diabollo 29.04.19, 07:36 wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,24704058,onr-z-demokracja-nam-generalnie-nie-po-drodze-i-lepiej-nas.html Odpowiedz Link czytaj wygodnie posty
diabollo Re: ONR: Z demokracją nam generalnie nie po drodz 30.04.19, 07:25 ONR: Z demokracją nam generalnie nie po drodze. I lepiej nas nie drażnić Bartosz Józefiak, Paweł Rutkiewicz Lider ONR: - Po roku, jak Sławek z tobą skończy, to sam siebie nie poznasz! – Ty kurwo. Obyś zawisła na szubienicy – przeczytała o sobie Bogusława. I że jest odrażająca, robi dzieciom wodę z mózgu, promuje wynaturzenia, przejebuje dzieciaki na pedałów i powinna wylecieć na pysk. Wszystko przez sześć plakatów. Lepiej nie drażnić W Piątkowisku pod Pabianicami uczy WOS-u od 18 lat. Dzieciaków ma trochę ze wsi, przyjezdnych, bo rodzice pobudowali się pod miastem. – Tu nie ma domu kultury, świetlicy. Autobus jeździ raz na godzinę. Pomyślałam, że fajnie by było zrobić z nimi coś ekstra. Zabrała uczniów do łódzkiej siedziby Amnesty International. Spodobało się, rozkręcili w szkole Maraton Pisania Listów w obronie praw człowieka. Szkolne koło Amnesty działa od dziesięciu lat. Dzięki unijnym programom pojechali do Hiszpanii, Włoch, Turcji, na Łotwę, Cypr, Słowację. Dopiero co wrócili z Finlandii. W 2015 roku przygotowała debatę z rabinem, pastorem, księdzem, muzułmanką i ateistką. A działacze Fabryki Równości poprowadzili warsztaty z tolerancji. Przyszło 50 uczniów. W ruch poszły kleje, nożyczki i kolorowe pisma. Powstały plakaty: „Równa szkoła. Stop dyskryminacji”. Dwóch panów z dzieckiem, kobiety trzymające się za ręce, Robert Biedroń, mężczyzna bez koszulki. Plakaty zawisły w szkole przed końcem roku. Nikomu nie przeszkadzały. Bogusława: – To była akcja jak wiele innych u nas. Nikt nie zwróciłby na nią uwagi. Afera wybuchła przez dwóch chłopaków, którzy weszli do szkoły i robili zdjęcia. Wieczorem do Bogusławy zadzwoniła była uczennica: – Wiesz, co się dzieje w internecie? Pabianicki oddział ONR-u na Facebooku chwalił się sukcesem. Dzięki nim skandaliczna wystawa zniknie ze szkoły. W komentarzach Bogusława przeczytała, że jest kurwą i próbuje przejebać dzieci. I wiele więcej. Pisała żona kolegi z pracy czy nauczyciel historii z liceum. Profile podpisane imieniem i nazwiskiem. Czytali też uczniowie. W rozmowie z Kampanią przeciw Homofobii wspominali: Ania: – Czytając wpisy, z minuty na minutę czułam się gorzej. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że można tak nienawidzić. Miłosz: – To było jak uderzenie w policzek. Poczułem się wykluczony z własnego narodu. Zadzwonił dyrektor: – A wiesz, kazałem woźnej zdjąć plakaty, bo jest jakieś nieporozumienie. Od rana uczniowie zbierali podpisy o przywrócenie wystawy. – Dlaczego ją zdjęto? – pytali. – Byli zszokowani – wspomina Bogusława. Do dyrektora zadzwonił wójt. Dostał list od anonimowych „zatroskanych rodziców”. Przez akcję ONR kuratorium do szkoły wysłało kontrolerów. O sprawie pisały prawicowe media, do szkoły przyjechały też Polsat, łódzka telewizja, „Dziennik Łódzki”. Były już dyrektor Mirosław Młynarczyk opowiada: – Miałem kilkanaście telefonów, maile. Że powinienem wylecieć z pracy, dlaczego rodzice mnie tolerują. Same anonimy. Przed kuratorem musiałem się jeszcze tłumaczyć... Z wójtem postanowiliśmy zdjąć wystawę. Pani Bogusława czuła, że przegrała z tym ONR-em. Chciałem uspokoić emocje. Lepiej nie rozdrażniać. Młynarczyk przyznaje, że skarg od rodziców nie miał. Wręcz przeciwnie, dzwonili ze wsparciem. Bogusława: – Te obelgi to nie była zabawa. Poszłam na policję, bo nie chciałam, żeby hejterzy rośli w siłę. Kilka miesięcy później dostała pismo o umorzeniu śledztwa. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: ONR: Z demokracją nam generalnie nie po drodz 30.04.19, 07:27 Z dobrych momentów: nominowano ją do Nagrody im. Ireny Sendlerowej „za naprawianie świata”. Gratulowała im prezeska Amnesty. Nauczyciele w Piątkowisku od tej pory starają się, by ich działania były jak najmniej widoczne. Dwa lata później nauczycielka angielskiego z tej samej szkoły udostępniła petycję o delegalizację ONR-u. Na Facebooku nazwała narodowców „bandycką mafią, która działa wbrew demokracji” i „nakręca młodych do przemocy”. Narodowcy natychmiast odpisali. Nigdy nie nawoływali do przemocy. Żądali ukarania nauczycielki. Grozili, że wyślą pismo do dyrektora i powiadomią kuratorium. Nauczycielka przeprosiła. Co może prezydent Tablice stoją w rzędzie wzdłuż chodnika. Główna ulica, tysiące przechodniów. Co gablota, to inny plakat. „Solidarność” przypomina: „Zapłata za pracę najświętszym z praw!”. PTTK zaprasza na turnus do Pobierowa, Buska-Zdroju i Łeby. W ostatniej tłum wygraża mężczyźnie z brodą, obserwują to niemieccy żołnierze. „Nie przepraszamy za Jedwabne! Nie boimy się mówić prawdy! Mówimy Stop Żydowskim Roszczeniom!”. Podpisano: ONR Polska. W gablocie obok symbol Falangi: „Dołącz do nas!”. Tablice stoją przed parterowym, odrapanym budynkiem, który należy do Urzędu Miejskiego. Pokoje wynajmują partie, organizacje pozarządowe, posłowie. ONR plakaty wiesza tu od lat. Wcześniej informował o zbiórce pieniędzy na chorego Adasia, zapraszał na Marsz Niepodległości, pokazywał zdjęcie wydawcy Ringier Axel Springer w nazistowskim mundurze. – Chcieliśmy coś z tym zrobić, ale okazało się, że nie możemy – mówi Grzegorz Mackiewicz, prezydent Pabianic. Bezpartyjny, właśnie zaczął drugą kadencję. – Jak to? – Każda z partii, użytkowników domu, dostała tablicę w latach 90. Bez żadnych umów, na gębę. Nie wiemy, kto jest właścicielem ostatniej. – Gołym okiem widać, że ONR. – Plakaty widać, ale nie ma na to papierów, zgody. Nic. Ktoś kiedyś otwiera tę gablotę i wiesza, ale nie wiemy, kto i kiedy. Prywatnej własności nie możemy po prostu zdjąć. Trop prowadzi do posłanki PiS Beaty Mateusiak-Pieluchy. Tej samej, która ostrzegała, że jeśli ateiści, prawosławni czy muzułmanie nie uznają polskich wartości, to powinno się ich deportować. Biuro posłanki znajduje się w domu partii. Na jego otwarciu Mateusiak-Pielucha mówiła: Świetnie współpracuję z narodowcami. Poznałam pabianicki ONR. To bardzo wartościowi młodzi chłopcy. Będą mogli korzystać z mojego biura. Byle tylko zostawiali po sobie porządek. – Ja tam nie mam żadnej tablicy – odpowiada przez telefon. Tłumaczy, że gabloty należą do magistratu, ona tylko wynajęła lokal na biuro. Nie przyznaje się do współpracy z ONR. Na koniec rzuca, że o gablocie przy Zamkowej pierwsze słyszy, nie widziała jej i nie wie, o co chodzi. Dziwne. Chwilę wcześniej zapewniała, że to własność miasta. Narodowcom to za mało Chłopaki z falangą na ramieniu rozdają kiełbaski i zapraszają w swoje szeregi. Tak wygląda coroczny festyn patriotyczny. Organizator: ONR i klub „Gazety Polskiej”. W 2015 roku impreza miała patronat prezydenta. – Zgłosił się do mnie Klub „Gazety”. Nie wspominali o ONR. Więcej mojego patronatu nie dostali. Nie na to się umawialiśmy – mówi prezydent Mackiewicz. – A jakby ONR sam wystąpił o patronat? – Wszystko zależy od wydarzenia. „Wartościowi młodzi chłopcy” na Wszystkich Świętych sprzątali groby powstańców. Odwiedzali żyjących żołnierzy podziemia. Uczestniczkom Strajku Kobiet rozdawali kwiaty. Dwa lata temu z okazji Dnia Żołnierzy Wyklętych spotkali się pod pomnikiem wojska konspiracyjnego. Przyszli radni PiS, urzędnicy, szef lokalnej „Solidarności”, miejska telewizja. Lider ONR-u odczytał nazwiska „wyklętych”: gen. Fieldorf „Nil” i rotmistrz Pilecki, „Inka” i „Zagończyk”, „Łupaszka” i Józef Kuraś „Ogień”. Zabrakło informacji, że „Łupaszka” odpowiada za mord w Dubinkach, a działania „Burego” nazwano ludobójstwem. W tym roku ulicami Pabianic przeszedł Marsz Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Wśród uczestników – szef klubu radnych PiS, szef „Solidarności”. Narodowcy walczyli z tablicą ku czci robotników zabitych przez policję w 1933 roku, podczas strajku włókniarzy. Do magistratu trafił wniosek „anonimowego mieszkańca”, którego raził fakt, że upamiętnia się wydarzenie zorganizowane przez Komunistyczną Partię Polski. Urzędnicy przytaknęli. Nowa tablica nie wspomina już o KPP. Narodowcom to nie wystarcza. Zapowiadają, że z tablicą jeszcze nie koniec. Gdy władze Pabianic i ukraińskiego Kuźniecowska (obecnie Warasz) podpisywały umowę o współpracy, przed budynkiem pikietowało kilkunastu ONR-owców. Bo honorowymi obywatelami Kuźniecowska są Stepan Bandera i Roman Szuchewycz. – Mówiłem im, że to nie czas i pora. Zaprosiłem do gabinetu. Obiecałem, że jeśli w ciągu roku władze Waraszu nie załatwią tematu, to sam zerwę współpracę. Mówiłem zresztą to od początku, nie tylko do ONR-u. Półtora roku później Mackiewicz faktycznie zrywa umowę. – Warasz nie dotrzymał słowa. I tyle. Moja decyzja nie miała nic wspólnego z ONR-em – zapewnia. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: ONR: Z demokracją nam generalnie nie po drodz 30.04.19, 07:33 Gęba diabła „Dlaczego nie pozwalamy ONR-owi działać? Że przed wojną mówili to i to? Czy naprawdę trzeba przypominać, kogo spadkobierczynią jest SLD? (…) Jeśli wypominamy ONR, to w imię uczciwości trzeba potępić »Gazetę Wyborczą«, bo więcej zła zrobiła dla Kościoła w Polsce” – mówił z ambony ksiądz Henryk Eliasz, były proboszcz parafii św. Mateusza w Pabianicach. Oponentów pytał: „Czy naprawdę uważacie, że muzułmanie mają twarz Chrystusa, a narodowcy mają tylko gębę diabła?”. Eliasz na mszy w kwietniu 2016 bronił Jacka Międlara, byłego księdza i kapelana narodowców. Twierdził, że „to nie Międlar urządza spektakle nienawiści”, ale „media urządzają seanse nienawiści przeciw Międlarowi”. Gdy w 2017 do Pabianic zjechał zarząd główny i delegacje ONR z całej Polski, prałat użyczył im kościelnej auli. Kilka miesięcy później narodowcy słuchali tam wykładu o żołnierzach wyklętych. Ksiądz Eliasz przeszedł już na emeryturę. Spotykamy go w nowej parafii w Łasku. Po zakończeniu koronki z wiernymi odchodzi do zakrystii. Ucieka. – Dziennikarze bardzo mnie skrzywdzili – rzuca. W 2018 narodowcy swój coroczny festyn z Klubem „Gazety Polskiej” zaplanowali pod kościołem św. Maksymiliana. Proboszcz w ostatniej chwili cofnął zgodę. Ponoć dostał polecenie z góry. Nowy arcybiskup Grzegorz Ryś ma opinię niechętnego skrajnej prawicy. Narodowcy przenieśli imprezę pod kościół św. Mateusza. Nie odmawia im proboszcz parafii Trójcy Przenajświętszej. Zamówili u niego mszę za „żołnierzy wyklętych”. W jego kościele spotkali się z Ewą Szakalicką, reżyserką filmu dokumentalnego „Wyrok śmierci” o Zenonie Jachymku ps. „Wiktor”. Oddział Jachymka wymordował od 150 do 300 ukraińskich cywilów we wsi Sahryń. Dzwonimy do prałata Jerzego Rzepkowskiego. Pytamy, czy podczas spotkania poruszano temat zbrodni wojennej. Ksiądz odsyła nas do kurii i odkłada słuchawkę. Syn hipisa Szefem pabianickiego ONR jest Marcin Mika, ochroniarz i kibic Widzewa. Sympatykiem jest Dariusz Jakóbek, asystent posła Tomasza Rzymkowskiego (Kukiz’15), historyk, dyrektor 34 LO w Łodzi. To on walczył z tablicą upamiętniającą zabitych robotników. W oddziale znajdziemy też studenta stosunków międzynarodowych, muzyka hiphopowego, strażaka. Z Pabianic pochodzi obecny kierownik ONR-u Adrian Kaczmarkiewicz. 30-latek, pracuje w firmie z branży chemicznej. Był koordynatorem brygady łódzkiej, odtwarzał struktury w województwie opolskim. Ale prawdziwą twarzą ONR w Pabianicach jest Krzysztof Szałecki. To także rzecznik oddziału łódzkiego. – Kulminacją (komunizmu) był 13 grudnia. Kiedy to dzieci nie mogły obejrzeć „Teleranka”, tylko musiały oglądać zaplutą i zakłamaną zdradziecką mordę nieżyjącego już na szczęście człowieka. Tacy ludzie zostali pochowani przez PO z honorami – mówił na łódzkim marszu „Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela. Idzie Antykomuna” w 2017 roku. – Projekt pod nazwą Unia Europejska nie jest korzystny ani dla nas, ani dla żadnego z państw członkowskich. Mówię o rdzennej ludności, nie napływowej – przekonywał w Radiu Opole przy okazji antyunijnej manifestacji. – Na Piotrkowskiej są ludzie różnej narodowości. 99 procent jest w porządku, ale mogą się zdarzyć incydenty – opowiadał gazecie po tym, gdy ONR uruchomił w Łodzi „prewencyjne patrole”. Narodowcy pilnowali, czy nie dochodzi do „incydentów rasistowskich wymierzonych w społeczność Polską”. – Nie zawsze Krzysiek był taki – mówi Michał Pietrzak, znajomy sprzed lat. – Poznaliśmy się, kiedy pracowałem w barze Rock Fabryka. Jak zapraszaliśmy zespół, przychodził przed koncertem, nosił graty, pojechał po dostawę. Rozliczaliśmy się piwkiem albo zwykłym „dziękuję”. Razem zakładali zespół reggae RZK Sound. – Krzysiek nie pisał tekstów, więc został naszym DJ-em. W składzie był jego brat Michał, prawdziwy rastafarianin. Dredy do pasa, oaza spokoju. Wydawało się, że znamy się wszyscy bardzo dobrze. Okazało się, że bardzo słabo. – Krzysiek biegał w bluzie z kapturem i słuchał hip-hopu, potem Slayera. Jeździł na Woodstock. Wszystkie subkultury zaliczył. Wesoły, inteligentny gość. Ale już wtedy zaczęło mu odwalać. Po pijaku wkręcał te swoje gadki – wspomina koleżanka sprzed lat. – Żydzi chcą rządzić krajem, TVN nie jest polski, ciapaci to terroryści, tego typu hasła. Ciężko było go przegadać, na wszystko miał argumenty. A im dłużej dyskutował, tym bardziej się zapalał. Wyrzuciłem go z Facebooka, miałem dosyć – dodaje znajomy. Niektórzy wspominają, jak brat Krzyśka ze łzami opowiadał o ich dziadku. Ukraińcy na Wołyniu przybili go do stodoły. Szałecki studiował polonistykę, pomagał mamie prowadzić sklep z piwami regionalnymi. Teraz pracuje w salonie telefonii komórkowej. Dawni koledzy żartują, że do zestawu startowego dodaje opaski z falangą. W mieście dobrze pamiętają jego ojca. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: ONR: Z demokracją nam generalnie nie po drodz 30.04.19, 07:35 Stary Szela to była legenda. Jeden z ostatnich hipisów pabianickich. Trochę pracował w fabryce, w Philipsie. Krążył od baru do baru, przesiadywał w Rock Fabryce. Jak się kończyły koncerty, to wokół niego siadali ludzie i z otwartymi paszczami słuchali opowieści. O imprezach sprzed lat, koncertach, o tym, jak go milicja ganiała. Ale Krzyśkowi średnio się to podobało. Był zły na ojca, że imprezuje, robi mu obciach. Poprosiliśmy Szałeckiego o spotkanie. – Rozmawiać zawsze warto. Ale ostrzegam: od „Wyborczej” biorę autoryzację – mówił. W ostatniej chwili zrezygnował ze spotkania. Nie oddzwonił i przestał odbierać. Przyjaciel z dawnych lat: – Ciągle zastanawiamy się, co Krzyśkowi odjebało. Wychowawca – Są ludzie, co do dzisiaj kuleją, bo im nogi połamałem – przechwala się Marek, 40-latek. Koszula moro, naszywka „Śmierć wrogom ojczyzny”, kozia bródka. Dopijamy piwo w barze w Pabianicach. Zaczął od wykładów NOP-u. Starsi koledzy opowiadali o wyższości białej rasy. Po słowach przyszedł czas na czyny. W Pabianicach założył własną ekipę. – Ścięte głowy, dżinsy podwinięte, glany, szelki. Po mieście rozlepialiśmy plakaty, że jesteśmy manipulowani przez Żydów. Bo jesteśmy. O Sorosu słyszałeś? Najważniejsze były „łapanki”. Marek tłumaczy: jak za Niemca. – Jedziemy samochodem, widzimy, Cygani idą. Wysiadka z samochodu i bójka, bo z Cyganami trzeba krótko. Albo szliśmy z bejsbolami do baru, gdzie się bawili punkowcy. I wpierdol. Jak widziałem jakiegoś punka na ulicy, to mi się swastyki w oczach zapalały. Do tego tatuaże: pajęczynka na łokciu, typowy symbol skinheadów. Dwie ósemki (od ósmej litery alfabetu – H, jak Heil Hitler). No i swastyka. – Mama nie szczędziła pasa. Tatę miałem menela, nie mieszkał z nami. W domu wszystko najtańsze: spodnie, buty. W szkole mówili: patologia. A jak zostałem skinem, to nagle się role odwróciły. Bieganie za punkowcami łączył z pracą w piekarni. – Chciałem iść do szkoły plastycznej, uwielbiałem rysować. I co z tego? Musiałem zarabiać na praktykach i wszystko oddawać na dom. Mamę zwolnili z fabryki leków. Została bez emerytury. Ekipa Marka z czasem zaczęła topnieć. – Ja też usiadłem na dupie, jak straciłem jedynki i dwójki. Wciąż noszę sztuczną szczękę. I nie chciałem skończyć w pierdlu. Jak moi kumple, co pobili gościa na śmierć. Został kucharzem. Mieszka z chorą matką. Tatuaż ze swastyką przerobił na pająka. Nie wychyla się. Z jednym wyjątkiem: 11 listopada. Cztery lata temu zagadał do starych kumpli: jedziemy na Marsz. I poszło! Pamięta, jak 20 lat temu garstka skinów maszerowała po Warszawie. Policja ich ganiała z pałami. A dzisiaj? Ludzi ze 100 tysięcy, a policja ochrania. – Z Pabianic zawsze jedzie duża ekipa. Trzeba to chłopakom z ONR-u oddać: robią dobrą robotę. Podobają mi się ci młodzi. Znam stąd wszystkich. Niepotrzebnie te narkotyki biorą, amfetamina, te klimaty. Za moich czasów tego nie było. Ale poza tym: szacun. A z Krzyśkiem Szałeckim kumplujemy się od lat. Przychodził do baru, gdzie robiłem żarcie. Dużo mu opowiadałem o starych czasach. Można powiedzieć, że to mój wychowanek. Małego też bierzemy Chcę zapisać się do ONR. Pierwszy krok to internetowa ankieta. Pytania: stosunek do Kościoła katolickiego? Co możesz wnieść do organizacji? Które osoby są dla Ciebie inspiracją? Podaję numer telefonu. Po paru dniach oddzwania Marcin Mika, lider oddziału. Zaprasza na rozmowę. Spotykamy się w kawiarni. Jest Krzysztof Szałecki, który nie chciał się spotkać: krótkie włosy, szczupły, dwadzieścia kilka lat. Bluza na suwak z tymczasowym godłem II RP. Wielu narodowców chciałoby jego przywrócenia. Jest też Mika – po czterdziestce, przysadzisty, masywny. Na prawej pięści sygnet z takim samym orłem. Krzysztof przeprasza, że dopiero teraz się spotykamy. W sobotę w Łodzi była manifa i rozstawiali przy Piotrkowskiej antyaborcyjne banery. – Ciągają nas za to po komisariatach. Że niby zakłócanie legalnego zgromadzenia – mówi, ale się nie przejmuje. – Jest taki Wacław w stowarzyszeniu Pro-Life, który zawsze nam przygotowuje, co mamy mówić. Też ONR-owiec. W Pabianicach działa im się dobrze, w czym pomaga klub „Gazety Polskiej”. – Na ogół to są przybudówki PiS-u, generalnie miękcy, ale w Pabianicach są twardsi zawodnicy. – Prezydent Pabianic to trochę ciamajda, ale nie przeszkadza – dodaje Marcin. ONR w Pabianicach ma siedmiu członków „stałych” i kilkunastu „rotacyjnych” – którzy przyjeżdżają i odjeżdżają lub wyprowadzili się do innych miast. Przedział wiekowy? Od 16 do 60 lat. – W ONR jesteśmy jak rodzina. Nieważne, kim jesteś i skąd jesteś. Jadę np. do Gdańska, to dzwonię do ONR-u w Gdańsku i przyjmują mnie jak swojego – opowiada Marcin. – Jesteśmy kolegami, ale kiedy trzeba, słuchamy rozkazów. Nie jesteśmy organizacją demokratyczną, tylko hierarchiczną – dodaje Krzysztof. Oprócz formalnych członków ONR-u są jeszcze sympatycy. Tych jest najwięcej. Kiedy ekipa z Pabianic jechała na Marsz Niepodległości, zebrały się dwa autokary i jeden bus. Wśród członków ONR znajduje się wielu kibiców. Jest zasada, że na wyjazdy narodowców nie zabiera się symboli klubowych. – Mamy w szeregach ludzi z Widzewa i z ŁKS-u – mówi Marcin. – Lokalni policjanci też nas znają. I my znamy ich. Zawsze nas śledzą samochodem, jak jedziemy na marsze. Pytają o moją ankietę. – Wpisałeś, że inspiruje cię wiedźmin Geralt. To w sumie nie tak źle. Kiedyś dostałem zgłoszenie od typa, którego inspirował Armin van Buuren. Taki DJ z Holandii. Wielu się zgłasza takich, których inspiruje Adolf Hitler, ale oni przechodzą potem do innych organizacji – Krzysztof nie wyjaśnia, do jakich. – Jakiej muzyki słuchasz? – dopytuje. Mówię, że lubię metal. On też lubi, ale chodzi mu o „treść”. Pyta o kapele „narodowe”. Wymienia nazwy: Irydion, Basti. – Mnie w sumie nudzą już te kapele. Słucham, bo wypada – przyznaje Krzysztof i chwali się: – Na Woodstocku nosiłem koszulkę z przekreślonym Jaruzelem i podpisem „Nie płakałem po generale”. Nikt mi nic nie powiedział. Przy pierwszej rozmowie z kandydatem spotykają się w miejscu publicznym. Nie da się tu rozmawiać o wszystkim, wiadomo. Dalsza znajomość – już w prywatnych mieszkaniach członków. Tak zaczyna się roczny „staż kandydacki”, po ukończeniu którego przed starszymi kolegami mogę zdawać egzamin. Z ideologicznej poprawności, z wiedzy o narodzie i organizacji. – Żeby wiedzieć, co odpowiedzieć, jak cię np. zapytają, czy jesteś faszystą – wyjaśnia Marcin. Dopiero po egzaminie dostanę opaskę z falangą. W Pabianicach za ideologiczne „ukształtowanie” kandydatów odpowiada „kolega Sławek”. – Po roku, jak Sławek z tobą skończy, to sam siebie nie poznasz! – śmieje się Marcin. Kandydat na ONR-owca dostaje listę lektur. Klasyki Romana Dmowskiego, jak „Myśli nowoczesnego Polaka” i „Kościół, naród, państwo”. Również współczesne prace, np. „Polska dla Polaków! Kim byli i są polscy narodowcy”. Krzysztof czytał też „Mein Kampf”, ale uważa, że to bełkot – podobnie jak „Kapitał” Marksa, którego w ogóle nie zrozumiał. Był za to pod wielkim wrażeniem „Doktryny faszyzmu” Mussoliniego. Czas na moje pytania. – Jak radzić sobie z tym, że nazywają cię faszystą? Krzysztof: – Najpierw się w tobie wszystko burzy, chcesz się kłócić i tłumaczyć, ale potem to olewasz. Myślisz: „Niech sobie gadają”. Dodaje: – Z demokracją nam generalnie nie po drodze. Nie zgadzamy się w tym z częścią stronnictw narodowych, ale sytuacja w Polsce nie jest jeszcze tak dobra, żeby spierać się o szczegóły. Jak Polska się zmieni, to wtedy zaczniemy to bardziej podkreślać. – Ale co to znaczy? – Nie uznajemy jej. I nie szanujemy na tyle, żeby korzystać z biernych praw wyborczych. Generalnie koledzy, którzy za bardzo poszli w politykę, przestali być kolegami. Andruszkiewicz, Rzymkowski. Sodówa im do głów uderzyła. Dlatego jako ONR nie będziemy startować w wyborach, Choć może o samorząd zahaczymy. – A rodzina? Czy zawsze się z wami zgadza? Jak sobie z nią radzicie? – Żona na początku się wściekała. „Co się z faszystami szlajasz?!”. Ale teraz sama na marsze chodzi. Małego też bierzemy – odpowiada Marci Odpowiedz Link
oby.watel Z demokracją ONR-owi generalnie nie po drodze 30.04.19, 08:40 Pożyteczni idioci uwielbiają piłować gałąź na której siedzą. Odpowiedz Link