diabollo
17.03.19, 08:35
Christian Davies: Cudzoziemiec może łatwo zaskarbić sobie szczere uznanie Polaków, mówiąc im to, co chcieliby usłyszeć
Christian Davies
Pragnienie cudzego uznania bywa niebezpieczne. Ludzie uzależniają się od pochlebstw, a pochlebstwo to rodzaj oszustwa. Świadczy też o gotowości do rezygnacji z godności w nadziei na cudze, choćby nieszczere pochwały
Christian Davies – ur. w 1986 r. w Kalifornii, ma polskie i brytyjskie obywatelstwo. Pisze o historii, polityce i stosunkach międzynarodowych. Jest korespondentem prasy zagranicznej w Polsce, swoje teksty publikuje m.in. w „Guardianie” i „Observerze”. Mieszka w Warszawie
Polscy komuniści mieli w zwyczaju zabawnie recenzować książki mojego ojca. Pracę o dynastii Piastów nazywali mistrzowską, a analizy Rzeczypospolitej w XIX wieku były pierwsza klasa. Kiedy jednak zajmował się XX wiekiem, ponoć nagle opuszczał go talent. Krytyka PRL-u świadczyła o niezrozumieniu polskich realiów. Okazuje się, że Norman Davies znacznie lepiej rozumiał wiek XIII niż własne stulecie.
Recenzje utrzymane były w tonie ubolewania, a nawet smutku – szkoda, że tak utalentowany historyk mógł tak pobłądzić.
Co jeszcze zabawniejsze, od 2015 r. tego samego rodzaju artykuły pojawiają się w prawicowej, propisowskiej prasie. Norman Davies krytykujący PRL – piszą – miał niewątpliwą rację, ale potem jakoś zagubił talent. Nagle jego książki straciły na wartości. I konkludują z fałszywym smutkiem: on, kiedyś „wielki przyjaciel Polski”, nie zasługuje już na to zaszczytne miano.
To ilustracja złotej zasady w wersji obowiązującej piszących o Polsce cudzoziemców. Jeśli Polacy zgodzą się z tobą, będą cię chwalić jako największy autorytet w sprawach ich kraju, jaki wydała ludzkość. Jeżeli jednak uznają, że się mylisz, okażesz się aroganckim kolonialistą, który nie ma pojęcia, o czym mówi.
Ze zrozumiałych powodów Polacy są bardzo czuli na punkcie tego, co mówi o nich świat. Jak w Izraelu panuje w Polsce głęboko zakorzenione przekonanie, że interes narodu – ba, samo jego przetrwanie – zależy od jego reputacji w świecie i gotowości sojuszników do występowania w jego obronie. Przez wieki Polacy musieli prosić obcych o wspieranie Sprawy Polskiej, by ustanowić, obronić lub wyzwolić państwo polskie.
Cudzoziemiec może więc łatwo zaskarbić sobie szczere uznanie, mówiąc im to, co chcieliby usłyszeć: że Polska była ciągle poniewierana, że Polacy są niesłychanie dzielni i szlachetni i że od Polski zależy przyszłość Europy i zachodniej cywilizacji.
Pragnienie cudzego uznania bywa jednak niebezpieczne. Ludzie uzależniają się od pochlebstw, a pochlebstwo to rodzaj oszustwa. Świadczy też o braku poczucia własnej wartości, o gotowości do rezygnacji z godności w nadziei na cudze, choćby nieszczere pochwały.
Widziałem to w 2017 r., gdy relacjonowałem dla „Guardiana” warszawskie przemówienie Trumpa. Było okropne. Trump sięgał cynicznie po pochlebstwa i manipulację, dotykając zbiorowych stref erogennych narodu: cierpiętnictwa, ofiary, odwagi i pobożności. Od człowieka, który uniknął poboru do wojska, powołując się na wątpliwy problem ze stopą, usłyszeli Polacy, że „za każdą piędź ziemi, za ostatni okruch cywilizacji, warto oddać życie”.
Gorsze od słów Trumpa były jednak entuzjastyczne reakcje jego polskich słuchaczy, którzy pozwolili mu się tarzać i łechtać się po brzuszku niczym domowy futrzak. W życiu nie widziałem takiego publicznego braku godności.
Dlaczego głód pochlebstw jest tak niebezpieczny? Bo w końcu zaczynamy gonić za cudzym uznaniem, zamiast skupić się na tym, co dobre dla kraju. I także z tej racji, że jest nieskuteczny – ci, którzy nie szanują siebie, nigdy nie zapracują na szacunek innych. Do tego wiedzie zawsze do pogardy dla siebie i irracjonalnej nienawiści do tychże cudzoziemców, których uznania pragnęliśmy. Bo skoro nie dają nam upragnionego uznania, w końcu zaczynamy się na nich oburzać, a potem ich nienawidzić.
CDN...