diabollo
27.11.18, 07:31
Zgrabne zatrzęsienie bardzo złych dzieł sztuki, czyli Varga na wystawie "Krzycząc: Polska!" w Muzeum Narodowym
Krzysztof Varga
Wszystkie wojny w dziejach ludzkości dzielą się na te, w których Polacy bohatersko z kimś walczyli, oraz te, których nie było wcale.
Zamiast pomaszerować w marszu narodowców i tam krzyczeć „Polska!”, wybrałem się dziarskim krokiem do Muzeum Narodowego na wystawę „Krzycząc: Polska!”. Pomaszerowałem, aby upoić się polską sztuką, osobliwie malarstwem z epoki, kiedy Polska odzyskiwała niepodległość, a nawet już niepodległa była. Jestem wielkim admiratorem malarstwa, zawsze miałem za to zasadniczy problem z performance’ami, instalacjami oraz „działaniami artystycznymi”. Tutaj jestem zajadłą konserwą – płótno i farba to jest to, co mnie przejmuje, nad czym rozmyślam, żadne performance zaś mnie do głębokiego namysłu nie skłaniają, nawet zbiorowe maszerowanie, które też jest przecież formą sztuki wizualnej.
Daję tu sprawozdanie z wyprawy do Muzeum Narodowego z przykrym opóźnieniem, jako że najwyższe władze partyjne i państwowe, ogłaszając z zaskoczenia dzień świąteczny w poświąteczny poniedziałek, zarazem wycięły jeden numer „Gazety”, a co za tym idzie „Dużego Formatu”. Mocą decyzji państwowej gwałtownie zostałem pozbawiony pracy, zarobku i przymusowo odesłany na wypoczynek. Moje wzburzenie ukoiła dopiero kontemplacja malarstwa oraz rzeźb, dokładniej pewnego pomnika, o czym za chwilę.
Pomysł na tytuł wystawy „Krzycząc: Polska!” wzięty jest ze Słowackiego: „Szli krzycząc „Polska! Polska!” – wtem pewnego razu/ Krzycząc zapomnieli na ustach wyrazu./ Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna/ Szli dalej krzycząc: „Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!/ Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka/ spojrzał na te krzyczące i zapytał: Jaka?”.
Na wystawie wątpliwości Boga zostają rozwiane: jest to Polska wojenna, martyrologiczna i pomnikowa. Nie wkraczam tu w kompetencje kuratorów, wybór prac jest wybitnie trafiony i reprezentatywny, taką mamy perspektywę heroiczno-mistyczną. Nic nie pojmujemy z wielkości, koszmaru i znaczenia I wojny światowej, hołubimy zaś czyn Legionów Piłsudskiego, kropli w ocenie wojska, jaka przelała się przez fronty. Niby są tu grafiki pokazujące I wojnę światową jako coś, co dotyczy nie tylko Polaków, ale to margines. Jak wiadomo, wszystkie wojny w dziejach ludzkości dzielą się jedynie na te, w których Polacy z kimś bohatersko walczyli, oraz te, których nie było wcale.
Stałem przed „Nike Legionów” Jacka Malczewskiego, tą jej wersją uskrzydloną i agresywnie nagą, stojącą i wskazującą kierunek ataku. To obraz zniewalająco brzydki, jeden zaś element ma odstręczający – prawa ręka, którą Nike wskazuje cel ataku. Jest to bowiem ręka wyciągnięta wprost przed siebie, a zarazem deficyt geniuszu Malczewskiego spowodował, że wygląda jak krwawy kikut, ręka odcięta niemal przy ramieniu. Przypadkiem pokazał Malczewski istotę wielkich planów naszych i zamiarów. Cele, do których dążymy, zawsze amputowaną ręką są pokazywane i w zasadzie nie bardzo wiadomo, gdzie owe cele się znajdują.
Znielubiłem niebywale Malczewskiego, którego na tej wystawie małe zatrzęsienie, zdał mi się malarzem nieudacznym, a wszak to wielki konstruktor polskiego imaginarium. Ja sam w niewoli Malczewskiego latami się znajdowałem, teraz z Malczewskiego się wyzwalam ostatecznie, doznając przy tym euforii, ale i kaca moralnego: jakże ja się mogłem na to łapać, na tę taniochę, tę nachalność i nadęty symbolizm podwawelski! „Błędne koło”, „Melancholia” i wszystkie te alegorie śmierci przez lata, przez dekady mi w głowie siedziały i paranoiczny polski zachwyt nad własnym obłędem podgrzewały.
CDN...