diabollo
25.08.18, 17:28
Natalia Waloch
Wywiad z Janem Sową.
Rób, co chcesz: śmieć, przyłóż żonie, klnij i chlej, bylebyś przyszedł, zapełnił kościół, wyspowiadał się, ochrzcił dzieci. To Kościół zdeformował Polskę. Rozmowa z Janem Sową
Jan Sowa – ur. w 1976 r., socjolog i kulturoznawca. Kurator programu dyskursywnego i badań Biennale Warszawa, autor m.in. głośno komentowanych książek „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą” i „Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości”
NATALIA WALOCH: A może chodzi o seks? Może to ciśnienie na zaostrzenie prawa aborcyjnego to emanacja strachu przed wyzwolonymi kobietami?
JAN SOWA: Też o seks. Kontrola nad prokreacją to podstawowy wymiar autonomii życiowej. Tym, którzy jej kobietom odmawiają, chodzi o coś więcej niż tylko o seks.
W światowej populistycznej rewolcie wszędzie widzimy istotny komponent buntu przeciw wyzwoleniu kobiet. Mizoginia Trumpa, ofensywa antyaborcyjna w Polsce i Państwo Islamskie na Bliskim Wschodzie są częścią podobnej radykalizacji.
Patriarchat nie reguluje tylko tego, co prywatnie dzieje się między kobietą i mężczyzną. To sposób organizacji społeczeństwa. Kontrola nad ciałami kobiet jest powiązana z odziedziczonymi hierarchiami, tożsamościami i wartościami. Jeśli z tej układanki wyjmie się jeden element, wszystko się sypie.
To rozsypywanie się jest nie do zatrzymania. Ruchom konserwatywnym nie udaje się odwrócić tego trendu. Widzimy kolejne bastiony, które padają, choćby ostatnio w Irlandii.
Prof. Bartłomiej Dobroczyński napisał w eseju „Eros nie mieszka w Polsce”, że na Erosa – pojmowanego jako radosna seksualność, ale też jako beztroska i zabawa – Polacy zawsze patrzyli podejrzliwie jako na tego, który odciągnie ich uwagę od walki o ojczyznę.
– Przeszliśmy inną drogę niż społeczeństwa zachodnie. W naszej historii pełno było cierpienia i przemocy. To musiało się zapisać w kulturze, a może głębiej, jeśli rację mają epigenetycy, że nabytą skłonność do odczuwania lęku przekazuje się biologicznie między pokoleniami. Ale inne są też struktura społeczna, rozkład sił postępowych i konserwatywnych.
Polska nie ma pomysłu na siebie. Mamy półperyferyjną gospodarkę, więc z jednej strony większy wyzysk niż w krajach bogatych, z drugiej – takie same wyzwania: wielokulturowość, małą innowacyjność, presję na konkurencyjność itp. I mniejsze zasoby. To rodzi frustrację, na którą odpowiadamy, sięgając do wzorców odziedziczonych po przodkach. Jednak Sarmaci nam nie podpowiedzą, jak powinna działać gospodarka wiedzy. Jesteśmy uwięzieni w inercji historycznych sposobów reagowania. Na ogół to szabelka, husaria, „żołnierze wyklęci”. Wszystkie bardzo męskie mity.
Mamy szansę wygrać z tak mocną, uwarunkowaną historycznie konstrukcją?
– Kobiety znajdują się w trudniejszej sytuacji: mniej zarabiają, są na wielu polach niedoceniane, padają ofiarą przemocy. Ale perspektywy mają lepsze niż mężczyźni, bo są w ruchu wznoszącym. Mają słuszny cel, organizują się wokół czegoś, więc zyskują doświadczenie wspólnoty, działają kolektywnie, ramię w ramię z innymi na rzecz sprawy, co daje poczucie sensu i przynależności. Muszą wciąż konfrontować się z totalną ilością shitu, ale robią to dla sprawy, dla wartości. Z tożsamości, w którą zostały kiedyś wciśnięte, uciekają w przód.
Tymczasem mężczyźni zmagają się z kryzysem tożsamości. Jeśli nie będą walczyć o pozycję samca alfa, to co im zostaje? Jest oczywiście etos codziennej troski: pomóż partnerce, zaangażuj się w życie rodzinne – i to jest dobre, słuszne, postępowe, ale trudno to uznać za cel polityczny porównywalny ze wzniosłością sprawy, o którą walczą kobiety.
Dla dzisiejszego mężczyzny, nawet niekoniecznie patriarchalnego, brzmi to jak odpowiednik polityki ciepłej wody – coś pożądanego, ale afektywnie zbyt słabego, aby budować na tym ruch. Męski podmiot jest w sytuacji dość żałosnej, co rodzi fobie i lęki, a w efekcie agresję.
Czyli wszyscy razem siedzimy w skansenie, ale kobiety widzą coś poza nim i chcą się wyrwać, a mężczyźni go reperują. A czy nie jest tak, że nasza klasa polityczna jest bardziej konserwatywna niż społeczeństwo?
– W ostatnich sondażach widać, że rośnie grupa przekonana, że obecna ustawa antyaborcyjna jest zbyt restrykcyjna. Zresztą właściwie tylko w kwestii uchodźców opinia publiczna ma podobne zdanie co PiS. Większość nie była za wycinką Puszczy, nie podobają jej się działania wokół sądów.
Społeczeństwo wydaje się bardziej rozsądne niż rządzący.
I nierządzący. Opozycja, która uważa się za liberalną, też nie zajmuje liberalnego stanowiska w wielu kwestiach.
– Różnica między naszymi liberałami a konserwatystami jest mizerna. Postulaty ważne dla liberalnego światopoglądu nigdy nie zostały w III RP zrealizowane. Mamy religię w szkole i konkordat niezgodny z konstytucją, Kościół jest poza systemem podatkowym, nie mamy przepisów legalizujących związki partnerskie. Nasi liberałowie są liberalni gospodarczo, obyczajowo zostali zaś na pozycjach bardziej konserwatywnych niż zachodni konserwatyści. Chadeczka Angela Merkel wyznała niedawno, że spotkanie z parą lesbijek wychowujących adoptowane dzieci przekonało ją, iż nie należy się sprzeciwiać małżeństwom jednopłciowym.
Katolicki premier Irlandii Leo Varadkar nawoływał do głosowania za liberalizacją przepisów aborcyjnych, a po referendum powiedział, że szpitale katolickie też będą musiały stosować nowe prawo, o ile chcą zachować dotacje.
– Niestety – konserwatyzm polskich środowisk „liberalnych” spycha całą scenę na prawo, bo jeśli prawica chce się odróżnić od „liberalnego” mainstreamu, to musi zaganiać jeszcze dalej w tym kierunku.
CDN...