diabollo
27.09.19, 10:32
wyborcza.pl/7,75968,25238816,lekcje-religii-czyli-katecheza-konformistow.html#S.main_topic-K.C-B.2-L.2.glowka
Za dużo lekcji religii w szkole? A kto wam każe posyłać na nie dzieci?
Oto katecheza konformistów: posyłamy dzieci na religię, "żeby potem nie miały kłopotów".
Na początku roku szkolnego w mediach społecznościowych zaroiło się od pełnych oburzenia wpisów. Ogólne zdziwienie, że jak to? Że dziecko ma dwie religie w tygodniu, że do czego to podobne, że skandal.
Decyzja o posyłaniu dziecka na religię należy do rodziców. To oczywiste i nie zamierzam nikogo do niczego namawiać. Mój syn zamiast dwóch religii w tygodniu ma na przykład dwa okienka, a wkrótce uczestniczył będzie w zajęciach z etyki. Ale to mój syn. Nasza sprawa. Ja w tej sprawie nie uprawiam świętego oburzenia.
W związku z Państwa zdziwieniem, że w tygodniu tyle zajęć z religii, chciałbym jedynie zauważyć, że jak na obecną pozycję Kościoła katolickiego w polskim życiu społeczno-politycznym jest to liczba skromna. Biorąc pod uwagę liczbę wiernych chodzących w niedziele na msze, liczbę polskich rodzin przyjmujących księdza z kolędą oraz liczbę pogrzebów, podczas których księża wygłaszają nad trumną zmarłego biblijne sentencje, lekcje religii powinny odbywać się codziennie, i to w ilości co najmniej dwóch godzin lekcyjnych, najlepiej na początku dnia oraz na jego zakończenie. Wtedy przynajmniej przeciętny Polak/Polka dowiedzieliby się, w co wierzą. Obecnie jest z tym pewien kłopot.
Po prostu każdy ma taką liczbę godzin religii, na jaką zasługuje. Skoro posyłamy ma katechezę, „żeby dziecko nie miało później problemów”, posyłamy do sakramentów – „żeby nie było potem kłopotów”, śluby kościelne bierzemy na potęgę, bo przecież „taki ślub kościelny to jest dopiero przeżycie, to jest moc wzruszeń, biała suknia i welon”, wreszcie idziemy do ziemi w towarzystwie katolickich kapłanów i rozmodlonych krewnych, to trudno się dziwić, że ci, którzy są po tamtej stronie, upychają tej katechezy, ile się da i gdzie się da. Trudno się dziwić, że wliczać ją chcą do średniej ocen, a i pomysły o maturalnym egzaminie z religii również pojawiały się i pojawiać się będą. Dlaczego nie? Skoro wszyscy tak się do tego Kościoła garną, to w czym problem? Wiem, ponieważ sam tkwiłem w tym po uszy.
Skąd ten refren, że jednak lepiej ochrzcić, posłać do komunii, wreszcie zapisać na religię? W rozmowach, które prowadzę ze znajomymi i z rodziną, pojawiają się dwa argumenty. Pierwszy to argument presji społecznej związanej z grupą rówieśniczą. Że dziecko będzie czuło się wyobcowane, że koledzy będą się nad nim pastwić. Bywa i tak. Znajomy opowiadał, że jego syn zabrany z lekcji religii otrzymał od kolegów wdzięczną ksywkę „Żydek”. W XXI stuleciu, 70 lat po Zagładzie, w polskiej szkole uczniowie nazywają kolegę „Żydkiem”, ponieważ ten nie chodzi na religię. Warto się zastanowić, co zaniedbaliśmy w edukacji naszych dzieci.
CDN...