diabollo
17.06.19, 21:18
"Ja w gumie nie umiem, bo mnie ciśnie". Porządni Polacy jadą na aborcję do Wiednia
Ilona Wiśniewska
Zobaczyłam pod ambulatorium trzech "wyklętych" z łysymi głowami. Myślałam, że chcą mi wpierdolić. A oni, że Vanessę przywieźli na zabieg.
– Ja w gumie nie umiem, bo mnie ciśnie i nie mogę skończyć, wie pani. Ale zawsze uważam.
– Na co pan uważa?
– No, w łóżku uważam. Wiem, kiedy wyjąć.
– W łóżku to pan może uważać, żeby żony nie przygnieść łokciem. Nie wie pan, że w trakcie stosunku na penisie pojawia się preejakulat?
– Pre co?
– Śluz, który może zawierać plemniki.
– Co mi tu pani opowiada, przecież ja wiem, kiedy wyjąć.
– No chyba pan jednak nie wie, skoro właśnie przywiózł pan żonę na zabieg.
– To to był wypadek, wie pani. Ja zawsze uważam.
Albo ci z zeszłego miesiąca, młode małżeństwo.
– Zabraniam żonie antykoncepcji hormonalnej, bo to niebezpieczne.
– Niebezpieczne? Z jakiego powodu?
– No, medycznego.
– Ale który dokładnie składnik jest niebezpieczny? Progesteron? Estrogen?
– Tak w ogóle. Raka macicy może dostać.
I tak jej zabraniał, aż ją w końcu zapłodnił. Poznaliśmy się, kiedy przyjechali do Austrii przerwać ciążę. Potrzebowali asysty językowej, a ja od dziesięciu lat pracuję dla tutejszych ambulatoriów, gdzie przeprowadza się aborcję farmakologiczną lub chirurgiczną. Większość przyjezdnych pacjentek pochodzi z Polski i Węgier. W tygodniu wykonujemy Polkom średnio trzy zabiegi. W styczniu najmniej, bo po świętach domowe budżety świecą pustkami, ale już na początku lutego zgłaszają się panie po sylwestrze bez zabezpieczeń. Jesienią notujemy duży ruch powakacyjny, chociaż przed wakacjami też robi się wiele zabiegów, bo kobiety mają już zaplanowane urlopy. Na termin czeka się tydzień, do dwóch, cena 600 euro, czyli około 2600 złotych. To znacznie mniej niż w Polsce, gdzie trzeba zapłacić od 5 do 10 tysięcy złotych, przy czym nie sposób przewidzieć, w jakich warunkach odbędzie się zabieg. Tutejsze ambulatoria pracują od poniedziałku do piątku od 8 do 16, znajdują się przy głównych ulicach, jedno nawet w centrum handlowym. Wizyta zazwyczaj jest podzielona na dwa dni: pierwszego robi się badanie ginekologiczne i wywiad, żeby stwierdzić, czy pacjentka jest pewna swojej decyzji i czy nikt nie wywiera na nią presji.
Odmawiamy, kiedy widzimy próby nacisku ze strony najbliższych. Nie chcemy i nie możemy brać takiej odpowiedzialności.
Raz, pamiętam, przyjechała 23-latka z matką, córka bardzo chciała sama wejść na badanie. Kiedy zamknęły się drzwi gabinetu, powiedziała: „A teraz mnie ratujcie. Matka nienawidzi mojego chłopaka, a my się kochamy i chcemy tego dziecka”. Nasz lekarz wyszedł do matki i powiedział, że niestety córka jest w 13. tygodniu ciąży i to już za późno na aborcję. A była w siódmym. Tutaj kobieta i jej decyzja są na pierwszym miejscu, więc jeśli jesteśmy pewni, że to ona ją podjęła, drugiego dnia przeprowadzamy zabieg, który trwa nie więcej niż kilka minut.
Aborcja w Wiedniu. Chciałabym zabić dziecko
Wszystko zaczyna się od telefonu.
– Pani wie, po co ja dzwonię.
– Domyślam się, ale chciałabym to usłyszeć, żeby się upewnić, że pani wie.
– Chciałabym u państwa zabić dziecko.
– Ale my takich usług nie wykonujemy.
CDN...