diabollo
07.05.18, 07:31
Bartosz T. Wieliński
Zrobią wam oblężoną twierdzę i będą przekonywać, że trzeba być z tego dumnym - mówiła Irina Prochorowa, rosyjska intelektualistka. Była wiosna 2016 r., razem z nią brałem udział w organizowanej w Moguncji dyskusji o zagrożeniach dla demokracji w Europie Wschodniej. Prochorowa ostrzegała, że prędzej czy później polskie władze zaczną straszyć swój naród zagranicznymi wrogami.
Skąd Prochorowa to wiedziała? Bo tak się działo, jak mówiła, w putinowskiej Rosji, a skoro Polska postanowiła iść podobną drogą…
Wówczas taki scenariusz wydawał mi się przesadzony. PiS wprawdzie zrobił skok na media publiczne, a „Wiadomości” zaczęły faktycznie upodabniać się do rosyjskich programów informacyjnych, ale w to, że PiS zacznie straszyć zagranicznym spiskiem, nie wierzyłem.
Minęły dwa lata, a rząd i przychylne mu media krzyczą o szerzącym się na świecie „antypolonizmie”. Prochorowa miała rację.
Termin „antypolonizm” wszedł do powszechnego użycia w lutym, gdy wybuchła awantura z Izraelem o nowelizację ustawy o IPN, w myśl której za przypisywanie Polsce lub Polakom współodpowiedzialności za Holocaust grożą nawet trzy lata więzienia.
Ustawę oprotestowały Izrael i USA, twierdząc, że zamyka ona usta ocalonym i ogranicza wolność badań naukowych.
W odpowiedzi przez Polskę przelała się wówczas fala antysemickich komentarzy, która dotarła nawet do telewizji publicznej. Wystawiliśmy sobie w ten sposób katastrofalne świadectwo, a rząd nie zamierzał się z ujawnionym polskim antysemityzmem konfrontować. Propaganda rządowa odpaliła światowy anty-polonizm i wezwała do obrony dobrego imienia Polski. Mówienie o wyimaginowanym spisku miało odwrócić uwagę od hańbiącego zjawiska: po dwóch latach rządów PiS w Polsce, kraju, w którym Niemcy przeprowadzili Holocaust, antysemicka retoryka ma się całkiem dobrze. Antypolonizm pozwolił też przełknąć dyplomatyczne konsekwencje – w odpowiedzi na nowe prawo Amerykanie postanowili nie zapraszać do Białego Domu polskiego prezydenta ani premiera.
Spór o ustawę o IPN przycichł, ale zaczął się nowy. Burmistrz Jersey City postanowił usunąć stojący w mieście od prawie 30 lat Pomnik Katyński. To bardzo zła decyzja, przeciwko której polska dyplomacja powinna protestować z całych sił. Tym bardziej że burmistrz przy okazji obraża marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego.
Dla władzy to problem. Bo skoro USA są naszym najważniejszym sojusznikiem, to dlaczego lekceważą polskie pomniki? Odpowiedź jest prosta: odkąd PiS zaczął demontować demokratyczne instytucje, polskie wpływy w USA zaczęły słabnąć, a awantura o ustawę o IPN drastycznie pogorszyła sytuację.
Jak z tego wybrnąć? Oskarżyć Amerykanów o antypolonizm. W efekcie burmistrz Jersey City stał się większym wrogiem Polski niż Władimir Putin. Wiceszef naszego MSZ nazwał burmistrza ignorantem, a marszałek Senatu za zniesławienie zagroził mu procesem. Dzięki temu nie trzeba rozliczać dyplomacji z jej niskiej skuteczności.
Podobne metody z powodzeniem stosuje rosyjska i turecka propaganda. Tyle że to silne kraje o globalnych interesach, z którymi świat musi się liczyć. Polska, izolując się w Europie, wchodząc w konflikt z Izraelem i USA, słabnie. Krzyki o antypolonizmie na nikim nie zrobią wrażenia.
wyborcza.pl/7,75968,23362935,antypolonizm-sposobem-na-swiat.html