diabollo
21.10.19, 07:33
"Zawsze była przeciwko aborcji". Dlaczego trzy studentki ukrywały ciąże? Wszystkie zostały oskarżone o zabójstwo dzieci po porodzie
Paweł Piotr Reszka
Motywem, dla którego zabiłam własne dziecko, był strach przed dalszym życiem.
Beata, 22 lata, studentka pedagogiki, noworodek w rzece.
Natalia, 22 lata, studentka bezpieczeństwa wewnętrznego, noworodek w piecu.
Julia, 20 lat, studentka pedagogiki, noworodek w pojemniku na pościel pod łóżkiem.
Historia Beaty. Co było nie tak z naszą rodziną?
Wieść bardzo szybko się rozniosła, mówili o tym już w radiu, ale matka Beaty dowiedziała się od koleżanki z pracy. Nad rzeką znaleziono martwego noworodka. Wtedy matkę Beaty coś ukłuło w sercu. Mariusz, partner Beaty, dowiedział się z radia, gdy jechał do pracy. Coś go tknęło. Najlepsza przyjaciółka Beaty poczuła niepokój.
Ciało zauważył spacerowicz. Zwrócił uwagę na pępowinę, falowała w wodzie.
Dom stoi trochę z boku wsi, parterowy, nieotynkowany, zwyczajny. Normalna rodzina – tak mówią sąsiedzi. To też ustalił kurator sądowy. Wywiad środowiskowy wypadł znakomicie. Nikt się na nich nie skarżył, nikt z nimi nie miał konfliktów. Nikt z rodziny nie nadużywał alkoholu, narkotyków, nie było tam głodu, przemocy, wyzwisk. – Rodzina chyba taka sama jak inne – powiedziała potem Beata psychiatrom przygotowującym opinię dla prokuratury.
Miała swój pokój, za ścianą spali rodzice. W osobnym mieszkała starsza o kilka lat siostra (po administracji pracowała w sekretariacie prywatnej firmy w mieście), brata stał pusty, bo ten wyprowadził się już na swoje. Ojciec na rolniczej emeryturze doglądał czterech byków, dużo czasu spędzał przed telewizorem. Matka – pracownik socjalny w gminnym ośrodku. Całe życie powtarzała Beacie, że trzeba mieć studia. Córka poszła na pedagogikę. Wybrała ten kierunek, bo kiedyś, jako szesnastolatka, pilnowała chłopca z zespołem Downa i uznała, że nieźle jej to wychodzi. Poza tym wydział był blisko dworca PKS. Zaliczyła dwa lata nauki.
Psycholog, który potem zbadał Beatę, uznał że ma ona ponadprzeciętną inteligencję.
Sąsiedzi nie powiedzą o niej złego słowa. Przed zajęciami, bladym świtem jeździła na brokuły, żeby dorobić, rodzinę odciążyć, zawsze chętna do pomocy i nieobojętna. Kiedyś zimą sąsiad, ksywa Budyń, zabalował i pod domem urwał mu się film. Zasnął w zaspie. Znalazła go Beata, zadzwoniła po pomoc. Uratowała człowieka po prostu.
Ale siostra Beaty uważa, że kiedy siostra odsiedzi wyrok, życia we wsi mieć już nie będzie.
– Bo tak jest w Polsce, nie oszukujmy się! – krzyczy. – Jak facet coś złego zrobi, to każdy oko przymknie, ludzie pogadają, pogadają i przestaną. A kobiecie nie wybaczą. Taką, co swojemu dziecku krzywdę zrobiła, najlepiej chyba zabić, zakopać gdzieś daleko i koniec.
Faktycznie, Budyń wyciągnięty z zaspy przez Beatę zeznawał potem na jej sprawie.
– Na całą okolicę się zhańbiła – oświadczył przed sądem.
Sobota, 14 października. Potem zeznała, że do południa była w pracy przy brokułach. Gdy skończyła się robota na polu, wsiadła w samochód i pojechała do Mariusza. Pomogła mu sprzątać garaż. Do domu wróciła pod wieczór. Usnęła w swoim pokoju.
Obudziła się w środku nocy, odeszły jej wody płodowe. Za ścianą spali rodzice. „Dało się wytrzymać, zacisnęłam zęby, zawsze byłam odporna na ból” – wyjaśniła potem.
Nożyczkami przecięła pępowinę. Dziecko zawinęła w podkoszulek. Ubrała się w dres, wyszła z domu. Przeszła przez pole kukurydzy, potem jeszcze kawałek drogą, nad skarpę. W sumie jakieś siedemset metrów. Włożyła dziecko do wody.
Nad brzegiem urodziła łożysko. Wyrzuciła je do rzeki, wróciła do domu, poszła spać. Rano się wykąpała, uprała prześcieradło, a podkoszulek spaliła.
Przez całą drogę nad rzekę ani razu nie spojrzała na dziecko, nie wiedziała, jakiej jest płci. Dowiedziała się, gdy znaleźli ciało. Była to dziewczynka.
Gdy niosła córkę nad rzekę, słyszała jej cichy płacz.
Tydzień później zgłosiła się na policję. Od kilku dni trwały poszukiwania matki dziecka. Policjanci sprawdzali szpitale w regionie, pytali lekarzy, czy po pomoc nie zgłosiła się kobieta tuż po porodzie.
Na komendę przyszła z receptą na tabletki antykoncepcyjne, które tego samego dnia zapisał jej lekarz w Lublinie (nie badał jej). Zaskoczonej policjantce wyjaśniła, że sąsiad, ksywa Budyń, opowiada o niej pod sklepem niestworzone historie, jakoby to dziecko w rzece miało być jej, ponieważ miała brzuch, a teraz już go nie ma. Sąsiad kłamie, chciała, by policja wzięła to pod uwagę. Powiedziała jeszcze, że właśnie była u ginekologa, który miał potwierdzić, że w ciąży nigdy nie była, proszę, oto dowód, recepta.
CDN...