parlament, filozof obserwował więc pierwsze formy lobbingu, próby forsowania korzystnych przepisów. Obserwował to z największą odrazą: "Interes przedsiębiorców (...) jest zawsze pod pewnym względem różny od interesu publicznego, a nawet mu przeciwny (...). Propozycja jakiegoś nowego prawa czy przepisu regulującego handel, która pochodzi od tej klasy, powinna się zawsze spotkać z największą ostrożnością i nie powinna być nigdy przyjęta, zanim nie zostanie wszechstronnie i dokładnie zbadana, nie tylko z największą skrupulatnością, lecz z najbardziej podejrzliwą uwagą. Pochodzi bowiem od klasy, której interes nie jest dokładnie taki sam jak interes publiczny, a która jest zainteresowana tym, by oszukiwać, a nawet ciemiężyć społeczeństwo, i która je w wielu przypadkach oszukiwała, jak i uciskała".

        Adam Smith w swoim fundamentalnym dziele apeluje do parlamentarzystów, żeby stanowiąc prawo, kierowali się interesem publicznym, a nie "krzykliwym natręctwem ludzi, którzy zabiegają o swe własne interesy". Ubolewa, że każdy parlamentarzysta, który ośmieli się wystąpić przeciw nim, "musi się liczyć z zuchwałą napaścią rozwścieczonych i zawiedzionych monopolistów". I uważa, że jeśli coś zasługuje na ochronę, to tylko interesy konsumentów, bo "jedynym zadaniem i celem wszelkiej produkcji jest konsumpcja, a interesy producenta należy mieć na względzie o tyle tylko, o ile może się to okazać konieczne do popierania interesów konsumenta. Zasada ta jest tak oczywista, iż byłoby rzeczą absurdalną próbować ją udowodnić".

        Gdyby żył w dzisiejszych czasach, w sporach między deregulacją a ochroną konsumentów brałby raczej stronę ochrony konsumentów. Zapewne nie lubiłby instytutów swojego imienia (z wzajemnością) i potępiałby neoklasyczną szkołę ekonomii za uproszczoną wizję ludzkiej natury, sprzeczną już nawet nie z jego "Teorią uczuć moralnych", ale nawet ze sporą częścią "Bogactwa narodów", a przynajmniej tymi częściami, w których mowa o interesie publicznym.

        ***

        Ale co to właściwie jest interes publiczny? I co robić, gdy jest on sprzeczny z poszczególnymi egoistycznymi interesami jednostek ludzkich? Smith doceniał wagę tego pytania, ale go unikał.

        Jego kolejną pasją było prawo, które wykładał na Uniwersytecie w Glasgow. Ale odpowiedź, że spór powinno rozstrzygać prawo uchwalane przez mądrych i bezstronnych parlamentarzystów, też nie rozwiązuje problemu, tylko go odsuwa. Bo skąd parlamentarzyści mają brać fergusonowskie Honor i Maniery, by uchwalając prawo, odrzucić korumpujący lobbing "ludzi, którzy zabiegają o swe własne interesy"? Na to Smith nigdy nie odpowiedział.

        Nie tylko on. Dobrej odpowiedzi nie znaleźliśmy do dziś. Ale dlatego właśnie przyjrzyjmy się propozycjom filozofa, który jako pierwszy odważył się zaatakować ten problem.

        Ferguson był przekonany, że nie ma fundamentalnej sprzeczności między interesem społeczeństwa i interesem jednostki. "Jeśli dobro ogółu ma być głównym celem dla jednostek, to podobnie szczęście jednostki powinno być głównym celem dla społeczeństwa obywatelskiego - bo w jakim sensie ogół ma się cieszyć jakimkolwiek dobrem, jeśli jego jednostki, same dla siebie, będą nieszczęśliwe?". Wierzył, że te dwa cele da się pogodzić. Podobnie jak my, którzy powtarzamy: społeczeństwo obywatelskie. Pozostaje drobne pytanie: jak to osiągnąć?

        Początkowo Ferguson rozwiązanie tego problemu widział w... powszechnej służbie wojskowej. W "Rozważaniach o powołaniu milicji" (1756) zasugerował, że obywatele, służąc wspólnie w armii, nauczą się braterstwa i honoru. Dziś ta propozycja wydaje nam się naiwna, zresztą sam autor doszedł wkrótce do podobnego wniosku, ale spodobała się ona amerykańskim ojcom założycielom, na których Ferguson wywarł wpływ nie mniejszy od Adama Smitha. Jerzy Waszyngton zaczął karierę jako dowódca takiej właśnie milicji, powołanej przez mieszkańców kolonii Virginia do obrony przed atakami Indian. Dlatego zresztą ojcowie założyciele wpisali prawo do posiadania broni palnej do konstytucji.

        Idea nie była zresztą nowa. Aż do XVIII wieku głównym wzorcem dla wszystkich demokratów i republikanów była republika rzymska i demokracja ateńska - a w czasach antycznych prawa obywatelskie były nierozerwalnie związane z gotowością do walki za republikę gwarantującą te prawa.

        Politolog i historyk Ira Katznelson nazywa więc Fergusona "ostatnim neorzymianinem". Szkot był ostatnim myślicielem próbującym w czasy nowożytne przenieść ideały rzymskiej republiki. I zarazem pierwszym, który zrozumiał, że to niemożliwe.

        ***

        W swoim najważniejszym dziele, "Eseju o historii społeczeństwa obywatelskiego" (1767), Ferguson zauważył, że kształtowanie postaw obywatelskich przez wojnę mogło być dobre w starożytności, ale nowoczesne społeczeństwo powinno szukać innych sposobów, bo rzemiosło wojenne stało się specjalizacją taką samą jak wszystkie inne.

        I właśnie w rozwoju specjalizacji Ferguson widział szansę. Tak jak Smith nie mógł użyć słowa "empatia", tak on nie mógł jeszcze pisać o "kapitale społecznym" i "kapitale ludzkim", ale ewidentnie o to mu chodziło, gdy pisał o Honorze i Manierach. W "Eseju..." dołączył do tego jeszcze "sztuki", "Arts".

        I znów
        • diabollo Re: Jak sumę egoizmów ułożyć w publiczne dobro? 30.06.16, 07:53
          I znów, tak jak "sympatia" u Smitha obejmuje znaczenie szersze od potocznego, tak Ferguson miał na myśli to, co dziś nazywamy "sztuką", ale dokładał do niej "rzemiosło" i "wykształcenie": "Sztuka jest przyrodzona człowiekowi, a umiejętności, które nabywa on z wiekiem, są rozwinięciem talentu, który miał na początku. Witruwiusz odnalazł podstawy architektury w scytyjskiej chatce. Zbrojmistrz może zacząć swoje powołanie od procy i łuku, a szkutnik od canoe dzikusów. Nawet historyk i poeta mogą odnaleźć początki swoich sztuk w najprostszych baśniach i pieśniach". Stając się lepszym poetą i lepszym szkutnikiem, człowiek stanie się lepszym obywatelem. 200 lat po Fergusonie dalej zdajemy się tak uważać - to dlatego kandydaci na posłów lubią w biogramach podkreślać swoje fachowe osiągnięcia, jakby z samego faktu bycia cenionym lekarzem czy inżynierem wynikały predyspozycje do stanowienia prawa. Ferguson zdawał sobie sprawę z tego, że to niewystarczająca odpowiedź, i szukał dalej. W "Zasadach nauki moralnej i politycznej" (1792) pisał, że zadaniem państwa nie jest wprawdzie propagowanie żadnego konkretnego systemu moralnego - ten trzeba zostawić wyborom jednostek - ale państwo powinno "zamykać drzwi dla występku" i "ułatwiać i zachęcać do wyboru cnoty". Filozof obawiał się, że ten ideał nie może być osiągnięty w republice stawiającej sobie za najważniejsze zadanie rozwój handlu. "W każdym państwie kupieckim, bez względu na oficjalne pretensje do równości, przepych nielicznych musi przygnębiać wielu (...). Demokracja nie może działać tam, gdzie z powodu samego tylko bogactwa lub biedy jedną klasę ludzi uważa się za wyniesioną, a drugą za poślednią" - pisał i konkludował, że kapitalizm wykorzystuje "podstawowe zasady, na których zbudowano wolność (...) w służbie tyranii". Ferguson nie był jednak socjalistą. Jeszcze bardziej przerażał go "despotyzm większości". Słusznie obawiał się, że do takiego despotyzmu może w końcu doprowadzić przechylenie się wahadła w drugą stronę - zemsta "pośledniej klasy" na nielicznych za ich przepych. Ten paradoks spowodował w końcu, że Szkot odwrócił się od republikanizmu. Zaczął uważać, że w roli takiego suwerena idealnego, który promuje cnotę i zamyka drzwi dla występku, bezinteresownie rozwija honor, sztuki i maniery, może wystąpić tylko konstytucyjny monarcha - bo nie uczestnicząc bezpośrednio w politycznych przepychankach ani w działalności gospodarczej, nie ma żadnego egoistycznego interesu do przeforsowania. Nim tę odpowiedź też odrzucimy jako anachroniczną, zwróćmy uwagę, że współczesne państwa, które najlepiej radzą sobie z paradoksem połączenia wzrostu gospodarczego z rozwojem kapitału ludzkiego i społecznego, to europejskie monarchie konstytucyjne - Szwecja, Dania, Holandia, Belgia, Norwegia...

          wyborcza.pl/magazyn/1,150990,19651229,jak-sume-egoizmow-ulozyc-w-publiczne-dobro.html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka