Historia nie nadaje się na narzędzie budowy pozyty

01.08.18, 07:33
Historia nie nadaje się na narzędzie budowy pozytywnej marki kraju
Maciej Kisilowski, Anna Wojciuk

Opozycja powinna mieć odwagę zerwania z narzuconym przez prawicę i utrzymywanym w atmosferze moralnego szantażu konsensusem wokół polityki historycznej
Maciej Kisilowski – profesor prawa i zarządzania publicznego w Central European University, współautor „Administrategii” (wyd. Studio EMKA).
Anna Wojciuk – doktor habilitowana stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, autorka „Imperiów Wiedzy” (wyd. Scholar).
Upokarzający dla PiS spektakl ekspresowego wycofywania się ze skandalicznej nowelizacji ustawy o IPN nie wywołał dotychczas głębszej refleksji na temat przyczyn tej wizerunkowej katastrofy.
W sumie nic w tym dziwnego. Wśród polskich elit politycznych panuje głęboki konsensus co do sensowności tzw. polityki historycznej, czyli budowania polskiej pozycji międzynarodowej na promocji „naszej” narracji historycznej. Opozycja krytykuje efektywność i profesjonalizm realizacji tej polityki, a nie same jej założenia. Ustawa o IPN została przegłosowana w Sejmie przy ledwie pięciu głosach sprzeciwu.

Niedawne odwołanie prezesa Polskiej Fundacji Narodowej pokazuje, że obóz rządowy myśli podobnymi kategoriami. Jeśli tylko pana Świrskiego zastąpi ktoś sprawniejszy, z dobrym angielskim i kompetencjami marketingowymi, to karta polskiej polityki historycznej może się wreszcie odwrócić.
Wadliwy fundament
„Szaleństwo to robienie tych samych rzeczy i oczekiwanie odmiennych rezultatów” – to amerykańskie powiedzenie, czasem przypisywane Albertowi Einsteinowi, jak ulał pasuje do tego niezwykle szkodliwego dla Polski konsensusu wokół polityki historycznej. Dotychczasowe spektakularne porażki tej polityki, połączone z wyjątkowo krótką listą sukcesów, nie są bowiem dziełem przypadku albo operacyjnych błędów. Opieranie się na historii jako na fundamencie naszej pozycji międzynarodowej jest po prostu wyjątkowo słabym pomysłem.
Jeśli miarą sukcesu polskiej polityki zagranicznej jest umiejętność zjednywania sobie sojuszników, przyciągania inwestorów i partnerów handlowych oraz budowania atrakcyjnej marki naszego kraju, to polityka historyczna nie pomoże nam w osiągnięciu żadnego z tych celów.
Zacznijmy od sojuszników. Polityka zagraniczna budowana na historycznych narracjach jest, używając pojęcia teorii gier, „grą o sumie zerowej”. Nasza heroiczna opowieść z natury rzeczy kwestionuje zbiorową pamięć innych narodów – z reguły, niestety, naszych sąsiadów i istotnych partnerów.
W tych kluczowych dla nas relacjach historyczne fiksacje „psują krew”, nie zjednując nam jednocześnie przyjaciół gdzie indziej. Międzynarodowe zainteresowanie szczegółami historii odległych nacji jest niezwykle ograniczone. W państwach niebędących częścią przedstawianej przez Polskę narracji historycznej nasza dramatyczna przeszłość konkuruje o uwagę z wstrząsającymi wydarzeniami, które miały lub właśnie mają miejsce znacznie bliżej odbiorcy. Amerykańscy prezydenci mogą w swoich warszawskich przemowach barwnie opisywać unikatowość naszej historii, ale takie oratorskie popisy należy traktować jako część dyplomatycznego rytuału, a nie rzeczywistej fascynacji detalami naszej chlubnej przeszłości.


Paradoksalnie najlepszym przykładem ograniczeń historycznie osadzonej polityki zagranicznej jest Izrael, którego rzekome sukcesy na tym polu są wśród naszej prawicy jednocześnie obiektem głębokiej niechęci i intensywnej fascynacji. Wyjątkowo tragiczne wydarzenia Holocaustu były bez wątpienia kluczowe dla zapewnienia międzynarodowego poparcia dla utworzenia państwa Izrael. Podkreślmy jednak, że w 1948 roku Holocaust był wciąż centralnym punktem powojennej traumy zachodniego świata – teraźniejszości bardziej niż historii.

CDN...
    • diabollo Re: Historia nie nadaje się na narzędzie budowy p 01.08.18, 07:34
      Siedemdziesiąt lat później trudno natomiast znaleźć choćby jeden konkretny przykład, by historia zjednywała Izraelowi nowych sojuszników. Fakt, iż wcześniejsza wersja niniejszego komentarza ukazała się w głównym izraelskim dzienniku „Haaretz”, pokazuje, że część izraelskich elit dostrzega ograniczenia zagranicznej polityki historycznej swojego kraju. Trudno się temu dziwić: nie dalej jak kilka miesięcy temu rezolucja potępiająca amerykańską decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela przeszła w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ stosunkiem głosów 128 do 9. Trzydzieści pięć krajów, w tym Polska, wstrzymało się od głosu.
      Nie ma rzecz jasna wątpliwości, że istotnym czynnikiem motywującym międzynarodową opozycję wobec Izraela jest antysemityzm. Jednak nawet w Stanach Zjednoczonych bliski sojusz z nim jest coraz rzadziej uzasadniany tragiczną historią. Zamiast tego w dyskusji publicznej podkreśla się wyjątkowość Izraela jako demokratycznego kraju na Bliskim Wschodzie. W ostatnich latach coraz częściej zauważa się też niezwykłą przedsiębiorczość jego mieszkańców – państwa start-upu (ang. Startup Nation), któremu w ciągu dwóch pokoleń udało się stworzyć (niemal z niczego) dynamiczną, zaawansowaną technologicznie gospodarkę.
      Cena historii

      Przejdźmy teraz do drugiego wymiaru efektywnej polityki zagranicznej: pozyskiwania inwestorów i partnerów handlowych – szczególnie tych gotowych podjąć bardziej długofalowe ryzyko inwestycji technologicznie zaawansowanych.
      Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że chlubna historia nie ma przy podejmowaniu takich decyzji większego znaczenia. Co więcej, historyczne obsesje i pretensje mogą być odbierane jako czynnik destabilizujący i wskazujący na niechęć danego państwa i społeczeństwa do adaptacji do wciąż zmieniających się warunków globalnej konkurencji. Dla większości biznesmenów myślenie o przeszłości jest po prostu przeciwieństwem dążenia do sukcesu w przyszłości.
      Polityka historyczna staje się szczególnie kosztowna, gdy rozbudza negatywne emocje wobec ojczyzn kluczowych inwestorów lub partnerów handlowych.
      Dobrym przykładem jest tutaj dylemat premiera Morawieckiego, próbującego jednocześnie grać na antyniemieckich sentymentach i zachęcać niemieckich inwestorów do bardziej strategicznego zaangażowania w polską gospodarkę.
      Historyczne obsesje mogą też utrudniać pozyskiwanie utalentowanych pracowników z „problematycznych” dla naszej historii krajów, zwiększać ryzyko regionalnych kryzysów zagrażających globalnym łańcuchom dostaw albo po prostu komplikować kierowany do inwestorów przekaz. Wyobraźmy sobie na przykład, że Irlandia zdecydowałaby się budować swoją międzynarodową pozycję na podkreślaniu (uzasadnionych skądinąd) historycznych żali do Wielkiej Brytanii. Taką strategię trudno byłoby pogodzić z pozycjonowaniem się jako atrakcyjna lokalizacja dla europejskich siedzib amerykańskich korporacji – choćby dlatego, że powszechna znajomość języka byłego okupanta stanowi jedną z kluczowych przewag konkurencyjnych Irlandii.
      Tak dochodzimy do trzeciego fundamentu skutecznej polityki zagranicznej. Wbrew niemal powszechnej opinii polskich elit historia nie jest dobrym narzędziem budowy pozytywnej marki kraju. Dlaczego? Jak pokazuje przypadek nowelizacji ustawy o IPN, historia jest zawsze skomplikowana. Jeśli zdecydujemy się opowiedzieć ją uczciwie i od początku do końca, to nasi przodkowie nie będą się jawić jako aż tak wyjątkowi. Jeśli natomiast spróbujemy ją wybielić, to – w dobie żyjących kontrowersją mediów (tradycyjnych i społecznościowych) – natrafimy niemal natychmiast na armię zmotywowanych krytyków, którzy naszą „podrasowaną” narrację z radością rozbiją w drobny mak.
      E-państwa
      Estonia mogła próbować budować swoją reputację na wspomnieniu heroicznego zwycięstwa tego małego państwa nad bolszewikami w 1919 roku albo na pamięci o budzących grozę latach sowieckiej okupacji. Z pragmatycznego punktu widzenia taka narracja byłaby jednak (niestety) słabym wyróżnikiem w stosunku do dwóch bałtyckich sąsiadów Estonii. Co więcej, niemal na pewno kierowałaby międzynarodowe zainteresowanie na problem dużej grupy Rosjan-bezpaństwowców, którym Estonia konsekwentnie odmawia przyznania obywatelstwa.
      Bez żadnej przesady można zatem określić mianem „strategicznego geniuszu” pomysł estońskich elit, by młode państwo pozycjonować jako „cyfrowy naród” albo E-stonię. Pionierskie rozwiązania w zakresie e-administracji, w tym odważny program „karty stałego e-pobytu” (ang. e-residency), spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem zachodnich komentatorów. Twórca strategii „E-stonii”, były prezydent kraju Toomas Hendrik Ilves, stał się istotnym liderem globalnych forów dotyczących e-administracji. Trudno znaleźć liczne przykłady byłych głów mikropaństw, którzy odgrywają podobnie wpływowe międzynarodowe role.

      CDN...
      • diabollo Re: Historia nie nadaje się na narzędzie budowy p 01.08.18, 07:35
        Inne państwa, w tym Niemcy, Japonia i Austria, są skutecznymi aktorami na arenie międzynarodowej mimo wyjątkowo mało sympatycznej historii. Porównanie ich sukcesów z problemami polityki zagranicznej państw takich jak Turcja, Rosja, Iran czy Tajlandia – które podobnie jak Polska próbują szczęścia z „polityką historyczną” – skłania do zastanowienia. Być może narodowe poczucie historycznej, moralnej wyższości jest po prostu odmianą tak zwanej „klątwy zasobów” – paradoksalnych trudności wynikających z posiadania bogatych złóż zasobów naturalnych, takich jak ropa naftowa czy diamenty.
        Polityka zagraniczna oparta na historii jest nie tylko nieskuteczna, ale także wyjątkowo szkodliwa dla tego, czym historia rzeczywiście być powinna: obiektem uczciwych badań naukowców czy przedmiotem nauki w szkole budującym obywatelskie postawy i umiejętność krytycznego myślenia naszych dzieci. I również dlatego nasze lewicowe i liberalne elity powinny zerwać z narzuconym przez prawicę i utrzymywanym po części w atmosferze moralnego szantażu konsensusem wokół polityki historycznej. Zamiast tego, anty-PiS-owska opozycja powinna mieć odwagę szukania alternatywnych sposobów inspirowania Polaków i odwoływania się do skierowanych ku przyszłości źródeł narodowej dumy, prestiżu i sukcesu.
        Angielska wersja artykułu ukazała się w „Haaretz”

        wyborcza.pl/7,75968,23739498,historia-nie-nadaje-sie-na-narzedzie-budowy-pozytywnej-marki.html
Pełna wersja