diabollo
14.10.18, 10:45
Kler - "nasi okupanci" w sutannach i przedstawiciele postronnego mocarstwa. To nie Smarzowski, to Boy-Żeleński
Grzegorz Wysocki
Kwarantanna na oddziale zakaźnym nie obejmuje zakonnic. Po wizycie u chorych swobodnie krążą po szpitalu. Przypuszczać, że wspólna modlitwa sióstr może być rozsadnikiem zarazy? To trąci bluźnierstwem.
Jeżeli komuś się wydaje, że „Kler” jest wściekle antyklerykalny, najprawdopodobniej nigdy nie miał w rękach „Naszych okupantów” Tadeusza Boya-Żeleńskiego. I trudno się dziwić. Bo choć równo dziesięć lat temu o książce przypomniało środowisko „Krytyki Politycznej”, to dzisiaj sięgają po nią przede wszystkim akademiccy uczeni w piśmie.
Szkoda ogromna, bo te obrazoburcze rozprawki nie tylko wciąż czyta się doskonale, ale też niewiele straciły na aktualności. Przerażające. Mowa bowiem o tekstach opublikowanych prawie 90 lat temu.
***
Felietony, polemiki i artykuły, które złożyły się na „Nowych okupantów”, publikował Boy najpierw na łamach „Wiadomości Literackich”. Pierwsze i jedyne za życia autora wydanie książkowe ukazało się w Warszawie w 1932 roku.
Co wyprowadzało Boya z równowagi? Czy raczej – co go po prostu rozwścieczało?
Pazerność kleru. Nieskończone pokłady hipokryzji. Pozorny tylko rozdział państwa i Kościoła. Ogromny wpływ duchowieństwa na bieżącą politykę. Naiwność i łatwowierność owieczek. Zaglądanie wiernym do sypialni. Dzieci i kobiety jako najbardziej poszkodowane przez „kościelny system”. Stosunek Kościoła do celibatu, aborcji, antykoncepcji, rozwodów...
Prawda, że brzmi jak zbiór wątków Smarzowskiego?
W wielu fragmentach „Naszych okupantów” wystarczyłoby podmienić nazwisko, by zobaczyć, że dzisiejsza awantura wokół „Kleru” niczym się nie różni od piekła zgotowanego Boyowi przez środowiska prawicowe i katolickie.
Szłoby to na przykład tak: „Każdemu prawie w Polsce dziś wiadomo, że zjawił się antychryst, noszący miano Wojtek Smarzowski, a pseudonim Smarzol. Wyklinają go z ambon, wypisują o nim niestworzone rzeczy w różnych mniej lub więcej świątobliwych pismach i pisemkach”.
Dalej Żeleński wspomina o tym, jak to w Krakowie odprawiane są zbiorowe modły „o nawrócenie się Boya”.
Cóż, powodów do modlitw nie brakowało. Boy nie szedł na żadne ustępstwa.
Boy otwarcie pisze o „naszych okupantach” w sutannach, o przedstawicielach postronnego mocarstwa, którzy, choć obcy, rezydują w Polsce. Nie Moskalami więc czy innymi Niemcami winniśmy się tu i teraz przede wszystkim martwić.
A jednocześnie w co drugim tekście dodaje, że nie występuje przeciwko religii, której „nikt i nic tutaj nie zagraża”. Oto jeszcze jeden gest konsekwentnie powtarzany dzisiaj przez Smarzowskiego (w „Wyborczej”: „Założyłem sobie, że nie będę dotykał wiary. To nie jest film antyreligijny”).
Ale stanowczo nie godzi się z ingerencją kleru w sprawy społeczne. Żeby pokazać, że (dosłownie) kwestią życia i śmierci jest zupełne rozdzielenie spraw ziemskich i pozaziemskich, wspomina historię z czasów, gdy pracował jako lekarz w szpitalu dla dzieci. Zmorą była wówczas szkarlatyna, dlatego surowe przepisy kwarantanny obejmowały lekarzy i służbę. Wyjątkiem były zakonnice, które opiekowały się chorymi, a jednocześnie kilka razy dziennie schodziły się na modlitwy do kaplicy. „Siostry nie podlegały przepisom o dezynfekcji i antyseptyce. W rezultacie mordercza szkarlatyna raz po raz wybuchała w szpitalu. (...) Cóż znaczyły dla sióstr jakieś nowinki nauki Pasteura wobec reguły, która wiodła się od przedwiecznych i świątobliwych założycieli zakonu. (…) Przypuszczać, że wspólna modlitwa sióstr może być rozsadnikiem zarazy, to trąciło bluźnierstwem”.
***
CDN...