Niech żyją bogaci, precz z biednymi.

18.03.18, 13:06
Niech żyją bogaci, precz z biednymi. Bernard Guetta opowiada, co się dzieje, gdy historia robi skok w bok
Marek Beylin

Wychodząc z komunizmu, skupieni na własnym kraju i dołączaniu do Europy, nie zauważyliśmy, że pod powierzchnią demokratycznego ładu, bogactwa i siły zjednoczonego Zachodu buzują trendy, które zburzą tę sielankę

A cóż da się zrobić z pesymizmem? – powiedział Szymon Peres, wielka figura polityki izraelskiej, gdy Bernard Guetta pytał go, jak może być optymistą w sprawie stosunków izraelsko-arabskich.

Bo pesymizm tylko przygniata do ziemi, skłania do ucieczki bądź rezygnacji. Z pesymizmu nie zrodzi się nic nowego, zmiana na lepsze to domena realistycznych optymistów testujących krytycznie granice własnej wiary, by nie wyjść na Panglossów, czyli zadufanych idiotów.

Właśnie ten ton: cóż nam po pesymizmie, tworzy wspomnieniową opowieść Guetty „Dans l’ivresse de l’Histoire” (W upojeniu historią). Autor to głośny korespondent francuskiego dziennika „Le Monde”, świadek i kronikarz wielkich wydarzeń naszych czasów. Upadek ZSRR, powiewy wolności i autorytarny rewanż Putina; polskie zmagania z komunizmem, czas „Solidarności” i stanu wojennego, III RP i nowe nadzieje oraz rozczarowania; konserwatywna i neoliberalna rewolta w USA i na europejskim Zachodzie.

Wszystko to filtruje Guetta przez własne doświadczenia. I przyjaźnie z tymi, którzy tworzyli historię w naszej części Europy – z Michaiłem Gorbaczowem, Tadeuszem Mazowieckim, Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem, Adamem Michnikiem, Karolem Modzelewskim, z dysydentami, intelektualistami i politykami. Co pozwalało Guetcie nie tylko mieć rozumniejszy wgląd w obcą rzeczywistość, lecz także związało go emocjonalnie z tą „obcością”.

Niech żyją bogaci, precz z biednymi
Ale ta książka szczęśliwie nie ogranicza się do wspomnień. Z tego, co wydarzyło się wokół autora, wyłania się obraz niedokończonych i zwichniętych rewolucji czy gwałtownych procesów lat 80. i 90. zeszłego wieku w Rosji, Polsce i na Zachodzie. Wychodząc z komunizmu, skupieni na naszym podwórku, nie zauważyliśmy, że obok historia już robi skok w bok, bo pod powierzchnią demokratycznego ładu, bogactwa i siły zjednoczonego Zachodu buzują trendy destabilizujące tę sielankę.

To przede wszystkim, pisze Guetta, bunt klas średnich przeciw kosztom państwa opiekuńczego, który rozerwał spójność wielu zachodnich społeczeństw i przyczynił się do odrodzenia postaw nacjonalistycznych i populistycznych.
Ponieważ obrończynią – cóż z tego, że fałszywą – owego słabnącego opiekuńczego państwa stała się w Europie skrajna prawica, PiS miał się na kim wzorować.

Pierwszą jaskółką, wspomina Guetta, buntu europejskich klas średnich było to, że w latach 70. Ingmar Bergman, wielki reżyser, kojarzony w dodatku z lewicą, uciekł ze Szwecji przed nadmiernymi podatkami. Dla Guetty, wychowanego w antykomunistycznych lewicowych tradycjach i francuskim etosie dysydenckim nakazującym solidarność z pokrzywdzonymi i biedniejszymi, to był szok.

Ten twardy liberalizm wrogi państwu opiekuńczemu i wynoszący, jak w XIX wieku, klasowy egoizm uprzywilejowanych do rangi uniwersalnej cnoty rodził się na Zachodzie i rozprzestrzeniał spontanicznie. To był zwycięski szturm zasilany w latach 80. przez politykę prezydenta Reagana i premier Thatcher oraz głównego ideologa tej walki Miltona Friedmana.

Guetta rozmawiał raz z Friedmanem w 2006 r., tuż przed jego śmiercią, i było to spotkanie dwóch nieprzyległych światów. Gdy Guetta zachwalał darmowe szkoły i uczelnie, gwarantowane emerytury, dostępną dla każdego opiekę medyczną, Milton odparł: bez tego wszystkiego byłby pan szczęśliwszy. I dodał: solidarność jest niezbędna, ale w ramach rodziny.

Takie idee tworzyły klimat lat 80. W USA przekładały się na postawy: niech żyją bogaci, precz z biednymi, czyli także czarnoskórymi. Co wraz ze sprzeciwem wobec państwowej „akcji afirmatywnej” mającej łagodzić nierówności startu między kolorową i białą częścią społeczeństwa stanowiło jedno ze źródeł późniejszego sukcesu Donalda Trumpa.

Praktyki dzikiego kapitalizmu wyrastające z friedmanowskich przekonań zrujnowały też zdaniem Guetty rodzącą się demokrację w Rosji. Za co obwinia Borysa Jelcyna, przeciwstawiając mu socjaldemokratyzm Gorbaczowa. Tyle że to był socjaldemokratyzm imperialny, nieuwzględniający niepodległościowych dążeń podbitych narodów. Gorbaczow, czego Guetta nie dostrzega, stał się szybko anachroniczny, mimo wielkich zasług w demokratyzacji Rosji. Dramat polega na tym, że ani on, ani Jelcyn nie znaleźli sposobów, jak tę demokratyzację ustabilizować.

CDN...
    • diabollo Re: Niech żyją bogaci, precz z biednymi. 18.03.18, 13:08
      Guetta nie piętnuje polskiej drogi
      Powiew friedmanowskiej fali odczuł Guetta także w Polsce. Lewica skrachowała, rządzi rynek – notował usłyszane opinie. Może jeszcze bardziej zdumiało tego namiętnego obserwatora „Solidarności” i dysydenta z temperamentu, że bohaterem nowych czasów, jak wszędzie w Europie, stał się przedsiębiorca. Ze szkodą dla społecznej solidarności i często za cenę obojętności wobec sytuacji zatrudnionych.

      Tyle że Guetta, zawsze przywiązany do Polski, nie piętnuje polskiej drogi, stara się ją zrozumieć wraz z jej dokonaniami i błędami.
      Bo jego rola wnikliwego obserwatora świata zaczęła się od Polski, ściślej – od konferencji w Paryżu w 1976 r., gdy z wystąpień Leszka Kołakowskiego i Adama Michnika dowiedział się, że komunizm może upaść. To był cios w przekonania obowiązujące we Francji, na Zachodzie, w Polsce.

      Guetta jest też z rodziny tych, którzy nie wierzą w polityczne konieczności. Toteż obserwując niepewny los Europy, w której narasta nacjonalizm, ta, jak pisze, współczesna opoka pokrzywdzonych, zastanawia się, jak sprawić, by taką opoką znów stał się ład demokratyczny. Jak dokończyć przerwane demokratyczne rewolucje trwające na Zachodzie od powojnia, a u nas od 1989 r.?

      I nie ma wątpliwości: naszą jedyną szansą jest federalizacja Europy. Czyli inna Europa, budowana przez nowe, młode klasy średnie, bardziej otwarte na potrzebę solidarności i naprawiająca błędy tej, która zawiodła. Europa chroniąca socjalne bezpieczeństwo i prawa swych obywatelek i obywateli oraz na tyle silna ekonomicznie, by stawiać czoło dzikiej władzy globalnego kapitalizmu. O takiej Europie mówią choćby prezydent Francji Emmanuel Macron czy szef SPD Martin Schulz.

      Podzielam te nadzieje Guetty, realistycznego optymisty, który wie, że wiara w niezmienność doraźnych koniunktur to nie realizm, tylko wielkie złudzenie ludzkości.

      wyborcza.pl/magazyn/7,124059,23149892,bernard-guetta-gdy-historia-robi-skok-w-bok-czyli-destabilizacja.html
Pełna wersja