diabollo
16.10.19, 19:19
"Jak to? Miałbym współdecydować o zarobkach szefa?!" - zawoła Polak. Tak robią w Volkswagenie
Wojciech Orliński
W Volkswagenie mają czterodniowy tydzień pracy, wcześniejsze emerytury i coroczną premię 4750 euro dla każdego.
Pojechałem do Wolfsburga, żeby zrozumieć, dlaczego Niemcy zarabiają więcej od Polaków. Zrozumiałem nie tylko to, ale też dodatkowo: dlaczego polski rząd nie radzi sobie na forum unijnym.
Wybrałem Wolfsburg, bo to siedziba koncernu Volkswagen, w którym pracownicy mają wyjątkowo silną reprezentację we władzach spółki. W niemieckich dużych firmach nie obowiązuje znana nam z Polski zasada „to moja firma, ja tu rządzę”. Konkretne rozwiązania zależą od rodzaju spółki (giełdowa czy zwykłe GmbH itd.), ale ogólnie każde komercyjne przedsiębiorstwo zatrudniające powyżej 500 pracowników musi ich dopuścić do współzarządzania.
„Jak to? Miałbym współdecydować o swoich zarobkach i o zarobkach mojego szefa?!” – zawoła Polak. Ja też nie umiałem sobie tego wyobrazić, dlatego poprosiłem o spotkanie z pracowniczymi reprezentantami w Volkswagenie.
Czy związkowcy krzyczą: „Nein!”
Wiedziałem z książek, że w tej firmie pracownicy mają wręcz przewagę, bo nie dość, że mają ustawową połowę (!) miejsc w radzie nadzorczej, to jeszcze zwyczajowo wspiera ich zasiadający w niej przedstawiciel landu Dolnej Saksonii (do którego z powodów historycznych należy tzw. złota akcja).
W Volkswagenie nie do pomyślenia byłaby więc taka sytuacja, jaka obecnie ma miejsce w General Motors. Tam prezeska zarządu Mary Barra ogłosiła plany gigantycznego zwolnienia zbiorowego obejmującego kilkanaście tysięcy pracowników i zamknięcie kilku zakładów – co zamieni całe miejscowości w strefy bezrobocia – a równocześnie wypłaciła sobie 28 milionów dolarów premii.
Skrytykowali ją za to prezydent Trump oraz związkowcy. Gdy piszę te słowa, w General Motors kolejny tydzień trwa strajk, który przynosi firmie setki milionów dolarów strat dziennie.
W Volkswagenie związkowcy bez potrzeby strajku mogą takie posunięcia zawetować. Mogą nawet odwołać zarząd, który by się wykazał takim antypracowniczym podejściem.
Tyle wiedziałem w teorii, ale nie umiałem sobie wyobrazić, jak to wygląda w praktyce. Prezes przedstawia swoje plany, a przedstawiciele związków krzyczą: „Nein!”, wyciągają flagi i rozpoczynają okupację sali? A może tylko się złośliwie uśmiechają, gdy projekt upada w tajnym głosowaniu?
Układałem sobie te pytania w głowie, idąc wzdłuż historycznego budynku Volkswagena na spotkanie z moimi rozmówcami. Budynek z 1938 roku sam w sobie jest wart obejrzenia, acz nie ma do niego swobodnego dostępu dla zwiedzających. Trzeba się umówić na spotkanie, pokazać w recepcji dokument i dostać przepustkę na teren fabryki.
Budynek zaprojektował Peter Koller, współpracownik Alberta Speera, i ma w sobie coś z Bauhausu, a coś z marszu z pochodniami. Emanuje funkcjonalnością i potęgą.
Jest zaprojektowany zgodnie z koncepcją miasta liniowego – identyczne hale fabryczne przeplatają się z identycznymi biurowcami wzdłuż prostej jak drut drogi, kanału i linii kolejowej. W razie potrzeby można było fabrykę rozwijać przez dostawianie kolejnych modułów.
Wejścia do biurowców zdobią płaskorzeźby symbolizujące kolejne cnoty niemieckiego społeczeństwa. Kilka płaskorzeźb skuto do gołego tynku, bo zapewne symbolizowały cnoty, które wyszły z mody już po siedmiu latach od przecięcia wstęgi przez Führera.
CDN...