diabollo
04.10.18, 07:33
Polityk katolik to postać tragiczna. Albo będzie moralny i nic nie osiągnie, albo skuteczny, ale nie zostanie zbawiony
Magdalena Środa
Politycy katolicy mają ogromny problem. Rola pierwsza (polityka), która nakłada na nich wymagania prakseologiczne (skuteczność, zwycięstwo), nader często kłóci się z drugą rolą - katolika, który nie może kłamać, a jeśli to robi, musi wiedzieć, że przed Bogiem ten grzech się nie ukryje.
Mamy gorący czas wyborów, premier Morawiecki krąży po Polsce, kandydaci rutynowo składają obietnice, a w szkołach ciągle nie ma etyki. Z punktu widzenia władzy to bardzo dobrze, bo po co ludzie mają wiedzieć, jak odróżnić manipulację od rzeczowego uzasadnienia, czym jest prawda i czym jej zatajenie różni się od kłamstwa. Etyka tego uczy, więc nic dziwnego, że każda władza woli faszerować młodzież religią, która uczy z kolei, że należy być posłusznym, o nic nie pytać i modlić się. Kościół Prawdą nie musi się zajmować, bo nią jest.
Wielu polityków też jest przekonanych, że są „drogą, prawdą, życiem” (J. 14), a nie jakimiś zwykłymi, omylnymi ludźmi. Gdy prezes Kaczyński co miesiąc krzyczał do swego smoleńskiego ludu na Krakowskim Przedmieściu o „prawdzie, która zwycięży”, to miał zapewne na myśli ten rodzaj substancjalnej prawdy, którą dysponował – według św. Jana – Jezus. Bo przecież nie chodziło mu o prawdę rozumianą jako zgodność z faktami. Wszak – jak otwarcie powiedział niedawno – historię piszą zwycięzcy, więc jeśli wersja zwycięzców nie zgadza się z faktami tym gorzej dla faktów.
Morawiecki prawdę rozumie podobnie. Według niego mijanie się z prawdą, Prawdzie nie zaszkodzi, bo Prawda to on.
Jednak z punktu widzenia zwykłych ludzi (czego naucza etyka) prawda to cecha zdania (a nie człowieka), która najczęściej weryfikowana jest przez zgodność z rzeczywistością. Etyka odróżnia ponadto „zatajenie prawdy”, „mówienie nieprawdy” oraz „kłamstwo”. W przypadku premiera Morawieckiego tego drugiego dowiódł sąd, tego trzeciego dowieść nie sposób, kłamstwo związane jest bowiem ze „świadomą intencją wprowadzenia w błąd”. A intencje są trudne do weryfikacji, bo tylko „ja” wie, jakie one były.
Jednak w tej intymnej materii – w przypadku katolików – w pełni orientuje się Bóg. Dlatego niezależnie od tego, co orzeknie sąd lub ludzie, wina w przypadku kłamstwa jest znana instancji wyższej i nie pozostaje bez śladu.
Politycy katolicy mają więc ogromny problem. Rola pierwsza (polityka), która nakłada na nich wymagania prakseologiczne (skuteczność, zwycięstwo), nader często kłóci się z drugą rolą (katolika, który nie może kłamać, a jeśli to robi, musi wiedzieć, że przed Bogiem ten grzech się nie ukryje). Polityk, który deklaruje wiarę w Boga i ważność dekalogu, jest więc w istocie postacią tragiczną, bo albo będzie moralny i nic nie osiągnie, albo będzie skuteczny, ale nie zostanie zbawiony.
Polityka to dla prawdziwych katolików gra o duszę. Gdybyśmy się uczyli etyki (czytali Machiavellego, Webera, Arendt), to wiedzielibyśmy, jakie są reguły tej gry, ale słuchając biskupów, znamy tylko jedną: hipokryzję. Jednak co Bóg, to nie biskupi. Pozostaje nam więc pocieszenie, że jeden z kręgów piekieł wypełnią polityczni kłamcy.
wyborcza.pl/7,75968,23994813,polityk-z-wiara-w-boga-jest-postacia-tragiczna-albo-bedzie.html