oby.watel
09.09.17, 18:02
George Orwell obawiał się, że nowoczesna technika elektroniczna da w ręce władców narzędzia umożliwiające totalną kontrolę życia jednostki i nieograniczone możliwości cenzurowania wypowiedzi. Stało się dokładnie odwrotnie, technika wybiła zęby państwowej cenzurze i otworzyła drogę do pełnej wolności słowa. Moglibyśmy ogłosić zwycięstwo, gdyby nie drobny problem. Zwycięstwo wolnego słowa może okazać się zwycięstwem totalitarnych idei, przekazywanych dzięki wolnemu słowu i akceptowanych z powodu ich mrocznej atrakcyjności.
W krajach o najdłuższej tradycji demokratycznej obserwujemy dziś najbardziej zajadłą walkę o wolność propagowania nienawiści, przemocy i terroru. Ta walka toczy się głównie w imię obrony świętej wolności słowa. Demokratyczne wartości stoją na straży propagatorów idei zmierzających do jej zdławienia.
Zapewne punktem wyjścia jest tu założenie oświeceniowej humanistyki, że ludzie są istotami racjonalnymi, wolność słowa gwarantuje swobodę dyskusji, prawda musi zwyciężyć. Psychologia i neuronauka pokazują nam, że człowiek nie jest istotą tak racjonalną, jakby nam się wydawało, a historia minionego stulecia winna nam uświadomić, że demokracja może być znakomicie wykorzystana do otworzenia bram dyktaturze. Może się okazać, że koszmarna przepowiednia Orwella będzie jednak prawdziwa, a błędne były tylko daty.
Interesującym przyczynkiem do refleksji na temat granic wolności słowa jest niedawny incydent w pewnej szkole w amerykańskiej Atlancie, gdzie poproszono uczniów, żeby podczas wakacji przeczytali Mein Kampf i przygotowali się do dyskusji, czy Hitler był szaleńcem, czy geniuszem.
Sprawa wywołała burzliwe dyskusje i protesty. Przeciwnicy argumentowali, że książka jest rasistowska, antysemicka, i antydemokratyczna, a więc może zatruwać umysły młodzieży. Inni odpowiadali, że po pierwsze wolność słowa jest święta, a po drugie zakazy nie mają najmniejszego sensu, bo kto będzie chciał, to i tak przeczyta, więc może nawet lepiej, żeby po przeczytaniu musiał dyskutować. Często ci sami ludzie, którzy nie widzieli niczego złego w zachęcaniu młodzieży do czytania Mein Kampf, domagali się wcześniej usunięcia z programów szkolnych klasyków literatury, którym zarzucano rasizm, a których rasizm był przy Mein Kampf naprawdę niewinną igraszką.
Zarzut podwójnych standardów spływa jednak po dyskutantach jak woda po gęsi, więc tym akurat argumentem nikt się nie przejmował. Ciekawy był argument, że nie możemy wprowadzać cenzury, bo jeśli my będziemy zakazywać jednych książek, oni będą zakazywać innych. (W tym przypadku autor podawał jako przykład możliwość usunięcia z programów nauczania teorii ewolucji.) Ten interesujący argument zakłada zarówno racjonalność zachowań, jak i założenie, że jeśli my będziemy tolerancyjni, to inni też będą tolerancyjni. Obydwa założenia są nieuzasadnione. Racjonalność ludzkich zachowań jest iluzoryczna, ponieważ nasze kalkulacje opierają się na naszej wiedzy, a ta jest zawsze ułomna, a co gorsza daje się nią manipulować, a na domiar złego, mamy skłonność do poszukiwania potwierdzenia naszych wcześniejszych poglądów (uprzedzeń). Zwolennicy nietolerancji nie przestrzegają reguł, albo przestrzegają ich tylko do chwili, kiedy mają wystarczającą przewagę, aby narzucić swoje racje siłą.
Czy konieczne są zatem granice wolności słowa i jak o nich dyskutować? W Ameryce gwarantowana przez konstytucję wolność słowa była zdecydowanie dalej posunięta niż w Europie, gdzie do niedawna stawianie granic wolności słowa było oczywiste. Gorzej przedstawiały się definicje tych granic, które były zawsze mętne i uznaniowe. Mein Kampf ukazała się w tym samym roku co Małżeństwo doskonałe. Watykan obłożył cenzurą tylko tę drugą książkę, propagującą kalendarzyk małżeński (który Kościół katolicki obecnie namiętnie propaguje), ale nie widział niczego groźnego w książce, która stwierdzała, że Żydzi to rasa, która powinna być wytępiona, a Francuzi są narodem zatrutym krwią czarnych.
Amerykanie, chyba najbardziej ze wszystkich narodów podkreślający świętość wolnego słowa, właściwie nie ścigali propagandy nazistowskiej, ale z propagandą komunistyczną starali się walczyć, próbując nie naruszać gwarancji konstytucyjnych. W Europie (tej demokratycznej i tej komunistycznej) obowiązywał zakaz propagowania nazizmu, ale z upływem czasu zaczęła przeważać chrześcijańska tolerancja dla nazizmu przy równoczesnym wzroście chrześcijańskiej nietolerancji dla środków antykoncepcyjnych. Próba ustalenia, od którego momentu propaganda idei antydemokratycznych staje się śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji, jest bardzo trudna i może czasem okazać się narzędziem obosiecznym.
Teoretycznie pewnych wskazówek moglibyśmy szukać w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Wiadomo jednak, że perwersja prawna jest zjawiskiem nadzwyczaj częstym, a już perwersyjne machanie prawami człowieka jest w XXI wieku wielką pasją dyplomatów, organizacji praw człowieka i dziennikarzy. A jednak (przynajmniej zastanawiając się nad organizacją dyskusji dla młodych czytelników Mein Kampf), kto wie, czy punktem wyjścia nie powinno być kryterium niezgodności treści manifestu Adolfa Hitlera z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka.
→