Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN

03.03.18, 10:55
Rok 1925 mógł wpisać do ustawy o IPN tylko ktoś znający archiwa wywiadu sowieckiego
Mirosław Czech

Kreml od lat stara się udowodnić, że za wybuch II wojny światowej nie odpowiadają Stalin i ZSRR jako wspólnicy Hitlera i III Rzeszy, lecz Polska związana z III Rzeszą ciepłymi relacjami od stycznia 1934 r. do marca 1939 r. Nowelizacja ustawy o IPN to autostrada, po której ta teza ma wjechać do świadomości Zachodu i europejskiego systemu prawnego

W sprawach polityki historycznej, relacji z Izraelem i z Żydami, z Ukrainą, a nawet z USA nie będzie powrotu do stanu sprzed 26 stycznia, kiedy to PiS, Kukiz’15 i PSL przegłosowały zmiany ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Zbyt wiele padło słów i przywołano demonów, by uznać, że będzie business as usual. Tym bardziej że na szczytach władzy obowiązuje rozkaz: ani kroku wstecz.

Sytuacji nie naprawi ani nowela zgłoszona przez Platformę Obywatelską (generalnie słuszna, lecz PiS jej oczywiście nie poprze), ani skarga prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego. Andrzej Duda położył nacisk na zapewnienie swobody wypowiedzi (szczególnie świadków Holocaustu), badań naukowych i działalności artystycznej. A także na większą precyzję sformułowań „ukraińscy nacjonaliści” i „Małopolska Wschodnia”. Pominął inne aspekty, w tym fundamentalną kwestię wpisania narodu polskiego jako podmiotu do prawa karnego.

Na wyrzucenie ustawy do kosza nie pozwolą pogromcy „pedagogiki wstydu”, endecy z PiS i Kukiz’15, tzw. środowiska kresowe i radykalni nacjonaliści. Za bardzo zbliżyli się do zamierzonego celu, by ustępować pod wpływem tych, przeciwko którym skierowana jest nowelizacja.

Na zmianę prawa nie pozwoli też Rosja - ukryty współautor ustawy.

Kwestia żydowska i jej lustro
PiS na razie nie wyprowadził Polski z Unii i NATO, więc podlegamy prawu międzynarodowemu. Zatem osoby lub instytucje oskarżone na mocy ustawy będą uczestniczyły w rozprawie sądowej, a nie w seminarium naukowym, wiecu politycznym czy debacie nad uchwałą parlamentu. Wyrok zapadnie na podstawie przepisów prawa i ich wykładni obowiązujących w III RP, a nie w przedwojennym prawie polskim czy też w PRL.

Polski i europejski porządek prawny wyrasta z doświadczeń II wojny światowej, zwłaszcza naczelnej zasady: nigdy więcej idei i praktyk prawnych (właściwie bezprawnych), które wprowadziły państwa totalitarne - sprawcy wybuchu wojny.

Chodzi, po pierwsze, o odrzucenie etnicznego lub rasowego kryterium obywatelstwa, stąd bezwarunkowe przyjęcie zasady obywatelstwa jako jedynego kryterium przynależności do narodu - wspólnoty wszystkich obywateli. Tak jak to zapisano w preambule polskiej konstytucji.

Po drugie, o poszanowanie praw mniejszości narodowych i etnicznych. Z uzupełnieniem, że prawa te przysługują poszczególnym obywatelom, a nie całej mniejszości jako grupie. Aby nie powtórzyło się rozgrywanie karty mniejszości narodowych dla destabilizowania jakiegoś państwa przez sąsiada lub agresywne mocarstwo.

Po trzecie, o uznawanie wyłącznie odpowiedzialności indywidualnej, a nie zbiorowej. Stosowanie tej drugiej jest uznawane za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Po czwarte, o nienaruszalność terytorialną państw jako podstawową zasadę ładu międzynarodowego, co ma dziś znaczenie fundamentalne, gdy Zachód używa różnych instrumentów do powstrzymania Putina.

W przekładzie na przepisy ustawy o IPN zasady te oznaczają, że gdyby ktoś oskarżył autora stwierdzenia, iż w Jedwabnem Polacy zamordowali żydowskich sąsiadów, to na ewentualnej rozprawie sądowej nie może zapaść inny wyrok niż uniewinniający.

W świetle prawa w Jedwabnem zginęli Polacy z rąk innych Polaków, przy czym ofiary były Żydami z pochodzenia, a sprawcy - etnicznymi Polakami. Właśnie takie orzeczenie wydali prokuratorzy z IPN w 2003 r.

Więcej, w świetle tych ustaleń IPN ewentualna skarga na tych, którzy mówią o polskich sprawcach mordu, powinna zostać oddalona jako bezprzedmiotowa. Ponadto prokuratura, szczególnie ta z IPN, powinna wszcząć postępowanie z urzędu przeciwko tym, którzy zaprzeczają zbrodni popełnionej na narodzie polskim w Jedwabnem. A gdyby prokuratura stosowała obstrukcję, wówczas obywatele mają wręcz obowiązek wystąpić na drogę sądową przeciwko takiemu prokuratorowi, a więc państwu polskiemu. Najpierw do sądów w Polsce, a gdyby one miały „wątpliwości” - do sądów międzynarodowych.

Zanegowanie przynależności do narodu polskiego obywateli polskich innej narodowości niż polska musi oznaczać przyjęcie etnicznej definicji narodu. I tak też stoi w ustawie o IPN. Art. 2a wprowadza rozróżnienie na „ludność żydowską” i „obywateli II RP”. Na jakiej, chciałoby się zapytać, podstawie? O konstytucji z 1997 r. była już mowa, a w art. 1 ust. 1 konstytucji kwietniowej z 1935 r. zapisano: „Państwo Polskie jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”.

Dla polityków PiS i ich zaplecza przepisy prawa nic nie znaczą, więc sięgają po endeckie koncepcje narodu jako wspólnoty „wychowania w polskości”, wyznawców rzymskiego katolicyzmu i temu podobne „wysokie duchowe materie”. Ale przyjęcie w prawie definicji etnicznej musi się skończyć weryfikowaniem „prawidłowości pochodzenia” w drugim, trzecim lub czwartym pokoleniu. Czyli, jakkolwiek by się człowiek obracał, wcześniej czy później wszystko się oprze na ustawach norymberskich.

CDN...
    • diabollo Re: Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN 03.03.18, 10:57
      I to jest lustro w „kwestii żydowskiej”, które przed sobą ustawiliście, panowie „prawdziwi Polacy”. A nie dylemat: wsadzać czy nie wsadzać do więzienia Jana Tomasza Grossa i jak odpowiadać na „zalew polonofobii”?

      Nie chodzi o Banderę
      Art. 2a ustawy zdefiniował zbrodnie nacjonalistów ukraińskich jako czyny popełnione w latach 1925-50 „polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności. Zbrodnią ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą Niemiecką jest również udział w eksterminacji ludności żydowskiej oraz ludobójstwie na obywatelach II Rzeczypospolitej na terenach Wołynia i Małopolski Wschodniej”.

      Zbrodnie nazistowskie, więc również formacji kolaboracyjnych, nie podlegają przedawnieniu. Oskarżony o ich dokonanie musi być jednak konkretny człowiek, o czym w skardze do TK przypomniał Duda. Jeśli zatem ktokolwiek zostanie oskarżony o kwestionowanie „zbrodni ukraińskich nacjonalistów i ukraińskich formacji kolaboracyjnych” podczas II wojny światowej, zapyta: a czyje konkretnie?

      To ważne uściślenie, bo przy okazji sporu o sprawy polsko-żydowskie władze Polski rozstrzygnęły problem kwalifikacji prawnej antypolskiej akcji Ukraińskiej Powstańczej Armii na Wołyniu w 1943 r. Stwierdziły bowiem (m.in. prezydent w skardze konstytucyjnej), że zgodnie z prawem międzynarodowym za wszystko, co się dzieje na terytorium okupowanym, odpowiada okupant.

      W czasach II wojny światowej okupantami zarówno dla Polaków, jak i Ukraińców były hitlerowskie Niemcy. Kto chciał, ten wiedział o tym od dawna, bo chociażby w 2013 r. tę kwestię wyłożył prof. Klaus Bachmann („Gazeta Wyborcza Wrocław”, 12 lipca): „To nie wyklucza winy ukraińskich wykonawców, ale odpowiedzialność państwowa należy do niemieckiego okupanta i jeśli ktoś powinien w imieniu państwa za to przeprosić, to Niemcy, a nie Ukraina”.

      A jednak Ukraina przeprasza, ponosząc odpowiedzialność moralną i polityczną za czyny formacji, które uznała za walczące o niepodległość. W ten proces od lat zaangażowane są Kościoły ukraińskie, intelektualiści i organizacje społeczne. Podobnie jak prezydenci, rząd i parlament. W 2016 r. prezydent Petro Poroszenko uklęknął w Warszawie przed memoriałem ofiar tragedii wołyńskiej. W odpowiedzi Jarosław Kaczyński - jak sam opowiada - rzucił mu w czasie rozmowy (grudzień 2016 r.): „Z Banderą do Europy nie wejdziecie”. I zwrot ten stał się aksjomatem polskiej polityki zagranicznej.

      Ustawa o IPN pokazała, że to chwyt retoryczny, bo nie chodzi o żadnego Stepana Banderę. W pisowskiej Europie nie ma miejsca dla jakiejkolwiek Ukrainy. Tam, gdzie leży ukraińska Hałyczyna, dla Polski znajduje się „obszar Małopolski Wschodniej”. Zapis ten Duda co prawda zaskarżył, stwierdziwszy, iż jest „niedookreślony”. Ale politycznie wszystko zostało określone, że jaśniej nie trzeba.

      Piotr Skwiecieński w tygodniku „Sieci” nr 6/2018 (pismo najbliższe poglądom otoczenia Kaczyńskiego) utyskiwał: „W widowiskowy sposób popisaliśmy się w oczach Ukraińców słabością. I to precyzyjnie na odcinku, przed którym (…) przestrzegaliśmy Ukraińców. Mówiliśmy im przecież: »Nie zdajecie sobie sprawy, że na Zachodzie nie wpuszczą was z kultem banderowców, którzy przecież mordowali nie tylko Polaków, lecz i Żydów«. Minęła chwila i kto tu ma kłopoty z Żydami? Kto nas próbuje pouczać? - szyderczo pytają w Kijowie”.

      W wykładzie na temat stosunków polsko-żydowskich (Chełm, 13 lutego) premier Mateusz Morawiecki postanowił utrzeć nosa „szyderczym” Ukraińcom. „Pierwszym aktem – stwierdził – zbrodni na Żydach, która w historiografii żydowskiej jest czasami przyrównywana do Holocaustu, było powstanie Chmielnickiego”. Według niego zginęło wówczas 100 tys. Żydów (historycy mówią o trzykrotnie mniejszej liczbie, co nie zmienia grozy wydarzeń), a jeden z rabinów opowiedział mu o trzech największych zbrodniarzach w żydowskich dziejach: Hitlerze, Himmlerze i Chmielnickim.

      Zaiste, udany to sposób uprawiania polityki międzynarodowej: „sąsiadowi bardziej cuchnie z gęby”. Narody, szczególnie w takiej sytuacji jak dziś Ukraińcy, o podobnym „europeizowaniu” nie zapominają przez dziesięciolecia.

      CDN...
      • diabollo Re: Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN 03.03.18, 10:58
        Zagadka roku 1925
        Wielu obserwatorów biedzi się nad pytaniem, skąd w „ukraińskiej” części znowelizowanej ustawy wzięły się lata 1925-50 dla określenia zbrodniczości Ukraińców. Nie wiedział tego rząd, gdy jego przedstawiciele popierali nowelizację, nie wiedzieli parlamentarzyści, którzy za nią głosowali. Na temat dat milczą autorzy i eksperci Kukiz’15, lecz w ich przypadku milczenie jest złotem. Na dokumencie aż zbyt widoczna jest „pieczęć Łubianki” - czyli Federalnej Służby Bezpieczeństwa, następczyni KGB - by „pyskować” w jej imieniu.

        Trop co do wpisania daty końcowej (1950 r.) wiedzie do historii sowieckiego aparatu represji. W tym właśnie roku zginął pod Lwowem Roman Szuchewycz, głównodowodzący UPA. To również początkowa data prowokacji „Zenona”, jak nazwano stworzenie na terenie Polski fikcyjnej siatki Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (rzecz jasna, w porozumieniu z towarzyszami radzieckimi) dla zinfiltrowania jej zagranicznego kierownictwa. Czyli albo triumf niezłomnych czekistów w rozprawieniu się z ukraińskim nacjonalizmem, albo zdjęcie ze służb sowieckich odpowiedzialności za to, co robiły UPA i OUN przed tym rokiem.

        Nikt jednak nie ma pomysłu, jak interpretować wpisanie do ustawy roku 1925 jako przełomu w dziejach Polski i Ukraińców. A jest to sprawa kluczowa dla ustalenia autorstwa „ukraińskiego” fragmentu ustawy. Poszukajmy więc razem (a poszukiwania muszą być szczegółowe), by zrozumieć istotę sprawy i docenić „rękę mistrza”.

        W historii ZSRR, szczególnie jego służb specjalnych, rok 1925 oznacza zakończenie strategii „rewolucji światowej” jako szeregu powstań w państwach kapitalistycznych. Miały je wywołać Komintern oraz sowiecki wywiad wojskowy i cywilny, ale dwa lata wcześniej nie wypaliło powstanie w Niemczech, a działalność sowieckich grup dywersyjnych w państwach sąsiednich radykalnie zmalała. W Polsce głównie za sprawą powołanego w 1924 r. Korpusu Ochrony Pogranicza. Od tego momentu „zwycięski pochód socjalizmu” zależał wyłącznie od siły prących na Zachód kolumn sowieckich czołgów.

        „W 1923 roku, w czasie znanej Ci hiperinflacji w Niemczech, władza bolszewicka – mając nadzieję, że nadszedł czas upragnionej rewolucji światowej – zwróciła się za pośrednictwem niektórych wysoko postawionych osób do Związku i zaproponowała współpracę, a właściwie pomoc finansową, lecz uzależniła ją od usunięcia mnie z kierowania Związkiem. I Senat natychmiast na to przystał. Rozumie się, że pomoc bolszewików trwała jedynie 4 czy też 5 miesięcy i gdy skończyły się ich nadzieje na wywołanie rewolucji światowej, to bez wahania kopnęli Związek. Zdobywszy jednak dostęp do niego, zaczęli używać wszelkich sposobów, żeby go zniszczyć. (…)

        Gdy sprawa wsparcia ze strony bolszewików przestała być aktualna, wówczas Związek znalazł się w nadzwyczaj tragicznym położeniu. Za pieniądze bolszewików rozbudowano różne służby, które następnie musiano szybko zlikwidować. A likwidacja wywołała rozczarowanie i depresję”.

        Autorem tego listu z maja 1930 r. był płk Jewhen Konowalec. W czasie walk o niepodległość Ukrainy (1917-20) dowodził Korpusem Strzelców Siczowych, a po upadku Ukraińskiej Republiki Ludowej został komendantem Ukraińskiej Wojskowej Organizacji („Związek”), poprzedniczki OUN (powstała w 1929 r.). „Senat” to konspiracyjna nazwa kierownictwa politycznego UWO. Konowalec był przywódcą OUN, zginął w 1938 r. w zamachu wykonanym przez sowieckiego agenta na polecenie Stalina.

        Wspomniane przez niego próby zniszczenia UWO („Związku”) przez bolszewików to rozłam, do jakiego doszło we wrześniu 1925 r., gdy mniejszościowa grupa opuściła organizację, tworząc Zachodnioukraińską Organizację Ludowo-Rewolucyjną. O programie komunistycznym i skrajnie antypolskim, finansowaną przez sowieckie służby.

        „Chmielnicki – pisał w 1927 r. „Ukraiński Rewolucjonista”, organ ZULRO – miał szansę wyniszczyć Polaków na Ukrainie i w Galicji »do nogi«. Zdusić w sercu wszelkie miłosierdzie i sentymenty, ustanawiając granicę Ukrainy na Wisłoku. To on, zamiast pod Zborowem wziąć do niewoli polskiego »króla« i wyrżnąć polską szlachtę do nogi, wszczął negocjacje i zaczął pogawędki. (…) W najbliższej zbrojnej walce z polskimi ciemiężcami naszą dewizą powinno być »Śmierć Lachom« i to w znaczeniu dosłownym: każdej duszy Lacha, która poważy się przeciwstawić walce narodu i władzy ludowej”.

        Do rzezi na Wołyniu pozostało 16 lat, w ówczesnych warunkach - cała epoka. A jednak sowieckie służby już wiedziały, jak się będzie toczyć „ludowa i rewolucyjna” walka z polskimi ciemiężcami.

        Orwell miał rację
        Relację Konowalca potwierdzają dokumenty sowieckich służb. W lutym 1923 r. GPU (poprzednik KGB) uznał go za „agenta polskiej defensywy”, czyli policji politycznej. Agentem nie był, wystarczyło, że wspierał Symona Petlurę i ugodę z Polską. W lutym 1926 r. rezydent wywiadu sowieckiego w Berlinie raportował, że pod koniec stycznia Józef Piłsudski przyjął Andrija Liwyćkiego (premier emigracyjnego rządu ukraińskiego) i dwóch reprezentantów kierownictwa Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo-Demokratycznego-UNDO, najpoważniejszej partii politycznej galicyjskich Ukraińców w II RP.

        CDN...
        • diabollo Re: Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN 03.03.18, 10:59
          „Nasi przyjaciele – pisał jeden z nich do Konowalca (list przechwycił wywiad sowiecki) – stoją na gruncie umowy z 2 kwietnia 1922 roku [pomyłka, chodzi o rok 1920], przy czym Zachodnia Ukraina powinna otrzymać szeroką autonomię terytorialną. Polska powinna okazać odpowiednią pomoc organizacyjną w walce o wyzwolenie Wielkiej Ukrainy [Ukrainy Naddnieprzańskiej] od bolszewików. Na tej podstawie prowadzimy nasze rozmowy i być może osiągniemy pozytywne wyniki. Twoje plany zostały docenione, zarówno w naszych kręgach, jak i u naszych przyjaciół. Problem sfinansowania tych planów znajduje się na dobrej drodze, zawiadomię Cię natychmiast po jego pozytywnym rozwiązaniu”.

          Podsumowując zdobyte informacje (w materiale „Porozumienie polsko-ukraińskie. Stworzenie ukraińskiej wojskowej organizacji dla walki z Sowietami”), berlińska rezydentura wywiadu sowieckiego oceniła, że rozmowy Piłsudskiego z Ukraińcami „należy traktować poważnie”. UNDO – relacjonowano – powierzyło Konowalcowi wykonanie pracy wśród byłych wojskowych w celu „uzyskania ich poparcia dla polskiej akcji ukraińskiej skierowanej przeciwko Ukrainie Sowieckiej”.

          W tym celu odwiedził on już Pragę (centrum emigracji ukraińskiej), gdzie rozmawiał ze wszystkimi środowiskami politycznymi. Z wyjątkiem jednego udzieliły one poparcia programowi „wyzwolenia Ukrainy spod okupacji sowieckiej”. Dla koordynacji działań Konowalec zwołał w Gdańsku naradę byłych wojskowych armii ukraińskiej.

          Dojście do władzy Piłsudskiego Stalin powiązał z równoczesnym zaostrzeniem stosunków z Wielką Brytanią i wszczął „alarm wojenny”. Poważnie sądził, że interwencja imperialistyczna jest za progiem.

          Piłsudski nie zamierzał jednak ruszać z nową wyprawą na Kijów, choć polski wywiad finansował program prometejski (wspieranie ruchów niepodległościowych narodów ujarzmionych przez Sowietów), przy Sztabie Głównym Wojska Polskiego działał sztab Armii URL, a w oddziałach liniowych służyło jej kilkudziesięciu oficerów kontraktowych. I jeszcze w październiku 1930 r., w rozmowie z politykami ukraińskimi, wojewoda lwowski Bronisław Nakoniecznikow-Klukowski ubolewał, że podczas prowadzonej wówczas „pacyfikacji” Galicji Wschodniej policja zastrzeliła Juliana Hołowińskiego, komendanta krajowego UWO i krajowego prowidnyka OUN: „Hołowiński byłby poszedł przeciwko bolszewikom”.

          Były premier Jan Olszewski nazwał połączenie w ustawie o IPN wątku polsko-żydowskiego i polsko-ukraińskiego czymś „pomiędzy obsesją a dywersją” („Super Express”, 26 lutego). Obsesji w tym nie ma, bo wpisać rok 1925 mógł jedynie ktoś znający archiwa wywiadu sowieckiego i dbający o interesy służb rosyjskich. Nie chodzi też o dywersję, bo ustawa jest efektem zaplanowanych, wieloletnich i jawnych działań.

          Oprócz wyjaśnienia „zagadki roku 1925” historia UWO ważna jest z dwóch innych powodów.

          Po pierwsze, ukazuje meandry polityki w trójkącie Polska - ZSRR - niepodległościowy ruch ukraiński, którego dzieje w wielu fragmentach odbiegają od schematów – we współczesnej Polsce prostych jak kij bejsbolowy w ręku kiboli z antyukraińskich manifestacji.

          Po drugie, to również głos w dyskusji o zasadności umieszczenia w ustawie zapisu o karaniu za podważanie „niepodważalnych faktów”. Czasami wystarczy kilka dokumentów, a „niepodważalne” ustalenia trzeba korygować. Tak jak w przypadku raportów berlińskiej rezydentury Sowietów (odtajnione w Kijowie w 2016 r. po zgłoszeniu projektu ustawy przez Kukiz’15) i dziejów UWO.

          George Orwell zauważył: „Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością, kto kontroluje teraźniejszość, w tego rękach jest przeszłość”. W kwietniu 2016 r. prezydent Putin podporządkował sobie rosyjskie archiwa, bo stanowią „element bezpieczeństwa państwa”. Nic dziwnego, bo wywiad sowiecki miał wielkie sukcesy w penetrowaniu Europy i połowy świata, więc jego archiwa skrywają niemało tajemnic. A wojna sprawiła, że ogromna część polskich zasobów archiwalnych i archiwów ukraińskiej emigracji znalazła się w rosyjskich rękach.

          Na Kremlu podjęto więc decyzję o „kontrolowaniu” polsko-ukraińskiej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

          A posłowie Kukiz’15 (zupełnie przypadkiem) złożyli projekt nowelizacji ustawy o IPN 6 lipca 2016 r., czyli trzy miesiące po decyzji Putina. I przez półtora roku grzmieli, że PiS powinien ją uchwalić, bo na Ukrainie „banderyzm” szerzy się jak pożar stepu.

          Bataliony NKWD
          Maria Przełomiec, członkini Grupy Dialogu Polsko-Ukraińskiego, stwierdziła (TVP Info, 11 lutego 2018 r.), że ustawa „jest rosyjską prowokacją”. Nie chodzi jednak o żadną prowokację, lecz o kolejny etap konsekwentnego wyprowadzania Polski z Zachodu, skłócania z sąsiadami i podporządkowywania Rosji. A także o zabezpieczenie interesów rosyjskich służb specjalnych dziedziczących tradycję, metody pracy i archiwa poprzedników. Aby nawet cień złej sławy nie padł na ich dobre imię, gdyby ktoś oskarżony o negowanie zbrodni nacjonalistów ukraińskich stwierdził, że przeszłość nie była taka prosta. I gdyby miał się powołać na ich współpracę z Sowietami.

          Na mocy polskiej ustawy otrzyma odpowiedź, że przecież to się nie liczy, bo współpraca miała miejsce przed tą datą.

          W skardze do TK prezydent zakwestionował sformułowanie „ukraińscy nacjonaliści”, których zbrodnie parlament zrównał ze zbrodniami nazistowskimi i komunistycznymi. Według Dudy pojęcie „ukraińscy nacjonaliści” jest zbyt ogólne i niezdefiniowane, a także nie funkcjonuje w polskim systemie prawnym.

          CDN...
          • diabollo Re: Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN 03.03.18, 11:00
            Co do niejasności – zgoda, w kwestii drugiej prezydent się myli. W polskim prawie „ukraińscy nacjonaliści” funkcjonują od 1994 r., gdy głosami SLD i PSL parlament uchwalił, że kombatantami walk o niepodległość Polski zostają członkowie tzw. istriebitielnych (niszczycielskich) batalionów na dawnych ziemiach polskich w województwach lwowskim, stanisławowskim, tarnopolskim i wołyńskim broniący ludności polskiej przed ukraińskimi nacjonalistami w latach 1944-45.

            Istriebitielnyje bataliony to formacja NKWD utworzona 24 czerwca 1941 r. do „czyszczenia” zaplecza frontu z wrogich antysowieckich elementów. „Wśród Polaków - napisał w Biuletynie IPN (6/2002) Tomasz Balbus - wcielonych w latach 1944-1945 na Kresach Południowo-Wschodnich do IB były setki żołnierzy oddziałów samoobrony i lokalnych struktur Armii Krajowej z lat okupacji niemieckiej. (…) Po zakończeniu działań akcji »Burza« pod dowództwem oficerów NKWD bronili oni polskich miejscowości przed atakami oddziałów UPA, pacyfikowali wsie zamieszkiwane przez Ukraińców, brali udział w walkach z partyzantką ukraińską, współpracowali z sowieckimi służbami bezpieczeństwa. Niektórzy z nich, pozyskani do pracy agenturalnej, rozpracowywali konspirację polską. Inni, zaciągając się w szeregi IB, brali odwet za zamordowanych i zabitych w walce przez Ukraińców w okresie okupacji niemieckiej członków najbliższych rodzin i współmieszkańców swojej wioski czy też najbliższego miasteczka”.

            Cytat był potrzebny, by zrozumieć ekwilibrystykę pojęciową zastosowaną w przywoływanym przepisie i wyjaśnić jej bieżące konsekwencje. Na mocy ustawy o kombatantach z 1991 r. uprawnienia te zyskali m.in. członkowie formacji walczących z „oddziałami UPA”, z wyłączeniem jednak funkcjonariuszy NKWD. W 1994 r. Sejm zatem pominął taki „szczegół” jak wymienienie pełnej nazwy formacji (czyli istriebitielnych batalionów), której członkowie stawali się weteranami walk o niepodległość Polski.

            Natomiast zamiana „oddziałów UPA” na „ukraińskich nacjonalistów” pozwala uniknąć odpowiedzi na pytanie, ile w prowadzonej przez nich obronie ludności polskiej było walki z partyzantką, ile zaś pacyfikowania wsi ukraińskich, współpracy z sowieckimi służbami bezpieczeństwa bądź rozpracowywania konspiracji polskiej.

            W zastosowaniu w prawie polskim pojęcia „ukraińscy nacjonaliści” była swoista konsekwencja: Sowieci za ukraińskich nacjonalistów uznawali nie tylko członków podziemia, lecz także ich „świadomych lub nieświadomych współpracowników”. Bez względu na płeć i wiek, aż do stwierdzenia, że nacjonalistą był każdy, kto posługiwał się językiem ukraińskim. I jako taki powinien być represjonowany.

            Ten wzór stosowano, rzecz oczywista, w PRL, bo obrona przed ukraińskim nacjonalizmem była jednym z fundamentów „patriotycznej” legitymizacji władzy komunistycznej. Obok strachu przed niemieckim rewizjonizmem, a od 1968 r. również przed syjonizmem.

            IPN (ani żaden historyk spoza tej instytucji) nie pokusił się, by na podstawie źródeł opowiedzieć o tej formacji. A było warto, chociażby ze względu na współtworzenie przez środowisko byłych członków istriebitielnych batalionów NKWD tzw. ruchu kresowego – głównego promotora coraz ostrzejszej w Polsce wrogości do wszystkiego, co ukraińskie.

            Ponadto dziś cały świat rozumie, że w wojnie hybrydowej, którą Putin wypowiedział UE i NATO, sięgnięto po agenturę starą, jeszcze dawniejszą i tę najnowszą.

            Zbrodnia goni zbrodnię
            Po przyjęciu w lipcu 2016 r. przez Sejm uchwały w sprawie ludobójstwa polskiej ludności na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej ukraiński deputowany zgłosił projekt uchwały „w sprawie ustanowienia Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Dokonanego na Ukraińcach przez Państwo Polskie w latach 1919-1951”. W Kijowie został zakrzyczany, że prowokuje napięcie w relacjach z Polską, zaś ukraiński parlament przyjął uchwałę „wyważoną” - jak ją oceniono w Warszawie. Deputowany już nie musi niczego zgłaszać: dzięki uprzejmości polskich kolegów i przy pomocy polskiego prawa z dziecinną łatwością udowodni tezę o dziejowej krzywdzie, jaka spotkała naród ukraiński ze strony Polaków i ich państwa.

            CDN...
            • diabollo Re: Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN 03.03.18, 11:02
              Zgodnie z art. 7 statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego zbrodnią przeciwko ludzkości jest „którykolwiek z następujących czynów, popełniony w ramach rozległego lub systematycznego, świadomego ataku skierowanego przeciwko ludności cywilnej: (d) deportacja lub przymusowe przemieszczanie ludności, (e) uwięzienie lub inne dotkliwe pozbawienie wolności fizycznej z naruszeniem podstawowych reguł prawa międzynarodowego, (h) prześladowanie jakiejkolwiek możliwej do zidentyfikowania grupy lub zbiorowości z powodów politycznych, rasowych, narodowych, etnicznych, kulturowych, religijnych, płci (...) lub z innych powodów powszechnie uznanych za niedopuszczalne na podstawie prawa międzynarodowego”.

              W kontekście tych przepisów szczególnie ważne jest to, by art. 2a ustawy o IPN czytać łącznie z art. 55a, który wprowadza odpowiedzialność karną „za publiczne i wbrew faktom” przypisywanie narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie „lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni”.

              Komentując zapisy po słowach „zbrodnie nazistowskie”, ktoś żartem zauważył, że na ich podstawie można by skazać hetmana Stefana Czarnieckiego za pacyfikowanie kozackiej Ukrainy w połowie XVII wieku, bo była to najczystsza zbrodnia przeciwko ludzkości. Nie sięgając do zamierzchłej przeszłości, należy stwierdzić, że ustawa o IPN szeroko otworzyła wrota do osądzenia działań II RP, co najmniej od 1925 r.

              A ponadto – dodam na marginesie – „spolszczono” najczarniejszy okres PRL (do 1950 r.), bo ustawodawca włączył okres stalinowski do ciągłości państwowości polskiej. A więc komunizm był jak najbardziej polski, wywodził się wprost z Polski Piłsudskiego, Śmigłego-Rydza, Sikorskiego i Mikołajczyka. A zbrodnie nie były komunistyczne, lecz polskie. Wyszło nieźle – jak przystało na „radykalnych antykomunistów”.

              A jeśli „polską Polską” było państwo podległe Stalinowi, to jak najbardziej polskie było państwo w 1968 r., gdy zmuszono tysiące Żydów i osób o korzeniach żydowskich do opuszczenia kraju. Czyli odwrotnie do tego, co światu obwieścił premier Morawiecki: „W 1968 r. nie było w ogóle Polski. Był reżim komunistyczny” (Berlin, 17 lutego)”. Ten rok to również inwazja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację z udziałem PRL i Ludowego Wojska Polskiego.

              W IPN od lat toczy się śledztwo w sprawie akcji „Wisła”, czyli deportowania w 1947 r. ponad 140 tys. Ukraińców na ziemie północne i zachodnie. Raz jest umarzane (prokurator stwierdził, że działania władz nie nosiły znamion przestępstwa), to znów wznawiane. Obecna ustawa daje szansę na radykalne przyspieszenie rozstrzygnięcia. Wystarczy powiedzieć, że akcja „Wisła” była zbrodnią przeciwko ludzkości, a natychmiast „patrioci” lub IPN skierują do sądu wniosek o ukaranie za szkalowanie państwa polskiego.

              Sąd będzie orzekał w sprawie winy lub niewinności konkretnego człowieka, lecz najpierw musi wypowiedzieć się na temat „faktu”. A więc deportacji i skazania na wynarodowienie tysięcy Ukraińców - obywateli państwa polskiego. Było nie było Polaków, choć ukraińskiego pochodzenia. W tej sprawie nie powinno być innego wyroku niż stwierdzenie, że to była zbrodnia przeciwko ludzkości. Chyba że współczesna Polska uzna, iż na jej terytorium nie obowiązuje prawo międzynarodowe.

              Taką samą kwalifikację prawną można zastosować do przymusowego wysiedlenia do Ukraińskiej SRR ludności ukraińskiej, która w latach 1945-46 chciała pozostać na ziemi rodzinnej. „Wymiana ludności” pomiędzy ZSRR a Polską miała być dobrowolna (tak stanowiła umowa pomiędzy PKWN a rządem USRR z września 1944 r.), lecz stała się przymusowa przy ogromnych represjach wobec wysiedlanych chłopów. Byli to polscy obywatele, którym po stwierdzeniu, że byli ofiarami (oni sami i ich potomkowie) zbrodni przeciwko ludzkości, powinno należeć się odszkodowanie od państwa polskiego.

              A pogrom kielecki z 1946 r.? - ktoś zapyta. W 2006 r., po drobiazgowym śledztwie IPN ustalił, że najbardziej prawdopodobną wersją wydarzeń był ich spontaniczny charakter i że sprawcami byli polscy mieszkańcy miasta, żołnierze i milicjanci. W Chełmie jednak premier Morawiecki powiedział: „Trzeba to z całą mocą podkreślać, że pogrom kielecki organizowała i pogrom kielecki był na pewno w jakiejś części prowokacją władzy komunistycznej”.

              Cóż, zgodnie z ustawą o IPN do 1950 r. nie było czegoś takiego jak „władza komunistyczna”. Była władza polska i to jej właśnie obecny premier przypisuje sprowokowanie pogromu i zabójstwo 37 obywateli - jak najbardziej Polaków, choć żydowskiego pochodzenia. A zgodnie z art. 55a ustawy ten, kto przypisuje państwu polskiemu dokonanie zbrodni lub „rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni”, podlega karze do 3 lat więzienia.

              II RP - podżegacz wojenny
              Idźmy dalej. Podczas tzw. pacyfikacji Galicji Wschodniej w 1930 r. państwo zastosowało przeciwko własnym obywatelom zasadę odpowiedzialności zbiorowej – z torturami, uwięzieniem polityków, działaczy społecznych i duchownych, zamykaniem instytucji kulturalnych. Czyli – prześladowaniem ludności ukraińskiej „z powodów narodowych, kulturowych i religijnych”. Zbrodnia przeciwko ludzkości w czystej postaci, podobnie jak akcja burzenia cerkwi prawosławnych na Podlasiu i Chełmszczyźnie z 1938 r.

              A teraz oceńmy, jaki los może spotkać oskarżonych za zaprzeczanie „zbrodni nacjonalistów ukraińskich”. W okresie międzywojennym miały one polegać na „stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności”.

              Przypomnijmy, że odpowiedzialność sprawców zbrodni jest indywidualna i w przypadku członków UWO i OUN dawno osądzona. Bandera i jego towarzysze siedzieli w polskim więzieniu do połowy września 1939 r. Nikt też z Ukraińców nie zaprzeczy, że Bandera przygotował zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego (1934 r.). Wielu jednak doda, iż była to „zemsta za pacyfikację w 1930 r.”. Zostanie ukarany? Ale co wówczas z oceną samej pacyfikacji przez sędziów?

              Każdy obrońca oskarżonego będzie mógł też zapytać, czy współczesne państwo polskie osądza władze II RP za: zamach majowy (zginęło blisko 400 osób); osadzenie przeciwników politycznych sanacji (w tym liderów polskiej opozycji) w Twierdzy Brzeskiej; więzienie tysięcy ludzi bez podstawy prawnej w obozie w Berezie Kartuskiej (nie tylko Ukraińców, lecz także członków ONR i komunistów); stosowanie brutalnej przemocy (aż do zabijania) przeciwko strajkującym polskim i ukraińskim chłopom, polskim, żydowskim i ukraińskim robotnikom.

              To podręcznikowe „stosowanie przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności”.

              Wyobraźmy sobie też procesy innych „oszczerców Polski”, gdy ich obrońcy zaczną pytać o kwalifikację prawną „getta ławkowego” i „numerus clausus” na uniwersytetach, plany niemal przymusowej emigracji Żydów z Polski, szukanie dla nich miejsca na Madagaskarze, ograniczanie dostępu do pracy w administracji państwowej i wojsku.

              Szczególnie po 1935 r. przejawów działań antyżydowskich uzbiera się tyle, że nikt nie powinien mieć wątpliwości co do konieczności ich zdefiniowania zgodnie z cytowanym wyżej art. 7 statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego (litera h), czyli jako zbrodnię przeciwko ludzkości. Że to było „nic” w porównaniu z Holocaustem? A to dla sądu nie powinno mieć żadnego znaczenia.

              Mało? W porozumieniu powołującym Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze z 1947 r. zdefiniowano zbrodnię przeciwko pokojowi jako „planowanie, przygotowywanie, początkowanie lub prowadzenie wojny napastniczej albo wojny będącej pogwałceniem traktatów, porozumień lub gwarancji międzynarodowych, albo współudział w planie lub zmowie w celu dokonania jednego z wyżej wymienionych czynów”.

              I w tej kwestii można mieć wiele pytań do władz II RP. W pierwszej kolejności o Zaolzie (zamieszkała w większości
              • diabollo Re: Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN 03.03.18, 11:04
                I w tej kwestii można mieć wiele pytań do władz II RP. W pierwszej kolejności o Zaolzie (zamieszkała w większości przez Polaków część Śląska Cieszyńskiego) zajęte przez II RP w 1938 r. po układzie w Monachium, gdy Hitler uzyskał od Wielkiej Brytanii i Francji zgodę na rozbiór Czechosłowacji. Polski przy stole obrad nie było, lecz Wojsko Polskie i grupy dywersyjne polskiego wywiadu starannie się do tej operacji przygotowywały. Minister spraw zagranicznych Józef Beck z pierwszych ust wiedział, że po anszlusie Austrii przyjdzie czas na „zrobienie porządku” z Czechosłowacją. I sporo robił, żeby ów moment przybliżyć, na co jest wiele dokumentów i świadectw.

                Na przełomie lat 1938/39 Polska dwoiła się i troiła, by namówić Węgrów i Hitlera do dokończenia rozbioru i ustanowienia wspólnej granicy polsko-węgierskiej (co nastąpiło 15 marca 1939 r.). A do czego przeszkodą była autonomiczna Ukraina Zakarpacka - kość w gardle polityki polskiej. Czyli: Polska podżegaczem wojennym.

                Gdy polski sąd temu zaprzeczy, wówczas ktoś może zapyta: czy to aby nie oznacza, że współczesna Polska dopuszcza rewizję granic? 30 września br. minie 80 lat od układu monachijskiego, który przesądził o rozbiorze Czechosłowacji. Idealny czas na stawianie podobnych pytań, w dodatku półtora miesiąca przed setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Gdy o bilansie dokonań II RP będzie najgłośniej.

                Mieliśmy sen
                I tu dochodzimy do ideologicznego sedna operacji pod kryptonimem „Powieszenie Polski przez PiS na sznurze przygotowanym w Rosji”. Skręconym z polskich mitów o „niepokalanym tysiącleciu dziejów”, szczególnej misji w zlaicyzowanej Europie, wrogim otoczeniu nieustannie knującym w celu pomniejszenia polskiej wielkości.

                Kreml od lat stara się udowodnić, że za wybuch II wojny światowej nie odpowiadają Stalin i ZSRR jako wspólnicy Hitlera i III Rzeszy, lecz Polska związana z III Rzeszą ciepłymi relacjami od stycznia 1934 r. do marca 1939 r. Propagandyści kremlowscy ukuli tezę, że przed paktem Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. był „pakt Hitler-Piłsudski” z 26 stycznia 1934 r. (polsko-niemiecka deklaracja o nieagresji). I co jakiś czas na ten temat publikują zbiory dokumentów ze swoich przepastnych archiwów.

                Nowelizacja ustawy o IPN to autostrada, po której ta teza ma wjechać do świadomości Zachodu i europejskiego systemu prawnego. Polska z pierwszej ofiary Hitlera, która stawiła mu zbrojny opór i nie wydała żadnego Quislinga, spadnie do roli państwa współodpowiedzialnego za wybuch wojny i związane z tym nieszczęścia. Rosja jest bardzo bliska osiągnięcia sukcesu, bo po miesiącu od uchwalenia ustawy o IPN nikt nie poznaje już „dawnej” Polski.

                Wymiar wewnętrzny operacji to podzielenie społeczeństwa na wrogie plemiona i zarządzanie nienawiścią do opozycji, uchodźców (których brak), migrantów zarobkowych (których wielu), mniejszości narodowych lub religijnych (są nieliczne). Po wypaleniu się (niemal) paliwa smoleńskiego przyszedł czas na sale sądowe i ulice przed owymi sądami. Z ogolonymi karkami „patriotów”, transparentami i hasłami: „Znajdzie się kij na banderowski ryj”, „Chciwe parchy”, „Agenci Merkel”.

                „Chcieliście lat 20. i 30., to je macie” - zabrzmiał głos Ramzana Kadyrowa, namiestnika spacyfikowanej Czeczenii, który w imieniu Kremla pochwalił polską ustawę. To sygnał dla prawicy, która karmi się opowieściami o wielkiej grze, jaką na geopolitycznej szachownicy ma prowadzić PiS. Putin rzekł: taka to gra i taka perspektywa, jak nie przymierzając Kadyrowa.

                Niedawna nowelizacja ustawy o IPN to dokument stosunkowo krótki, raptem kilka stron druku. Nic w porównaniu z dziesiątkami stron ustaw, którymi PiS zdemolował Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, Krajową Radę Sądownictwa i cały system sądowniczy. A jednak te kilka stron postawiło obecność Polski w Unii Europejskiej przed nieporównanie większym znakiem zapytania. Państwo skrojone wedle ideologicznych wzorów endecji z końcówki lat 30. po prostu się w Unii nie mieści.

                „Opary absurdu”, „chore”, „wariactwo” – to najczęściej przywoływane określenia ustawy o IPN i zachowania broniącego ją PiS-u. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Polska przez dziesięciolecia miała opinię „znawcy spraw Wschodu”, lecz ani się spostrzegła, gdy w wojnie hybrydowej, którą Rosja prowadzi przeciwko Zachodowi, okazała się właściwie bezbronna. Wystarczyło wypowiadanie słów kluczy: „zamach w Smoleńsku”, „banderowcy”, „ludobójstwo na Wołyniu”, „reparacje niemieckie”, „żydowska chciwość”, „wstawanie z kolan”, „nieujarzmiona polskość Kresów”.

                Polska pod rządami PiS jest państwem suwerennym, bo z własnej i nieprzymuszonej woli popełnia samobójstwo - jako członek UE i NATO oraz naród przynależący do europejskiej cywilizacji. Suwerenność „pisowskiej” Polski jest fasadowa, bo bezgranicznie podatna na zewnętrzną manipulację. Nawet najbardziej szkodząca interesom państwa ustawa przejdzie przez parlament jak burza, nawet największa bzdura i niegodziwość nabiera rangi wykładni polityki państwa.

                Putin już nie musi przekonywać, że upadek ZSRR był „największą katastrofą geopolityczną XX wieku”. Wszyscy widzą, że jego efektem stała się samodzielność narodów, które (w rosnącej liczbie) na to nie zasługują. Są nieuleczalnie antydemokratyczne, ksenofobiczne, antysemickie.

                Opinię Putina na Zachodzie podzieli wielu, więc w końcu wspólnie uznają, że pora zakończyć „nieudany eksperyment”. I zaczną myśleć o nowym porządku w tej części Europy. Pod kuratelą, rzecz jasna, „historycznie dojrzałych” protektorów.

                Tak oto kończy się piękny sen o wolności, demokracji i solidarności między wolnymi obywatelami i wolnymi narodami. W miejscu, w którym ten sen niemal się ziścił. W ojczyźnie „Solidarności”.

                CDN...
                • diabollo Re: Katolickie pachołki Rosji piszą ustawę o IPN 03.03.18, 11:04
                  wyborcza.pl/7,75968,23090286,rok-1925-mogl-wpisac-do-ustawy-tylko-ktos-znajacy-archiwa.html
    • diabollo Polacy, Rosja wyciąga was z Europy. 03.03.18, 12:53

      wyborcza.pl/magazyn/7,124059,23086073,anne-applebaum-polacy-rosja-wyciaga-was-z-europy-naprawde.html
    • oby.watel Pachołki Rosji ukrywają informację o ustawie o IPN 03.03.18, 13:57
      Szczęście w nieszczęściu, że tego typu materiały są skrzętnie ukrywane za paywallem. Im mniej osób przeczyta, tym lepiej. Niepowetowane szkody lektura tego tekstu mogłaby poczynić we łbach prawdziwych polskich patriotów, a do tego dopuścić nie wolno nawet za niewygórowaną cenę.
Pełna wersja