diabollo
16.06.19, 10:08
Mamy za dużo aut, a miasta nie są z gumy. Koniec jazdy. Polak musi wysiąść z samochodu
W Polsce mamy za dużo aut, a miasta nie są z gumy. Kiedy już każdą wolną część chodnika i każdy trawnik zamienimy w parking, nie da się tutaj żyć - mówi Tomasz Brzeszczak, autor książki "Bóg, auto, ojczyzna".
Książka „Bóg, auto, ojczyzna” (wyd. Novae Res) to opowieść Sebastiana, statystycznego Polaka, uzależnionego i zakochanego w samochodach. Do tego stopnia, że patriotyzm czy wiara to przede wszystkim emblematy do ozdabiania auta. Książka jest śmieszna i straszna. Większość wypowiedzi Seby jest autentyczna – pochodzi z rozmów z „prawdziwymi” Polakami i forów internetowych. Sebastian mieszka w Markach pod Warszawą, ale na romantyczne chwile z kochanką ucieka m.in. na Lubelszczyznę.
Rozmowa z Tomaszem Brzeszczakiem*
MAGDA OPOKA: Dlaczego Polacy tak kochają samochody?
TOMASZ BRZESZCZAK: Auto to u nas ciągle symbol statusu społecznego, a nie tylko narzędzie do przemieszczania się z punktu A do B. Za pomocą samochodu Polak może zademonstrować sąsiadom, że mu się w życiu udało. Poza tym dla wielu ludzi jazda autem to synonim swobody. Wielu kierowców mówi: czuję wolność, jak jadę przez miasto! Tymczasem jazda już się skończyła. W Polsce mamy za dużo samochodów. W miastach – nawet tych małych – są głównie korki. Jaka logika kieruje ludźmi, którzy w niedużej miejscowości (można ją obejść w pół godziny) jeżdżą autem? Mam rodzinę w 20-tysięcznym mieście. Jeśli nie wyjadą z domu o odpowiedniej godzinie, to utkną w korku i spóźnią się do pracy. Gdyby poszli na piechotę, problemów by nie było.
Chodzę na piechotę po Lublinie, ale czasem boję się wejść na pasy...
– Panuje powszechne przekonanie, że samochodu nie da się zatrzymać w miejscu i dlatego piesi muszą czekać. Niewielu uważa, że skoro tak trudno zatrzymać samochód, to trzeba jeździć wolniej, uważniej, tak, żeby zawsze móc wyhamować. Przeraża mnie ten brak zrozumienia. Bo to kierowca dysponuje tonową maszyną z blachy, która może zabić. Według „mądrości internetowych” winny jest zawsze pieszy: „bo wtargnął, bo lazł jak święta krowa, bo nie poczekał, aż auta przejadą”. Prawdę mówiąc na szerokich ulicach pieszy może umrzeć z głodu, czekając, aż ktoś się zatrzyma... A kierowca ma prawo: się zamyślić, być zmęczonym, jechać za szybko i nie musi uważać przy podjeżdżaniu do zebry (choć nakazują mu to przepisy). Nie tak dawno dziecko wpadło pod samochód. To była chwila nieuwagi, zjechało rowerem z chodnika. W komentarzach nikt nie pytał, czy kierowca nie jechał zbyt szybko. Ludzie wieszali psy na rodzicach, że nie pilnują dzieci. Pojawiły się nawet wulgarne sugestie, żeby „gnój płacił za zniszczony lakier”.
Pamiętam wypadek z Zamościa, w którym 12-latek zginął na pasach. Wtedy „winnym” był dyrektor szkoły, który wypuścił dziecko samo, choć miało na kartce zgodę od rodziców.
– Tak, zawsze potrzebny jest kozioł ofiarny. A oficjalne dane policji są dramatyczne. Tylko 11 proc. kierowców uważa, że należy przestrzegać przepisów na drodze. 5 proc. (tylko!) deklaruje, że nie przekracza dozwolonej prędkości. Blisko 80 proc. kierowców przyznaje się do przekraczania dozwolonej prędkości od 10-30 km na godz. Kiedy już wsiądą za kółko i poczują tę swoją wolność, to zapominają, że rozpędzone auto może zabić.
Kierowcom w stylu Sebastiana wiele „się należy”.
– Oczywiście! „Lewy pas jest dla mnie. Jak ktoś wyprzedza, to on blokuje ten lewy pas. Jak ja wyprzedzam, to ja nie blokuję”. Miejsce parkingowe – bezpłatne, pod samymi drzwiami – to niemal świętość. Likwidacja miejsc parkingowych to dla statystycznego Seby zamach na jego wolność. Seba wtedy powie, że ktoś – najpewniej lewak, społeczniak lub urzędnik – próbuje zorganizować mu życie, odebrać mu jego podstawowe prawa. Jednak gdy kierowcy zabierają każdy kawałek chodnika na parkingi, trawniki zamieniają w klepiska i parkują nawet na zebrach, to wtedy nie widzą, że zabierają przestrzeń innym.
„Zaparkowałem przy samym wejściu. Musiałem z pięć razy objechać parking, aż znalazłem jakieś miejsce, które się zwolniło przy drzwiach. Z tyłu były dziesiątki miejsc, ale czy ja traktor w dowodzie mam wpisane, że będę po polu zasuwać z zakupami?” Jak wielu Sebastianów żyje obok nas?
– Pewnie każdy z nas zna kogoś o podobnych poglądach. Polakom trudno przyjąć do wiadomości informacje, że np. Amsterdam likwiduje parę tysięcy miejsc parkingowych, bo ludzie tam wolą mieć mieszkania otoczone zielenią, a nie parkingami. W komentarzach przeczytamy, że „oni tam mają metro lepsze, tramwaje lepsze i parkingi podziemne, to mogą sobie część zlikwidować”. Prawda jest taka, że Amsterdam dopiero niedawno otworzył pierwszą linię metra biegnącą pod centrum. Parkingów podziemnych wcale tam nie ma tak dużo. Po co jednak sprawdzać dane? Łatwiej powtórzyć „mądrość” z internetowego mema i dalej żądać nowych parkingów czy szerszych ulic w swoim mieście.
Od paru lat masz profil na Fb, w którym pokazujesz absurdy drogowe w Lublinie – parkowanie na trawie, rozjeżdżanie nowo zrobionych chodników, zastawianie przejść dla pieszych itp. Po co?
– Pokazuję skalę nielegalnego parkowania i niszczenia infrastruktury przez kierowców. Nowe chodniki są rozwalone, połamane po miesiącu. Parkują na nich samochody, choć to miejsca dla pieszych, nieprzystosowane do aut.
Niestety, Polska stała się śmietnikiem samochodowym. Stare passaty są tak tanie, że każdy może je mieć. Efekt? Mamy rekordowo dużo pojazdów na tysiąc mieszkańców, więcej niż inne kraje.
Auta nie mieszczą się już na polskich ulicach. I nie będą, bo miasta nie są z gumy. Ale ludzie tego nie rozumieją. Uważają, że trzeba poszerzać drogi, budować nowe parkingi. Gdzie? Nie ma na to miejsca. Statystyczny Seba jednak nad tym się nie zastanawia. Jemu należy się parking. Bezpłatny. Miasto ma mu dać.
Co chciałeś „załatwić”, pisząc książkę „Bóg, auto, ojczyzna”?
– Mieszkałem trochę za granicą, w lepiej zorganizowanej przestrzeni. Kiedy wróciłem, poczułem się zmęczony polską rzeczywistością. Przeglądając fora i zapisując wypowiedzi Sebastianów, oswajałem się z myśleniem sporej części rodaków. „Parkuję na trawniku, bo miasto nie zapewniło mi innego miejsca”. „Ograniczenie do 30 km na godz., bo to osiedlowa uliczka i mogą wybiec dzieci? Jadę 70 km na godz., bo tylko frajer zwalnia”. „Targuję się o wszystko” (nawet o cenę mszy w kościele). „Nie dlatego, że mnie nie stać, ale dla zasady. Nikt nie będzie mnie robił w konia”. „Pracowników poganiam, nawet jak mają robić bezsensowne czynności, bo to ja im płacę i to jest mój czas. Za moje. Ja jestem pan, ja tu rządzę”. „Kupuję działkę w cennym przyrodniczo terenie, grodzę ją i zabudowuję, bo mogę. Nie będą mi żadni ekolodzy mówić, co mam robić”... Jak żyć w takim kraju? Tylko humor może nas uratować. Choć, niestety, nie wszystkich moja książka rozbawi.
CDN...