diabollo
26.01.18, 07:44
Wojciech Orliński
W filmie "Czwarta władza" Katharine Graham mówi, że nie ma konfliktu między jakościowym dziennikarstwem a biznesem. Meryl Streep świetnie pokazała rozterki swojej bohaterki: mówi to z pewnością w głosie, ale słychać zawahanie. A co jeśli to jednak nieprawda?
Pierwszym zawodowym dziennikarzem w historii był George W. Wisner (1812-1849). Nim przejdę dalej, wyjaśnię, dlaczego akurat jemu przypisuję pierwszeństwo.
W branży prasowej mamy generalnie cztery zawody. Poza dziennikarzami są to: wydawca (ew. właściciel gazety), drukarz (ew. właściciel drukarni) i redaktor (ten, kto zamawia, selekcjonuje i opracowuje materiały). Te role zaczęły się wyodrębniać dopiero w pierwszej połowie XIX wieku: przez pierwsze trzy stulecia mediów zazwyczaj to był jeden i ten sam facet.
Protodziennikarzy z minionych stuleci nie nazwałbym „zawodowcami”, bo mieli inne źródła utrzymania i inne motywy. Pierwsze gazety wydawano w celach polityczno-propagandowych. W Polsce „Merkuriusza Ordynaryjnego” i „Monitora” wydawali królowie (Jan Kazimierz i Stanisław August Poniatowski) dla umocnienia swoich stronnictw politycznych. Podobnie było z gazetami wydawanymi przez kardynała Richelieu, Benjamina Franklina, wigów i torysów.
O ile wiem, pierwszym wydawcą, który kierował się tylko chęcią zysku, był Benjamin Day, który w 1833 zaczął wydawać „The New York Sun”. Gazeta miała być masowa, bo tania. A tania, bo utrzymująca się z reklam. Reklam miało być dużo, bo gazeta miała być masowa. Proste? Pozornie bardzo proste. Od tego czasu niejedno medium startowało z takim czy innym wcieleniem tego biznesplanu. I niejedno borykało się z problemem, przed którym po raz pierwszy stanął Benjamin Day. Żeby masowy czytelnik zainteresował się gazetą, musi w niej być do czytania coś poza reklamami.
I tak w tej historii pojawia się 22-letni George W. Wisner, który w Nowym Jorku szukał pracy jako pomocnik drukarza. Benjamin Day zaproponował mu stanowisko dotychczas nieistniejące: reportera sądowego. Za 4 dolary tygodniowo Wisner chodził do nowojorskich sądów. Przysłuchiwał się sprawom cywilnym i kryminalnym i wyszukiwał ciekawostki. I wtedy w „The New York Sun” narodził się poważny branżowy problem. W nowojorskich sądach Wisner stykał się ze sprawami związanymi z niewolnictwem: południowi plantatorzy na różne sposoby próbowali odzyskać swoją „własność”, czyli niewolników, którzy zbiegli na północ. Obserwując te procesy, Wisner stał się abolicjonistą (zwolennikiem likwidacji niewolnictwa). Przestał beznamiętnie relacjonować. Było widać, że kibicuje zbiegłym niewolnikom. Przeplatał relacje komentarzami. To się nie podobało Dayowi, bo poganiacz niewolników to równie dobry czytelnik jak każdy inny. Nie należy go zrażać abolicjonistyczną agitacją. Obaj panowie coraz bardziej się o to kłócili, aż się rozstali.
Media to taka branża, w której polityka wyrzucona drzwiami zawsze wróci oknem. Sama decyzja, czy o czymś piszemy, czy nie, często bywa polityczna. Czy komuś się to podoba, czy nie: fakty są polityczne.
Film Stevena Spielberga „Czwarta władza” („The Post”) pokazuje bodajże najpiękniejszy przykład tego dylematu. W 140 lat po Benjaminie Dayu Katharine Graham (wspaniała jak zawsze Meryl Streep) musi zdecydować, czy wydawana przez nią gazeta „The Washington Post” powinna zająć się aferą „papierów Pentagonu”: wyciekiem dokumentów dowodzących, że kolejni amerykańscy prezydenci od lat wiedzą, że wojna w Wietnamie jest niemożliwa do wygrania, a jednak wysyłają kolejne oddziały na śmierć, bo żaden nie chce być „tym, który przegrał Wietnam”. A już najbardziej kimś takim nie chce być prezydent Nixon, który wybory wygrał z obietnicą zwycięskiego zakończenia wojny. Nixon wprost ogłosił, że zniszczy media, które nierozważnie staną mu na drodze.
Tu nie ma apolitycznej decyzji. Pisanie o „papierach Pentagonu” będzie polityczne, ale i przemilczenie tego będzie polityczne. Ale co najtrudniejsze: obie decyzje mogą być złe dla biznesu. Ulegając pogróżkom Nixona, „The Washington Post” ośmieszy się w oczach czytelników i nigdy nie będzie postrzegany jako gazeta grająca w tej samej lidze co „The New York Times” (a więc: również ceny reklam będą drugoligowe).
Ale jeśli nie ulegnie, prezydent użyje całej swej mocy, by gazecie zaszkodzić. Rząd ma na to sposoby, nawet w kraju, gdzie teoretycznie obowiązuje wolność słowa.
W filmie prawie w ogóle nie pokazano tych represji. Nie pada w nim słynna obietnica, którą gazecie złożył John Mitchell, prokurator generalny (czyli minister sprawiedliwości) w ekipie Nixona. Powiedział Carlowi Bernsteinowi, dziennikarzowi badającemu aferę Watergate, że jeśli Graham będzie publikować takie rzeczy, „przepuszczą jej cycki przez wyżymaczkę”. Te słowa w 1972 roku brzmiały tak nieobyczajnie, że redaktor Ben Bradlee (gra go Tom Hanks) ocenzurował je. Pierwotnie ukazały się jako „przepuszczą ją [Graham] przez wyżymaczkę”, dopiero w następnych tekstach, już historycznych, pojawiła się pełna wersja.
W praktyce ta „wyżymaczka” polegała na kombinacji represji, które znamy także w „Gazecie Wyborczej”. W filmie zasygnalizowano, jak ważne dla biznesu „The Washington Post” są stacje telewizyjne. A administracja Nixona przeforsowała ograniczenia w łączeniu prasy i koncesji na nadawanie, co zmusiło Katharine Graham do sprzedania kilku lukratywnych kanałów telewizyjnych. To przypomina pogróżki, które za pośrednictwem Lwa Rywina „Gazecie Wyborczej” składała „grupa trzymająca władzę” z ekipy Leszka Millera.
Biały Dom ogłosił także szeroko zakrojony bojkot „The Washington Post”, obejmujący odmowę akredytacji dla dziennikarzy na konferencje prasowe i nawoływanie zaprzyjaźnionych przedsiębiorców do wycofywania reklam. To też znamy aż za dobrze, nie PiS pierwszy nas tym straszy.
CDN...