diabollo
19.02.19, 07:28
Dawid Warszawski
Mętne słowa Netanjahu, a następnie jasna już i oburzająca wypowiedź ministra Katza spadły rządowi polskiemu jak koło ratunkowe. Godnościowe wzmożenie, jakim nacechowana była polska reakcja, trochę przykryło fiasko konferencji bliskowschodniej.
Obecny kryzys rozpoczął się od nowelizacji ustawy o IPN, która była potrójnym oszustwem. Rzekomo była reakcją na używanie w świecie zwrotu „polskie obozy koncentracyjne”, lecz w tekście w ogóle się do niego nie odnosiła. Narzucała wizję polskich postaw wobec Żydów podczas II wojny światowej sprzeczną z wiedzą historyczną i relacjami świadków. Oparta była na przekonaniu, że wiedzę historyczną mogą kształtować rządy i sądy. To się musiało skończyć fiaskiem, i tak też się skończyło.
Deklaracja premierów Morawieckiego i Netanjahu oraz usunięcie z nowelizacji artykułów karnych, prezentowane jako zakończenie kryzysu, niczego w istocie nie załatwiły.
Deklaracja sugerowała, że ratowanie Żydów było w okupowanej Polsce postawą dużo bardziej rozpowszechnioną niż ich mordowanie, podczas gdy było dokładnie odwrotnie. Przyjęcie tej deklaracji było pozornym sukcesem rządu polskiego, gdyż sankcjonowało jego podstawową tezę propagandową. Netanjahu się pod tym podpisał, by mieć szczyt Wyszehradu w Jerozolimie; z tego samego powodu nie reagował np. na chwalenie kolaborującego z III Rzeszą Horthyego przez rząd Orbana.
Ale deklaracja, nie zatwierdzona nawet przez rządy, a co dopiero parlamenty, miała jedynie charakter prywatnej deklaracji obu panów; szkodliwej, bo powielającej nieprawdę. Zniesienie artykułów karnych było zaś bez znaczenia, bo Warszawa nie chciała nikogo stawiać przed sądem; wystarczyło zastraszenie, które istotnie raczej się udało.
Przykryć fiasko konferencji w Warszawie
Warszawska konferencja bliskowschodnia nie była, jak się ją przedstawia, sukcesem Izraela i USA, lecz już raczej Iranu. Nie doszło do zmiany polityki unijnej wobec Teheranu ani do utworzenia arabsko-izraelskiego frontu antyirańskiego. Polska, formalnie współorganizująca konferencję, a w rzeczywistości jedynie ją obsługująca, pogorszyła sobie stosunki i z Brukselą, i z Teheranem, nic nie zyskując w zamian.
W tej sytuacji mętne słowa Netanjahu, a następnie jasna już i oburzająca wypowiedź ministra Katza spadły rządowi polskiemu jak koło ratunkowe. Godnościowe wzmożenie, jakim nacechowana była polska reakcja, trochę przykryło fiasko konferencji.
Podpis pod deklaracją dla Netanjahu stanowił jedynie cenę za szczyt V4; przez ponad pół roku udawało mu się ją pozornie respektować na polski użytek i lekceważyć na krajowy. Takie gry z reguły źle się kończą, i tak stało się tym razem: szczytu nie będzie. Na otarcie łez pozostaje mu to, że „ „postawił się Polakom” tak jak Morawieckiemu, że „postawił się Izraelczykom”. W obu krajach są w tym roku wybory, i tylko to się liczy.
Czeka nas manipulacja jako norma
W obu krajach rządzą populistyczni nacjonaliści, chętnie podbijający narodowy bębenek. Póki robią to na złość Brukseli – co było podstawą istniejącego do wczoraj polsko-węgiersko-izraelskiego sojuszu – to wszystko gra. Ale nacjonalizmy jeszcze gorzej współżyją ze sobą niż z Europą. Zarazem nie ma między nimi lojalności: pozostali przywódcy V4 i tak jadą do Jerozolimy, żeby zobaczyć, czy uda im się coś na kryzysie polsko-izraelskim zarobić – tyle tylko, że nie będzie się to nazywać „szczytem”.
Jeśli narodowi populiści będą zwyciężać w wyborach w Europie, taki model stosunków międzypaństwowych stanie się normą, podobnie jak normą będzie manipulowanie historią.
Już w ubiegłym wieku to przerabialiśmy. Nie skończyło się dobrze.
wyborcza.pl/7,75399,24469784,kryzys-polsko-izraelski-co-naprawde-sie-stalo.html#nowaZajawkaGlownaMT#S.DT-K.C-P.1-B.1-L.1.duzy