diabollo
18.08.19, 05:52
Przez ostatnie lata zostałem pobity pięć razy. Ale nie wyrzekam się wiary, wyrzekam się Was
Damian Maliszewski
W całym moim życiu nie pamiętam, żebym bał się wyjść na ulicę z powodu poglądów i moich czerwonych oprawek okularowych. Przez ostatnie lata zostałem napadnięty i pobity pięć razy. List otwarty do polskich biskupów
Szanowne ekscelencje,
kiedy w szkole podstawowej na lekcjach religii ksiądz Benedykt wpadający w furię wrzeszczał i ciągnął dzieci za włosy – nic nie mogłem zrobić, byłem dzieckiem.
Kiedy ksiądz Rudolf, proboszcz mojej parafii, na początku lat 90. zakazał mieszkańcom mojego osiedla nosić ciuchy dżinsowe: spodnie, katany i spódnice, twierdząc w kazaniu, że dżins to wymysł szatana, i grożąc, że w dżinsach do kościoła nikogo nie wpuści – nic nie mogłem zrobić, byłem dzieckiem.
Gdy nasłuchałem się od księży w trakcie kazań niedzielnych, że samobójcy idą do piekła, nie zasługują na mszę świętą i godny pochówek – nic nie mogłem zrobić, byłem dzieckiem.
Gdy w szkole średniej ksiądz Piotr, mój autorytet moralny, z powodu którego zacząłem chodzić na oazę, zapłodnił jedną z nastolatek z tejże oazy i został ojcem, znikając nam z oczu bez pożegnania – nic nie mogłem zrobić, byłem nastolatkiem.
Gdy ksiądz Łukasz dzień przed pogrzebem mojego taty zafundował mi w konfesjonale godzinną homoerotyczną spowiedź, wypytując mnie o szczegóły moich fantazji w trakcie masturbacji, a później próbował zaprosić do siebie na plebanię, i gdy nie skorzystałem – zostawił mnie z bebechami na wierzchu, milionem pytań bez odpowiedzi po śmierci rodzica – nic nie mogłem zrobić, byłem zdruzgotany. Odesłał mnie do Pana Boga i jego kazał pytać.
Pytałem.
Kiedy następnego dnia prowadził mszę pogrzebową taty, a trzy lata później przygotowywał mojego brata do komunii św. – nic nie mogłem zrobić. Bałem się. Zemsty i tego, że nie dopuści mojego ośmioletniego brata do sakramentu.
Gdy na ślubie mojej siostry, na którym zaśpiewałem jako niespodziankę utwór „Alleluja”, ksiądz Sławomir w trakcie mszy nawet przez ułamek sekundy nie spojrzał państwu młodym w oczy, a do mnie przed mszą zwracał się w trzeciej osobie, patrząc w podłogę i rzucając tylko wojskowe polecenia – nie reagowałem.
Gdy po tym występie i 20 milionach odtworzeń mojego „Alleluja” na portalu YouTube zakazaliście śpiewać ludziom na ślubach Leonarda Cohena i w ogóle śpiewać, mimo że to właśnie ten śpiew tych 20 milionów ludzi mógł do Boga jeszcze bardziej zbliżyć – nic nie zrobiłem. Nie wypadało mi. Nie chciałem być adwokatem we własnej sprawie.
Kiedy mój świętej pamięci ksiądz proboszcz przychodził do mojej mamy, próbując ją przekonać, że jestem zbyt kolorowy, zbyt wyróżniający się i co ona ma zamiar z tym zrobić, bo ludziom się to nie podoba – nic nie zrobiłem. Proboszcz miał władzę na moim osiedlu.
I wreszcie, gdy dostałem szlaban na koncerty w kościołach, a także w wielu miastach uwikłanych w relacje z biskupami i władzą powiązaną z Kościołem, za to, że zaangażowałem się w walkę o prawa prześladowanych w Polsce grup społecznych – nic nie zrobiłem. Wziąłem na klatę.
Mam mnóstwo zrozumienia dla niedoskonałości ludzi. Napisałem o tym nawet piosnkę pt. „Niewinni niedoskonali”.
Ale jest pewna granica. Moment, w którym każdy przyzwoity, empatyczny człowiek musi powiedzieć „dość”.
CDN...