diabollo
11.05.19, 10:30
Szczerek: Czesi, Węgrzy, Jugosłowianie na Zachodzie tak się nie wstydzili. "Co oni o nas pomyślą", to polska specjalność
Ziemowit Szczerek
Nasi ojcowie handlowali "zigaretten" i dżinsami, żeby posłać dzieci na angielski, zbudować dom. My wyzywamy ich od koderów i lemingów.
Ziemowit Szczerek – ur. w 1978 r., pisarz, publicysta, zdobywca Paszportu „Polityki”, nominowany do Nike za „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” i „Tatuaż z tryzubem”. Niedawno ukazało się jego „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” i dystopijna powieść o rozpadzie Europy „Siwy dym albo pięć cywilizowanych plemion”
To oni cieszyli się najbardziej z tego, że nie trzeba już wozić paszportów. Oni, wcześniej nazywani obywatelami nowej, otwartej Polski, a później lemingami i – w końcu – kodziarzami. Pierwsze negatywne określenie pochodziło z prawej strony, a drugie – i z prawej, i z lewej.
Nazywa się ich też „beneficjentami transformacji”, także z prawej i z lewej, choć to bardzo naciągane i w gruncie rzeczy szczujące. Jak każdy, radzili sobie, jak mogli. I ci z prawej, i ci z lewej. Raz lepiej, raz gorzej, i trzeba funkcjonować na wysokim poziomie odklejenia, by mieć o to do kogokolwiek pretensje, ale przecież nie o to chodzi w budowaniu tarcz strzelniczych, żeby jakoś wybitnie przypominały rzeczywistość.
A radzili sobie, między innymi, wyjeżdżając. I handlując. I to jeszcze przed transformacją, bo paszporty w domu można było już mieć od 1984 roku.
Tak, kiedyś mało się o tym wyjeżdżaniu i handlowaniu mówiło, wszyscy jednak trochę się wstydzili. Tylko Big Cyc coś wspominał o „Berlinie Zachodnim”, gdzie „stoi Polak co drugi chodnik”, albo w serialowych „Tygrysach Europy” pojawiała się fraza: „Zigaretten nach Berlin”. A i tak głównie po to, żeby wyśmiać te tygrysy.
To oni, późniejsze lemingi, kodziarze, beneficjenci transformacji, byli pierwszym pokoleniem, które się rzuciło na paszporty, kiedy tylko zaczęto je wydawać. Jak już nie trzeba było pisać wielometrowych podań z załącznikami, tylko ot tak, można było iść i brać. I nie oddawać.
I Janusze też tam oczywiście byli, i Grażyny. Wszyscy wyjeżdżali razem – i polska inteligencja, i polski zmysł handlowy, i polska zaradność, i polskie kompleksy, i polska buńczuczność, bo wiadomo: im więcej kompleksów, tym więcej hałasu, by je przykryć. Nie ma co się dziwić: człowiek dostaje ten wymarzony paszport, zachodnie media pieją z zachwytu nad „nowymi Europejczykami”. Człowiek przełyka to sformułowanie: „nowi Europejczycy”, bo jaki on tam nowy, ale okej, niech będzie. Kochają nas, Klaus Meine ze Scorpionsów śpiewa „Wind of Change”, wszyscy mówią, że granice otwarte, a więc jedzie ten człowiek natchniony na ten wyśniony Zachód spełniać swój sen o Europie, przełyka pierwsze upokorzenia, bo niemiecki celnik patrzy jak na borostwora i obszukuje od stóp do głów, austriaccy otwarcie mówią, że gdyby to od nich zależało, toby nie wpuszczali, ba, nawet czescy, którym gospodarki i porządnej środkowoeuropejskiej formy nawet komunizm nie rozwalił w drobiazgi, śmieją się z Polaczków, że wąsaci, że w dżinsie cali, że wjeżdżają do Republiki Poczciwości i Obytakzawszości tymi swoimi maluszkami z bagażami na dachach.
A w bagażach – cały świat! Bo Polak zawsze z jakimś towarem: do ZSRR się już dawno woziło dżinsy, do Jugosławii bodajże pepegi, do Rumunii papierosy i kawę, z Bułgarii szkło i zastawę. I tak dalej. A teraz cały Zachód otwarty. Więc do Niemiec – papierosy, ubrania, które sprzedaje się z przebiciem kilkunastokrotnym, bo to przecież jeszcze przed Balcerowiczem i urealnieniem wartości złotówki.
W każdym razie – wyjeżdża ten inteligent polski powietrzem Zachodu odetchnąć, podaje paszport do kontroli, taki dumny z tego paszportu, jeszcze wtedy granatowego, przejeżdża jakoś przepuszczony, przez dawne NRD przeciska się z duszą na ramieniu, bo podobno neonaziści obrzucają kamieniami samochody z czarnymi polskimi rejestracjami, dojeżdża do tego Berlina, dawniej Zachodniego – a tu przy chodnikach stoją jego rodacy i handlują, czym się da! Kociołkiem, papierosem, tym, owym. I tłoczą się, nawet nieubrani – jak ten inteligent – na ten Zachód jak na niedzielę do kościoła, tylko świecący tymi ciuchami polskimi, wschodnimi. Teraz to inteligentom wstyd pewnie, ale tak było, tak było!
I patrzy ten inteligent o duszy wypieszczonej na rodaków, czyta napisy w sklepach na Berlin Zoo, że „każda kradzież będzie zgłaszana na policję”.
CDN...