diabollo
07.03.19, 07:49
Mateusz Mazzini
Spór o liberalizm III RP. Nie zaganiajmy Polaków do wspólnej zagrody
Przestańmy snuć opowieści o stworzeniu jednej wspólnoty dla wszystkich Polaków. Państwo to nie pies pasterski, a obywatele to nie owce, które można zagnać do stada. Zamiast tego stwórzmy ramy, w których Polacy będą mogli w cywilizowany sposób współistnieć i rotować się u władzy.
Mateusz Mazzini – socjolog z Instytutu Socjologii i Filozofii Polskiej Akademii Nauk, gdzie prowadzi badania na temat polskiej pamięci zbiorowej po 1989 r. i rewizjonizmu. Absolwent St Antony’s College, University of Oxford. Współpracownik tygodnika „Przegląd”, „Tygodnika Powszechnego” i portalu Polityka.pl
W ostatnim czasie w mediach zaroiło się od ocen dorobku polskiej demokracji po 1989 r. Zewsząd słychać głosy o niedojrzałości naszej debaty publicznej i winie leżącej po obu stronach sporu. W modzie znów jest tyleż plastyczne, co nic nieznaczące określenie „wojna polsko-polska”. Przypomniał je choćby Robert Biedroń, dogmatycznie odżegnując się od uczestnictwa w bieżącym sporze politycznym, mówiąc, że konflikt PO z PiS „to nie jego wojna”.
Wszystko to na powrót otworzyło debatę, jak ma wyglądać polska wspólnota w demokracji. Uważam, że pytanie to jest źle zadane i przede wszystkim jest pytaniem z tezą. Zakłada ono bowiem z góry, że musimy być wszyscy w jednej wspólnocie i że w ogóle taką wspólnotę, jednakowo dobrą dla nas wszystkich, da się zbudować. Odpowiedź niekoniecznie musi być twierdząca, bo podziały po 1989 r. są często bardziej skomplikowane niż tylko wyświechtane dychotomie mówiące o „Polsce liberalnej i solidarnej”, „państwie świeckim i kościelnym” czy „jednostce i wspólnocie”.
Czy III RP czciła bożka wolności negatywnej?
Dlatego też nie zgadzam się z diagnozą Wawrzyńca Smoczyńskiego postawioną pod koniec stycznia w jego tekście postulującym stworzenie w Polsce demokratyczno-obywatelskiego komunitaryzmu. Smoczyński wychodzi z upraszczającego rzeczywistość i mylnego założenia, że Grzegorz Schetyna, występujący w tekście jako synonim nie tylko PO, ale też całego posttransformacyjnego liberalizmu (co samo w sobie jest sporym intelektualnym nadużyciem), przegrywa wybory, bo stawia w centrum jednostkę, podczas gdy Jarosław Kaczyński wygrywa dzięki budowaniu wspólnoty. Przyczyn upadku liberałów Smoczyński doszukuje się w „religijnym kulcie wolności” elit III RP i utracie u nich wrażliwości społecznej. Jego zdaniem elity te straciły legitymizację do rządzenia poprzez swoje przywiązanie do wolności negatywnej i brak narzucenia obywatelom zobowiązań wobec wspólnoty.
Zwłaszcza z tym ostatnim zarzutem trudno polemizować, bo autor nie precyzuje, na czym takie zobowiązania miałyby polegać. Czy chodzi o sferę symboliczną, ideową, ekonomiczną? Budżet obywatelski, mandaty za psie odchody czy wychowanie patriotyczne? Tego z tekstu Smoczyńskiego dowiedzieć się nie można, a szkoda. Pełno bowiem w nim śmiałych tez, które trudno przełożyć na realne procesy społeczno-polityczne w Polsce.
Wspólnota w Polsce istnieje i istniała
Nie mogę się zgodzić z założeniem, że III RP jest ustrojem, w którym do 2015 r. nie tworzono wspólnoty. Zacznijmy od samych początków: z socjologicznego punktu widzenia, czym była „gruba kreska” Tadeusza Mazowieckiego, jeśli nie próbą zbudowania nowej umowy społecznej między władzą i Polakami? Choć wiemy, że pierwotnie hasło to miało kontekst gospodarczy, to z czasem urosło do rangi symbolu początku czegoś, co Smoczyński nazwałby pewnie demokratycznym komunitaryzmem. Oczywiście udało się to w stopniu mocno ograniczonym, pokaźne segmenty społeczeństwa i klasy politycznej domagały się (i domagają się do dziś) bardziej bezpośrednio rozliczenia się, a nawet zupełnego wykluczenia ludzi związanych z aparatem PRL-u z życia publicznego. W poczucie wspólnego wysiłku cywilizacyjnego z impetem ciężarówki walnął też plan Balcerowicza, ale polska umowa społeczna przetrwała.
Dziwne, że o „wojnie polsko-polskiej” mówimy w kontekście lat najnowszych, kiedy nasza demokracja stała się dużo bardziej stabilna politycznie i gospodarczo, a nie wspominając lata 90., gdy pod wieloma względami byliśmy jeszcze Dzikim Zachodem i państwem półprawa.
Całościowe zarzucanie elitom III RP, że stawiały i dalej stawiają w centrum jednostkę, jest błędne i szkodliwe. Wspólnota w Polsce istniała. Gdybyśmy nie mieli wspólnoty, której korzenie sięgają lat 90. i poczatku XXI wieku, trudno byłoby wytłumaczyć uniwersalną proeuropejskość Polaków. Co więcej, gdyby jednostka była dla rządów przed 2015 r. aż tak ważna, bylibyśmy krajem z dużo chudszym porządkiem prawnym, mniejszą liczbą regulatorów, zakochanym w biznesie, może nawet zoligarchizowanym. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca, zaś oligarchizacja niebezpiecznie postępuje teraz, pod rządami PiS-u – a za to liberałów z III RP trudno winić.
Rozchwianie i niekonsekwencja problemem polskich liberałów
Problemem polskiego liberalizmu w jego późniejszej fazie nie był brak wspólnoty, tylko fakt, że wspólnota była płynna, co chwilę zmieniała wektor rozwoju. Platforma w kształtowaniu wspólnoty była zmienna, wręcz niekonsekwentna. Raz ogłaszała kurs na progres, by za chwilę przytulić się do Kościoła i zignorować kwestie aborcji, praw kobiet i mniejszości. Wyśmiewała koalicję PiS-u z post-PZPR-owskim Andrzejem Lepperem, by zaraz przyjmować we własne szeregi kolejne transfery z SLD.
Pod rządami PO polska wspólnota nie miała granic stałych, lecz jedynie tymczasowe, wyznaczane przez bieżącą koniunkturę polityczną. Najlepiej zresztą podsumowywał to sam Tusk, który niejednokrotnie publicznie stwierdzał, że on i jego ekipa są dla tych, którzy są tu i teraz, a nie dla tych, którzy będą.
To właśnie tą tymczasowością wspólnoty, a nie stawianiem jednostki w centrum PO przegrała z PiS-em.
CDN...