diabollo
04.11.18, 10:43
Angela Merkel nie rozumiała Polski. Wygrana PiSu zaskoczyła Niemców
Z naszej perspektywy Polacy byli wielkim sojusznikiem. Sądziliśmy, że przyjmiecie uchodźców, bo jesteście katolikami z dziedzictwem Jana Pawła II. Rozmowa z Robinem Alexandrem
Robin Alexander - ur. w 1975 r., dziennikarz „Die Welt”, specjalista od polityki urzędu kanclerskiego oraz partii CDU/CSU, autor bestsellera „Angela Merkel i kryzys migracyjny. Dzień po dniu”
MICHAŁ KOKOT: Angela Merkel zapowiedziała odejście z CDU i polityki. Najpóźniej w 2021 r. przestanie być kanclerzem. Jej odejście to cena za kryzys migracyjny, którego nie opanowała w 2015 r.?
ROBIN ALEXANDER: To najbardziej wpłynęło na spadek popularności Merkel, ale wbrew temu, co się mówi, żadnych granic w Europie nie otwierała. W kluczowym momencie nie podjęła decyzji, by uporządkować napływ uchodźców, ale też nie zachęcała ich do przybycia.
W Niemczech często przewija się teza, że państwo zawiodło.
Nie zgadzam się. Nikt nie umarł z głodu, nie zamarzł, udało nam się dla wszystkich znaleźć schronienie. W kraju bez zapowiedzi pojawił się milion ludzi, mimo to udało się o nich zadbać. A przecież mogło być jak choćby we Francji z owianą złą sławą dżunglą w Calais, gdzie nad kanałem La Manche powstał dziki obóz uchodźców. To dopiero katastrofa. Niemieckie państwo zadziałało świetnie i uważam, że inne kraje nie poradziłyby sobie tak dobrze jak my.
Problem dotyczy rządu, który podjął decyzje, nie przewidując ich dalekosiężnych, wykraczających poza Niemcy konsekwencji.
Ale gdyby służby państwowe sprawniej przekazywały sobie informacje o zagrożeniach, być może udałoby się odesłać potencjalnych zamachowców, jak Anisa Amriego, który w grudniu 2016 r. zabił 12 osób, wjeżdżając w tłum w Berlinie.
W 2015 r. pojawiło się zbyt wielu ludzi, nikt nie przewidywał aż tak wielkiego napływu. Na początku nie dało się ich nawet rejestrować. W wielu wypadkach osoby ubiegające się o azyl były przesłuchiwane dopiero po sześciu-dziewięciu miesiącach.
Syryjczycy na przykład początkowo mieli tylko pisemny test wielokrotnego wyboru. Panowało przekonanie, że skoro wszyscy i tak dostają azyl, to oszczędzimy sobie czas na ich przesłuchania. Dopiero w grudniu 2015 r., po atakach w Paryżu, przesłuchania z urzędnikami zostały wznowione.
Zanim rozpoczął się kryzys migracyjny, urzędnicy BamF [Bundesamt für Migration und Flüchtlinge, Urząd ds. Migracji i Uchodźców] mieli rocznie do rozpatrzenia 100 tys. wniosków azylowych i już wtedy byli przeładowani pracą. Wielokrotnie sygnalizowali, że potrzebują więcej personelu. A w 2015 r. Merkel postanowiła, że urząd będzie musiał rozpatrywać rocznie milion wniosków. Żadna instytucja na świecie by sobie z tym nie poradziła.
Czyli jednak winę ponosi Merkel?
Nie, bo trzeba odróżnić przyczynę kryzysu od jego skutku. Wojna w Syrii nie wybuchła przecież w 2015 r., ale cztery lata wcześniej. Syryjczycy, którzy uciekli przed śmiercią, latami przebywali w obozach w Libanie, Jordanii i Turcji, wierząc, że Asad wkrótce zostanie obalony.
Wszystko się zmieniło, gdy do wojny włączył się Putin. Syryjczycy zrozumieli, że Asad będzie trwał, i muszą opracować nowy plan na swoją najbliższą przyszłość. Ponieważ mieli pieniądze, postanowili przebić się do Europy szlakiem bałkańskim - tym samym, którym jeszcze rok wcześniej do Niemiec docierali mieszkańcy byłej Jugosławii i Albanii. Przestali dopiero, gdy Niemcy uznały ich kraje za tzw. państwa bezpieczne, co oznaczało automatyczny brak zgody na azyl.
Merkel po prostu nie chciała działać tak jak Orbán, który najchętniej by zabetonował przejścia graniczne, żeby żaden uchodźca się nie prześlizgnął.
CDN...