Wypijmy za 12 lat wzrostu!

16.03.19, 13:19
12 lat wzrostu. Paryż jest wart mszy, sukces jest wart uczczenia burbonem.
    • diabollo Polska specifika kulturowa mówi WHO: NIE! 18.03.19, 19:00
      Pijemy więcej niż w PRL. "Trzeba zamknąć 80 proc. sklepów z wódką i zakazać małpek. Inaczej popłyniemy"
      Grzegorz Sroczyński

      Biznes alkoholowy wydał mnóstwo pieniędzy, żebyśmy obecność flaszki wódki na każdej stacji benzynowej traktowali niemal jak element praw człowieka - z Krzysztofem Brzózką, prezesem Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych rozmawia Grzegorz Sroczyński.

      Grzegorz Sroczyński: Co się dzieje?
      Krzysztof Brzózka: Innym spada, nam rośnie. Francja wraca z dalekiej podróży, w 1980 roku mieli 19 litrów na głowę, teraz - poniżej 12 litrów, Włosi z 16 litrów zeszli do 7 litrów na głowę, Niemcom też spożycie spada, w niedzielę jak wszystko jest zamknięte, to wódki się nie kupi, nawet Rosja w ostatnich latach zanotowała spadek, bo Putin się przeraził, że mężczyźni żyją średnio 64 lata i wprowadził ograniczenia.
      Spożycie gigantycznie rosło na Litwie, ale wymordowali ten trend zakazując reklam i zamykając sklepy z alkoholem między 22 a 6 rano. Natomiast Polska z 8 litrów wskoczyła na 11. Pijemy już więcej niż piliśmy w peerelu.
      Dlaczego?
      Bo jesteśmy jedynym krajem w Europie, który - przy naszym sposobie picia - ma tak liberalne przepisy. Pokutuje u nas pogląd, że w walce z nadmiernym piciem najskuteczniejsza jest profilaktyka, a nie zakazy. Zakazy rzekomo nie działają.
      A działają?

      Oczywiście. Biznes alkoholowy produkuje nie tylko alkohol, ale też informacje. Fake newsy. Od lat lobbyści pakują nas w ślepą uliczkę: tylko profilaktyka działa, inwestujmy w edukację, róbmy pogadanki, lekcje w szkołach o złym wpływie alkoholu. I oni to chętnie sfinansują, bo tacy są odpowiedzialni.
      Oni?
      Firmy wódczane. Psycholog społeczny Thomas Babor zebrał dane z całego świata i udowodnił, że sama profilaktyka kompletnie nie działa. Może pan wydać na to dowolne kwoty, ale jeśli nie będzie to połączone z przykręceniem śruby biznesowi alkoholowemu, ograniczeniem reklam, ograniczeniem liczby punktów sprzedaży - są to pieniądze wyrzucone w błoto. Gdyby tak było, że sama wiedza wystarcza, to nie byłoby tylu uzależnionych lekarzy, farmaceutów, chemików. Największe korzyści z profilaktyki antyalkoholowej finansowanej przez przemysł alkoholowy ma ten przemysł.
      W Polsce alkohol jest wszędzie. Stacje benzynowe, budy 24 h, sklepy spożywcze, reklamy telewizyjne. Jeden punkt sprzedaży przypada na 275 mieszkańców. To oznacza, że w zasadzie każdy blok mieszkalny ma swoją budę z alkoholem albo knajpę.

      Pijemy ponad 11 litrów czystego alkoholu na głowę według miary WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), czyli w grupie powyżej 15 roku życia. Wkrótce osiągniemy poziom 12 litrów. Powyżej tej bariery rusza proces degradacji społecznej.

      Degradacji?
      WHO ustaliło taką granicę. Zbadali, że kiedy spożycie przekracza 12 litrów na dorosłego, wtedy przestaje rosnąć długość życia i jednocześnie rośnie liczba zwolnień lekarskich.
      W Polsce długość życia po 1989 roku rosła, teraz ten trend został zatrzymany. I wśród innych przyczyn - takich jak smog, stres, choroby onkologiczne - jest też alkohol. Po przekroczeniu granicy 12 litrów na głowę, długość życia zacznie nam spadać.
      Kiedy to się stanie?
      Mniej więcej za trzy lata.

      CDN...
      • diabollo Re: Polska specifika kulturowa mówi WHO: NIE! 18.03.19, 19:01
        Jestem szefem PARPA od 12 lat i w zasadzie co roku spożycie rośnie. 12 lat porażek.
        Pańskich?
        No oczywiście. Skoro nie jestem w stanie nikogo przekonać.
        Za sukces mogę uznać nasz system lecznictwa, który jest na światowym poziomie. Jak ktoś już wpadnie w alkoholizm, to ma się gdzie zgłosić, tam są fachowcy i mu pomogą. Wykształciliśmy trzy tysiące naprawdę dobrych psychoterapeutów. Tylko że system lecznictwa jest na końcu drogi, a wszystko co wcześniej działa fatalnie.
        W 2000 roku piliśmy 8 litrów czystego alkoholu na głowę dorosłego. Bardzo dobry poziom, gdyby udało się go utrzymać. Niestety po tym roku krzywa spożycia wystrzeliła.
        Co się wtedy stało?
        Obniżono akcyzę i weszły reklamy. "Mariola o kocim spojrzeniu". "Łódka Bols". Te pierwsze reklamy nie mówiły o alkoholu wprost, bo obowiązywała dość restrykcyjna ustawa. I biznes stanął na głowie, żeby ją rozmontować. W 2001 roku weszła fatalna nowelizacja, która powoduje, że dziś bijemy europejskie rekordy w liczbie spotów reklamowych alkoholu.
        Przecież reklamować wódki nie wolno.
        Ale piwo wolno! Ustawa z 2001 roku dopuściła reklamy piwa, bo panowało przekonanie, że jeśli Polacy zaczną pić więcej piwa, to będzie korzystne dla zdrowia publicznego. "Zamiast wódki, chętniej będziemy sięgać po piwo. Wzrośnie kultura picia". Takie były wtedy tytuły w gazetach. "Zmieńmy strukturę spożycia alkoholu, więcej piwa, mniej wódki". Tak to uzasadniano. Sam wtedy tak uważałem.
        I?
        To jest bzdura. Powstało masę badań, które pokazują, że piwo i wódka są napojami komplementarnymi. W Polsce takie badania robiła prof. Zofia Mielecka-Kubień z Akademii Ekonomicznej w Katowicach.
        Napoje komplementarne?
        Chodzi o to, że piwo ciągnie za sobą wódkę. Niech pan spojrzy na dane: gdy rośnie spożycie piwa, prawie jednocześnie rośnie krzywa spożycia wódki.
        Bo?
        Tak jak z narkotykami - od miękkich do twardych, mocniejszych. Dzisiejsi maturzyści to piwosze, ale za chwilę piwo przestaje wystarczać. Potrzebne są coraz większe dawki alkoholu.
        Biznes wódczany jest szczęśliwy, gdy piwo się reklamuje, bo wiedzą, że im też będzie sprzedaż rosła. Byliby wściekli, gdyby w ogóle zakazano reklamy napojów alkoholowych. Ale dzięki śpiewce o "kulturze picia", przekonywaniu w mediach, że jak zwiększymy spożycie piwa, to Polacy przestaną się upijać, udało się reklamy alkoholu dopuścić.

        Reklamy piwa powodują wzrost spożycia?
        Też. Ale biznesowi nie tylko o to chodzi. Dzięki zalewowi reklam jesteśmy narodem najbardziej zsocjalizowanym z alkoholem. Traktujemy alkohol jak normalny produkt spożywczy. Podobnie działa na nas obecność wódki w każdym spożywczaku i na każdej stacji benzynowej. Kupę kasy idzie na wyraźną ekspozycję. Chodzi nie tylko o to, żeby się alkohol sprzedał, ale też o ważny efekt wizerunkowy: alkohol ma być czymś zwyczajnym.
        I jakie to ma skutki?
        Światopoglądowe. To wpływa na przekonania, które wyznajemy jako społeczeństwo. Przyzwyczajeni do obecności alkoholu na każdym kroku, wszelkie próby ograniczenia sprzedaży traktujemy jak dziwaczne pomysły. Każda zmiana przepisów w Polsce, nawet delikatna próba ograniczenia sprzedaży alkoholu, wywołuje jazgot mediów i obywateli. "To napaść na wolność, to powrót peerelu".
        Biznes alkoholowy wydał mnóstwo pieniędzy, żebyśmy obecność flaszki wódki na każdej stacji benzynowej traktowali niemal jak element praw człowieka. Polacy na puncie dostępności wódki maja podobnego fioła jak Amerykanie na punkcie dostępności broni.
        Alkohol na stacjach benzynowych to kolejny ponury skandal. Odwiedzają mnie cudzoziemcy i łapią się za głowę. "Krzysztof, jak to możliwe, że wy na to pozwalacie!?". Oczywiście nie ma dowodów, że wypadki powodują kierowcy, którzy kupili wódkę na stacji. Nie sądzę, żeby tak było. Cała diabelska szkodliwość tej sytuacji polega na czymś innym. Stacje paliw są tak naprawdę melinami z alkoholem, świetnie skomunikowanymi i czynnymi całą dobę. Dla wszystkich ze skłonnością do picia ma to efekt psychologiczny.
        Jaki?
        Jeśli kierowca zatrzymuje się pod zwykłym sklepem z alkoholem, to wiadomo, po co to robi. Musi podjąć jasną decyzję: "Chcę kupić wódkę". A jak się zatrzymuje na stacji paliw, to jest to mniej ostentacyjne. Kupuje paliwo, a przy okazji: "Poproszę jeszcze małpkę cytrynówki albo wiśniówki".
        Proszę zwrócić uwagę, że kolorowe małe buteleczki na wielu stacjach stoją na wysokości wzroku. To nie jest przypadkowe, biznes wódczany wydaje ciężkie miliony na zbadanie, jak działa umysł człowieka ze skłonnością do picia.
        Kobieta płaci za paliwo, przy okazji weźmie taką małpkę do torebki. "Ja przecież nie piję wódki, tylko kolorową nalewkę" - tłumaczy potem sama sobie. Bo nie zatrzymała się przecież pod sklepem z alkoholem, tylko po benzynę, a ta małpka to nic wielkiego. Szatański pomysł.

        CDN...
        • diabollo Re: Polska specifika kulturowa mówi WHO: NIE! 18.03.19, 19:03
          Małpki?
          No oczywiście. Niech pan spojrzy rano na trawnik pod blokiem. Buteleczki leżą wszędzie. W Polsce sprzedaje się półtora miliarda rocznie. Ich perfidia polega na tym, że są poręczne.
          Pojawiły się 10 lat temu - jeden z Polmosów wpadł na pomysł, żeby wrócić do opakowań 100 ml i wystawić je z ceną 5 zł. Zawojowali rynek. Przemysł alkoholowy postawił wtedy na strategię wciągania w picie kobiet, ale ze wszystkich badań im wychodziło, że kobiece picie wódki jest u nas czymś kulturowo nietolerowanym. I jeśli już - kobiety chcą to robić dyskretnie. Więc wymyślili opakowanie, które dobrze leży w dłoni i mieści się do torebki. A jak ruszyli ze sprzedażą okazało się, że na małpki łapią się wszyscy: kobiety, mężczyźni, dzieci.
          Są dwa piki sprzedażowe małpek: 6.30 do 8 rano, a potem po 17-tej. Czyli przed pracą i po pracy. Mężczyzna dzięki małpce może sobie dziabnąć przed robotą, kiedyś kupował piwo, ale małpka łatwiej wejdzie za pazuchę. Niech pan zwróci uwagę, że ludzie w pociągach już nie piją piwa, tylko dyskretnie pociągają z małpek. To po prostu ułatwia picie.
          Zakazać?
          Tak. Jak najszybciej. W resorcie zdrowia leży projekt zakazu sprzedaży wódki w opakowaniach 100 ml. Ministrowie Radziwiłł i Pinkas - obaj nastawieni antyalkoholowo - byli za.
          I co?
          I nic. Leży.
          Wprowadzenie zakazu sprzedaży wódki w opakowaniach mniejszych niż pół litra to jest normalna polityka antyalkoholowa. Niespecjalnie kontrowersyjna. Ale nie u nas. U nas jest to zamach na wolności obywatelskie. Każda zmiana w ustawie o wychowaniu w trzeźwości jest zmianą piekielnie trudną. Łatwo coś zderegulować. "Usuwamy zbędne przepisy, nie krępujmy biznesu, przemysł alkoholowy kupuje przecież ziemniaki od polskiego rolnika" itd. Ale coś ograniczyć - wrzask.
          "Chcą prohibicję wprowadzić!". "Odczepcie się od wolnego handlu!". W obronie małpek pojawia się zaraz potok demagogii inspirowanej przez przemysł wódczany. "Rząd chce, żeby ludzie kupowali od razu pół litra i się upijali". I tak można w nieskończoność.
          A jak jest?
          Badania pokazują, że im mniejsze opakowania wódki są sprzedawane, tym bardziej się ludzie upijają. Półlitrówki kobieta w torebce nie ukryje, a facet nie będzie mógł dyskretnie wypić w pociągu. Oczywiście jeśli jest alkoholikiem, to przeleje do piersiówki. Zgoda. Ale jest to jednak utrudnienie. Łatwiej po drodze do pracy zajść do sklepu, kupić małpkę i dyskretnie sobie dziabnąć.
          Duży skok spożycia alkoholu wśród kobiet zanotowaliśmy, kiedy weszły reklamy piwa smakowego. To jest wyjątkowo groźne, bo tu nie ma równości płci. Różnimy się ze względu na hormony, zawartość wody w organizmie, różnimy się też emocjonalnie. Kobiety dużo trudniej z wychodzą z picia. W 2006 roku uruchomiliśmy dużą kampanię skierowaną do ciężarnych, bo w Polsce nie było oczywiste, że w ciąży się nie pije.
          Nie?
          Przecież pojawiały się reklamy przekonujące, że piwo wzmaga laktację. Piwo wciskano kobietom w ciąży.
          Bezalkoholowe.
          Skąd! Alkoholowe - 0,5 proc. Bandytyzm, ale tak było. To piwo zrobiło sporą karierę, niech pan wejdzie na fora dla ciężarnych. "Wypiłam sześć i miałam więcej mleka". A inne piwa smakowe? Prawie jak soczek. Że dziecko potem będzie miało syndrom FAS, to się już o tym nie wspomina.

          No dobrze. I co z tym wszystkim robić?
          Od zawsze próbuję przepchnąć przez Sejm trzy rzeczy: całkowity zakaz reklam alkoholu, ograniczenie sprzedaży w całej Polsce w godz. 22-6 i wprowadzenie ceny minimalnej na alkohol. Z tego pakietu niczego nie udało się załatwić. Za rządów PO Rostowski mi mówił wprost: "Nie, nie, nie, jesteśmy liberałami, a cena minimalna to jest zawracanie głowy". Arłukowicz to samo: "Butelka wódki za 32 złotych? Niech się pan uspokoi i nie wprowadza w Polsce prohibicji".
          Dlaczego 32 zł?
          Alkohol jest w Polsce za tani. I wciąż tanieje. Jeśli porównać rok 2001 i 2016, to możemy kupić dwa razy więcej wódki, bo zwiększyły się płace. Tymczasem alkohol powinien drożeć razem ze wzrostem siły nabywczej obywateli. Na świecie są takie mechanizmy, można regulować cenę kroczącym podatkiem akcyzowym, który wzrasta automatycznie za każdym razem, gdy średnia płaca wzrośnie na przykład o 10 proc.
          Są dwa segmenty rynku bardzo wrażliwe na cenę: młodzież i chronicy.
          Chronicy i tak kupią.
          Oczywiście. Ale jeśli wyżebrze 5 zł, to dzisiaj może za to kupić trzy puszki piwa. A gdyby obowiązywała w Polsce minimalna cena na alkohol, to by kupił jedną. To samo młody człowiek - stałby z jednym piwem i powoli je pił, a nie walił trzy tanie browary.
          Policzyliśmy w PARPA, że tzw. standardowa porcja alkoholu - czyli 10 ml czystego spirytusu - powinna kosztować 1,6 zł. I ta cena miałaby obowiązywać wszystkie napoje alkoholowe. Również piwo. Pięcioprocentowe piwo zawiera około 2,5 standardowych porcji, czyli powinno kosztować 4 zł. Jeśli byłoby tańsze, to musiałoby też być słabsze. Z kolei półlitrówka wódki - która dziś potrafi kosztować 17 zł - powinna kosztować minimum 32 zł.
          Prowadziliśmy kampanię na rzecz minimalnej ceny, wynikła z tego głównie awantura, że PARPA chce "wprowadzić prohibicję", ale uważam, że i tak warto było zrobić trochę szumu. Minimalną cenę wprowadzili Szkoci, bo chlali whisky całymi litrami. I pomogło. Tyle że zanim to rozwiązanie weszło tam w życie, musieli stoczyć kilkuletnią batalię z biznesem wódczanym, który się w kółko odwoływał i przekonywał sądy, że niebywała krzywda mu się dzieje. Minimalną cenę wprowadzają też Irlandczycy, przymierzają się Anglicy.
          A u nas?
          Za PO ten pomysł był bez szans. "To jest sprzeczne z wolnością gospodarczą takie ustalanie cen". Otwarcie mi mówili: jesteśmy liberałami, niech się PARPA odwali od cen i niech nie przesadza. „Nie przesadzaj, Krzysiu”.
          Jak się zmienił ustrój i nastał PiS, to myślałem, że z nimi będzie łatwiej. Gdzie tam! Opowiadają, że są prospołeczni, że chcą ograniczyć spożycie alkoholu, ale jak przychodzi do głosowań, to wszystko zostaje po staremu.
          Bo?
          Nie wiem.
          Kilka ostatnich lat to inwazja bud alkoholowych 24 h. Są już wszędzie. "Świat alkoholi", "Kącik konesera", "Alkohole 24h" i inne takie. Jak obok pańskiego bloku jest jakiś wolnostojący pawilon, w którym teraz jest warzywniak czy fryzjer, to prędzej czy później może się pan spodziewać, że zamieni się w sklep alkoholowy 24 h. Wynika to z dość oczywistego faktu, że nasza ustawa o wychowaniu w trzeźwości ma gigantyczny błąd.
          Samorządy absolutnie nie powinny dostać wolnej ręki w ustalaniu liczby zezwoleń na sprzedaż alkoholu. Rady gmin ustalają ich liczbę na takim poziomie, że w zasadzie punktów sprzedaży mogłoby być dwa razy więcej niż jest. A przecież i tak bijemy europejski rekord w liczbie sklepów z wódką.

          CDN...
          • diabollo Re: Polska specifika kulturowa mówi WHO: NIE! 18.03.19, 19:04
            Kiedy nadeszła inwazja bud 24h i pojawiły się pierwsze konflikty społeczne z tym związane, bo mieszkańcy pisali petycje, że spać po nocach nie mogą, zrobiłem kwerendę, pojechałem do prezydentów dużych miast: Majchrowskiego, Dutkiewicza, Grobelnego i Adamowicza. "Słuchajcie, macie problem z budami?". "Tak. Na maksa rozrabiają, coś trzeba zrobić". "Ja się nie przebiję, niech to będzie wasza inicjatywa". Mocno nas wspomagał prawnik z Unii Metropolii Polskich. Pomysł był dość prosty - odgórny zakaz handlu alkoholem w godzinach 22-6 w całym kraju.
            I co?
            W międzyczasie nastał PiS. Znałem pisowskiego posła Sękowskiego vel Sęka, w Poznaniu był kiedyś szefem komisji rozwiązywania problemów alkoholowych. Zaczęliśmy razem działać. Związek Miast Polskich też nas wspierał. Ustawa z ograniczeniami godzin sprzedaży poszła do Sejmu i - nawet nie wiadomo kto, kiedy i jak - została zmasakrowana w komisjach.
            W ostatecznym kształcie ustawy decyzję o ograniczeniu godzin sprzedaży pozostawiono samorządom. Wyszedł z tego mokry kapiszon. Ostatnio sprawdzałem, jak ta ustawa działa. Wie pan, ile samorządów wprowadziło ograniczenia w godzinach sprzedaży? Na 600 gmin tylko 42. Tyle co nic.
            Zamykanie sklepów na noc coś by dało?
            Tak. Bo na trzeźwo podejmuje się inne decyzje dotyczące ilości wypijanego alkoholu, niż wtedy, kiedy jest się już na rauszu.
            Czyli?
            Powiedzmy, że umówił się pan z trzema kolegami na wódkę i to pan ma przynieść alkohol. Na trzeźwo idzie pan do sklepu i kupuje dwie półlitrówki. Tyle planujecie wypić we czterech. A potem pijecie więcej, bo o północy któryś z was rusza po kolejne dwie flaszki do sklepu 24h.
            Jeśli sklepy z alkoholem będą zamknięte po godz. 22, to po prostu wcześniej kupię te cztery flaszki.
            Nie kupi pan, bo na trzeźwo to panu nie przyjdzie do głowy. Właśnie tak to działa. I temu służy ograniczenie godzin 22-6.
            Teraz grupa studentów idzie do sklepu, kupuje wódkę, wypija za rogiem, a potem idzie się bawić do klubu, bo tam alkohol jest droższy, więc w klubie piją tylko po jednym drinku. Następnie o pierwszej w nocy - niedopici - idą sto metrów do budy 24 h i rozpijają dwie flaszki. Chodzi o to, żeby tę drugą i kolejne flaszki trudniej było kupić. Żeby sklep nie był czynny po 22 albo żeby nie był tak blisko.
            Sklepów z alkoholem jest w Polsce za dużo?
            Zdecydowanie. Powinno zniknąć 80 proc. punktów sprzedaży. To wynika z zaleceń WHO. Jeśli wziąć międzynarodowe standardy zdrowia publicznego, to w Polsce powinien zostać co piąty punkt sprzedaży alkoholu. Nadmiar punktów sprzedaży ułatwia picie. Jeśli - rozochocony pierwszą flaszką - chce pan pić dalej, to wystarczy przejść dwieście, trzysta metrów do spożywczaka. Tyle co nic. Gdyby zabrać 80 proc. pozwoleń, musiałby pan po kolejną butelkę wódki przejść dwa kilometry. Może by pan zrezygnował i poszedł się wyspać.
            To nie jest normalna sytuacja, że w samej Bydgoszczy jest więcej punktów sprzedaży niż w całej Norwegii.
            Inwazja bud 24 h powoduje oczywiście konflikty społeczne. I w tym jest jakaś szansa, że zwykli mieszkańcy w końcu powiedzą "dość" i zaczną naciskać na polityków, żeby zmienili prawo. Bo takiej budy nie sposób się pozbyć w obecnym stanie prawnym.

            Dlaczego?
            W Polsce wydano mniej więcej 250 tysięcy zezwoleń na sprzedaż alkoholu, a cofnięto - ze względu na burdy, sprzedaż nieletnim - może dwieście zezwoleń. Promil. Jeśli nawet samorząd próbuje zezwolenie zabrać, to właściciel sklepu idzie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które mu najczęściej zezwolenie przywraca. Bo w decyzji samorządu brakuje przecinka, a w ogóle to mamy wolność gospodarczą i to jest wartość najwyższa.
            Idzie petycja do gminy, podpisało ją 200 osób z całego osiedla. "Codziennie w nocy pod sklepem są burdy" - skarżą się. A gminna komisja antyalkoholowa odpisuje, że nic nie może z tym zrobić. Bo trzeba udowodnić, że osoby, które wszczęły burdę pod sklepem kupiły alkohol konkretnie w tym sklepie. Tymczasem właściciel za każdym razem tłumaczy policji, że to nie byli jego klienci, tylko przynieśli wódkę z innej dzielnicy i jedynie wypili pod jego sklepem.
            No ale przecież to bzdura.
            A niech pan to udowodni! W dodatku jeśli właściciel sklepu sam co jakiś czas zadzwoni na policję, że przed sklepem się biją czy hałasują, to wzorowo wywiązuje się z obowiązku, jakie nakłada na niego prawo, dba o spokój i nic mu nie można zrobić.
            Dlaczego gminy tak chętnie dają zezwolenia na sprzedaż alkoholu? Bo mają z tego pieniądze?
            Mają. Tyle że na chwilę. "Mamy wyższe dochody własne!". A później to wszystko trzeba wydać na opiekę społeczną. W budżecie Warszawy 30 mln pochodzi z zezwoleń na sprzedaż alkoholu, niby dużo, ale jakby policzyć wszystkie wydatki, to są dużo wyższe np. pod każdą taką budę 24h trzeba wysyłać dodatkowe patrole policji.
            Ekonomiści mówią, że alkohol przynosi wpływy do budżetu państwa. Owszem, z podatku akcyzowego pojawia się 12-14 mld zł rocznie. Tyle że te wpływy zmieniają się w nicość. NFZ na leczenie osób nadużywających alkoholu wydaje około 10 proc. swojego budżetu. Czyli jakieś 8 mld zł rocznie.
            Do tego trzeba dołożyć straty wynikające z przedwczesnych śmierci - rocznie z powodu chorób spowodowanych alkoholem umiera małe miasteczko, 10 tysięcy osób, w dodatku jestem pewny, że te dane są mocno zaniżone.
            Strach przed wzięciem się za problem rozpasania alkoholowego jest u nas apolityczny. W każdej partii są posłowie skłonni bronić lobby alkoholowego i rozwodnić każdą regulację. W Polsce 17 proc. obywateli wypija 70 proc. alkoholu. I czasem mam wrażenie, że ta pijąca mniejszość kręci całą resztą.

            wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24551778,pijemy-wiecej-niz-w-prl-trzeba-zamknac-80-proc-sklepow-z.html
    • oby.watel Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 10:28
      Uroczo brzmią zapewnienia szefa Państwowej Agencji Rozwiązywania (sic!) Problemów Alkoholowych inżyniera lotnictwa Krzysztofa Brzózki, że spożycie alkoholu rośnie. Bo rośnie nie tylko spożycie alkoholu, ale rosną także wydatki na Państwową Agencją Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. W 2017 było to bez mała 7 milionów złotych.

      Czy to nie dziwne, że pisowski nominat nie jest w stanie dogadać się z Dudą i PiS-em i przy okazji ograniczania handlu w niedziele ograniczyć handel alkoholem?

      https://r-scale-80.dcs.redcdn.pl/scale/o2/tvn/web-content/m/p1/i/ff7d0f525b3be596a51fb919492c099c/2295e3c0-8180-4bd8-bb66-4e7f5d19c519.jpg?type=1&srcmode=4&srcx=0/1&srcy=0/1&srcw=640&srch=2000&dstw=640&dsth=2000&quality=80

      Skąd te alarmujące dane, skoro na stronie PARPA widnieją zupełnie inne liczby? Na głowę wypada nam przy wieku w przedziale wieku 15 lat plus wypada nam ponad 11 litrów czystego alkoholu. To są ogromne ilościpodkreśla Krzysztof Brzózka cytowany przez TVN. Jego zdaniem powodem tego stanu rzeczy jest niska cena. Zachęceni nią Polacy zamiast kupić sobie mleko i bułkę z kiełbasą kupują alkohol. Niestety, od inżyniera lotnictwa nie dowiemy się dlaczego Polacy tak często i chętnie sięgają po alkohol. Kogo to zresztą obchodzi, skoro wiadomo, że jak się zakaże, zamknie i ograniczy, to problem rozwiąże się sam. Co oczywiście nie oznacza, że podniesienie cen jest złym pomysłem, w sytuacji gdy sprzedaż alkoholu nieletnim jest praktycznie bezkarna.

      Co trzeba zrobić? To proste. Należy zlikwidować 80% punktów sprzedaży alkoholu i podnieść ceny. Gdy to nie pomoże, to Następnym krokiem powinna być walka z melinami i producentami bimbru. Potem trzeba będzie podnieść ceny cukru. A gdy ceny alkoholu przekroczą ceny dopalaczy... to to już nie będzie zmartwieniem Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.
      • diabollo Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 14:02
        Nie wdając się w szczegóły, moim zdaniem pan Brzózka od rozwiązywania problemów alkoholowych ogólnie ma bardzo dużo racji.

        Żeby uciąć absurdy nikt nie proponuje wprowadzenia prohibicji.

        Niemniej WHO + doświadczenia (sukcesy!) z ograniczaniem konsumpcji/palenia tytoniu zdają się jasno potwierdzać zalecenia prezesa Brzózki.

        W kwestii podejścia do alkoholu (i to nie tylko w Polsce) jesteśmy na etapie podejścia do papierosów i koncernów tytoniowych 30 lat temu.

        Bez ograniczeń demontażu kłamstw/reklamy przemysłu alkoholowego, bez zastosowania podaży fake-newsów, następnie bez ograniczenia dostępu, zmniejszenia punktów sprzedaży, etc, etc, (środki są znane i przedstawione), bez złapania za ryja i za zyski przemysłu alkoholowego (jak to zrobiono z tytoniem) nie da się ograniczyć konsumpcji alkoholu co z kolei leży w zdrowotnym, żywotnym i ekonomicznym interesie społecznym.

        To zabawne, że polskie społeczeństwo ma taki beztroski stosunek do jednego z najtwardszych narkotyków: alkoholu, a za niewinną marihuanę wsadza do więzień.

        Kłaniam się nisko
        • diabollo Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 14:10
          Oczywiście chodziło o ZASTOPOWANIE fake-newsów rozsiewanych przez przemysł alkoholowy, np że czerwone wino jest zdrowe na serce i tym podobnych pierdoletów.

          Kłaniam się nisko.
        • oby.watel Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 14:34
          diabollo napisał:

          > Bez ograniczeń demontażu kłamstw/reklamy przemysłu alkoholowego, bez zastosowan
          > ia podaży fake-newsów, następnie bez ograniczenia dostępu, zmniejszenia punktów
          > sprzedaży, etc, etc, (środki są znane i przedstawione), bez złapania za ryja i
          > za zyski przemysłu alkoholowego (jak to zrobiono z tytoniem) nie da się ograni
          > czyć konsumpcji alkoholu co z kolei leży w zdrowotnym, żywotnym i ekonomicznym
          > interesie społecznym.

          Tak, łapanie za ryja zawsze zdawało egzamin. A jak nie zdawało, to znaczy, że za słabo złapano. Pytanie brzmi ile milionów potrzeba, żeby demaskować kłamstwa przemysłu alkoholowego i fake-newsów? W 2017 wydano 3 miliony, a drugie trzy poszło na funkcjonowanie wydających. To ile Twoim zdanie potrzeba? trzydzieści?

          Tytoń złapano za ryja, jak powiadasz i... od dwóch lat rośnie liczba wypalanych papierosów. Z tym, że skręcić sobie papierosa nie jest tak łatwo, zaś wyprodukować alkohol jest banalnie prosto. Doskonałe, mocne wino można nawet zrobić z ryżu. Bardzo dobrym pomysłem jest likwidacja małpek. To logiczne. Po co ktoś ma sobie kopić i wypić dwie setki, skoro może sobie kupić i wypić od razu pięć? Z kolei ograniczenie liczby punktów sprzedaży alkoholu sprawi, że spadnie liczba sprzedawanego alkoholu, ale nie spadnie liczba alkoholików. Bo ktoś, kto nie pije lub pije sporadycznie i tak nie kupi, a ten kto pije i tak kupi. Oczywiście nie oznacza to, że nie należy nic robić, ale jeśli chodzi o alkohol, bardzo łatwy do otrzymania w warunkach domowych, należy bardzo uważać, bo można osiągnąć tylko tyle, że wzrośnie liczba zatruć i zgonów. Dlatego tym problemem powinni się zajmować fachowcy, a nie inżynier lotnictwa.
          • diabollo Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 16:05
            Pamiętam jakie były płacze kiedy zaczynała się kampania antynikotynowa. Te zakazy palenia prawie wszędzie w przestrzeni publicznej, jakie to było "ograniczanie wolności" husarzy znad Vistuli. No i te "głupie" napisy na 1/3 pączki fajek, że polenie powoduje raka. Jakiż to był dyktat zachodniego nowinkarstwa i WHO!

            Ale liczba palących spadła dramatycznie.

            Wyobrażacie sobie napis na 1/3 etykiety piwa/wódki/whisky "Alkohol powoduje raka"?
            A wszystko za pieniądze producentów.

            No właśnie tego nawet sobie mało kto potrafi / może wyobrazić.
            No, ale dzisiaj nikt nie "pali na zdrowie" i może po kilku latach analogicznej kampanii antyalkoholowej nikt już więcej nie uważał, że "pije na zdrowie".

            Kłaniam się nisko.
            • oby.watel Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 19:36
              diabollo napisał:

              > Pamiętam jakie były płacze kiedy zaczynała się kampania antynikotynowa. Te zaka
              > zy palenia prawie wszędzie w przestrzeni publicznej, jakie to było "ograniczani
              > e wolności" husarzy znad Vistuli. No i te "głupie" napisy na 1/3 pączki fajek,
              > że polenie powoduje raka. Jakiż to był dyktat zachodniego nowinkarstwa i WHO!

              Naprawdę masz kłopot z odróżnieniem zakazu palenia, spożywania od zakazu sprzedaży? Od 2011 roku (wcześniejszych sprawozdań nie ma)"rozwiązywanie problemów alkoholowych" kosztowało bez mała 40 milionów. Prezes walczy dzielnie już 12 lat. Ile według Ciebie potrzeba czasu i pieniędzy żeby wymusić napisy na butelkach, ostrzeżenia?

              > Ale liczba palących spadła dramatycznie.

              Spadła i zaczyna rosnąć.

              > Wyobrażacie sobie napis na 1/3 etykiety piwa/wódki/whisky "Alkohol powoduje
              > raka"?
              > A wszystko za pieniądze producentów.

              Wyobrażamy sobie. Może podpowiesz prezesowi, co? Przez 12 lat i miliony złotych nie wymyślił tego rozwiązania. W ogóle niczego nie wymyślił. Ciekaw jestem dlaczego dyletanta bronisz. Potrafisz to uzasadnić?

              > No właśnie tego nawet sobie mało kto potrafi / może wyobrazić.
              > No, ale dzisiaj nikt nie "pali na zdrowie" i może po kilku latach analogicznej
              > kampanii antyalkoholowej nikt już więcej nie uważał, że "pije na zdrowie".

              No właśnie. Dlaczego mimo, że nie jest kompletny zakaz handlu i nie ma punktów sprzedaży dopalaczy i narkotyków spożycie ich nie spada? Kiedy do chłopków roztropków o bardzo małym rozumku dotrze, że głupkowate, nieprzemyślane zakazy nigdy żadnego problemu nie rozwiązały? Że żeby wyleczyć chorobę najpierw należy ją zdiagnozować, a nie walić od razu chemioterapię?
              • diabollo Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 19:59
                Nie rozumiesz, że nie chodzi o żaden zakaz sprzedaży alkoholu? Nikt tego nie postuluje.
                Tak jak nie ma zakazu sprzedaży papierosów. Jednak u nas i całym zachodnim świecie wprowadzono wiele reguł i mocnych ograniczeń i jednak coś z paleniem w ostatnich 15 latach chyba się zmieniło?

                Kłaniam się nisko.
                • oby.watel Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 19.03.19, 22:12
                  diabollo napisał:

                  > Nie rozumiesz, że nie chodzi o żaden zakaz sprzedaży alkoholu? Nikt tego nie po
                  > stuluje.

                  Rozumiem, dlatego pisałem o ograniczeniach w handlu a nie o zakazie. Zakazem nawiązałem do Twojego zakazu palenia.

                  > Tak jak nie ma zakazu sprzedaży papierosów. Jednak u nas i całym zachodnim świe
                  > cie wprowadzono wiele reguł i mocnych ograniczeń i jednak coś z paleniem w osta
                  > tnich 15 latach chyba się zmieniło?

                  Nie rozumiesz, że nałóg palenia jest nieporównywalny z uzależnieniem od alkoholu?
                  • diabollo Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 20.03.19, 22:26
                    "Nie rozumiesz, że nałóg palenia jest nieporównywalny z uzależnieniem od alkoholu?"

                    A czy mógłbyś, czcigodny Oby.watelu, trochę rozwinąć tę myśl?

                    Kłaniam się nisko.
                    • oby.watel Re: Wypijmy za 12 lat wzrostu! 21.03.19, 09:08
                      Pierwsza i zasadnicza różnica miedzy uzależnieniem od tytoniu a uzależnieniem od alkoholu polega na tym, że palenie nie zmienia stanu świadomości, nie pozbawia kontroli, nie wzmaga agresji, a wręcz przeciwnie, uspokaja. Druga różnica polega na nastawieniu społecznym, na co sam zwróciłeś uwagę. Szwagier nie powie "Ze mną se nie zapalisz? Jeden ci nie zaszkodzi!", ale do picia namawia praktycznie każdy. Po trzecie każdy pozna, że ktoś palił, bo śmierdzi w całym pomieszczeniu. Że ktoś wypił okazuje się dopiero jak zaczyna się zataczać. Po czwarte trudniej wrócić do palenia niż do picia, ponieważ po paru latach organizm praktycznie całkowicie się oczyszcza i trzeba od początku uczyć się palić. Picia nie trzeba się uczyć — alkoholikiem jest się na całe życie.
Pełna wersja