Dodaj do ulubionych

Izba świętoszków.

15.12.19, 14:33
Izba świętoszków. Im mniej Polaków chodzi do kościoła, tym więcej posłów przysięga na Boga
Krzysztof Pacewicz

W historii III RP żaden rząd nie był tak ostentacyjnie religijny jak rząd PiS. Czyżby katolicyzm miał się w Polsce wyśmienicie? Wręcz przeciwnie, jest stanie rozkładu, a odpowiada za to jeden fundamentalny czynnik.

Liczby nie pozostawiaj wątpliwości – od 1989 roku religijność Polaków spada na łeb na szyję. W tym samym czasie jeszcze szybciej rośnie liczba posłów, którzy po przysiędze poselskiej dodają „Tak mi dopomóż Bóg” – w 1989 początku było ich ledwie 15 proc., dziś jest to aż 79 proc., czyli prawie wszyscy. Dlaczego nasz naród, jeszcze niedawno był tak bogobojny, porzuca wiarę? Dlaczego politycy idą w przeciwnym kierunku?

Jak trwoga, to do Boga
„Wiemy już, że przeraźliwe wrażenie dziecięcej bezradności obudziło potrzebę ochrony – ochrony przez miłość – potrzebę zaspokojoną przez ojca, a poznanie tego, iż owa bezradność utrzymuje się całe życie, spowodowało, że indywiduum zaczęło się kurczowo trzymać wiary w istnienie jednego – za to potężnego – ojca. Wiara w dobroduszne rządy boskiej Opatrzności koi lęk przed niebezpieczeństwami życia” – te słowa Zygmunta Freuda można potraktować jako rozwinięcie ludowej prawdy wyrażanej porzekadłem „jak trwoga, to do Boga”.
Poziom lęku zależy zaś głównie od czynników politycznych – stabilności militarnej, służby zdrowia, sprawiedliwych sądów, rynku pracy, zasiłków, bezpłatnej edukacji… Najwyższy poziom lęku odczuwają mieszkańcy najbiedniejszych państw o słabo rozwiniętym systemie zabezpieczenia socjalnego, a najniższy – mieszkańcy państw rozwiniętych.
Najbardziej religijnym regionem świata jest Afryka Subsaharyjska, gdzie 89 proc. mieszkańców deklaruje, że religia jest dla nich „bardzo ważna”, a najmniej – Europa, gdzie wskaźnik ten wynosi zaledwie 23 proc.


Wśród krajów najbardziej religijnych są zarówno muzułmańskie, jak i chrześcijańskie: Etiopia, Senegal, Indonezja, Pakistan, Mali, Afganistan, Filipiny… Słabo rozwinięte albo w głębokim kryzysie polityczno-ekonomicznym.

A Europa? Podobnie. Do najbardziej religijnych państw (w których powyżej 40 proc. mieszkańców mówi, że religia jest dla nich bardzo ważna) należą kraje europejskiego Południa: Rumunia, Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Chorwacja, a liderem jest… Grecja, z wynikiem 56 proc.
Polska – z wynikiem 30 proc. – jest nieco powyżej europejskiej średniej, ale bardziej religijni od nas są m.in. Portugalczycy. A jeśli uwzględnimy wyłącznie odpowiedzi Polaków przed 40. rokiem życia, to już tylko 16 proc. mówi, że religia jest dla nich bardzo ważna. To poniżej europejskiej średniej dla tej grupy wiekowej, która wynosi 19 proc.!


Najmniej religijne państwa świata to te nowoczesne, z dobrze rozwiniętymi zabezpieczeniami socjalnymi: Niemcy, Dania, Finlandia, Estonia, Szwajcaria, Francja. Niektóre były kiedyś protestanckie, inne katolickie; we wszystkich religia została zmarginalizowana.
Wszystko wskazuje na to, że Polska obecnie podąża ich drogą. Dlaczego?
Wiara - tak, Kościół - nie
Badania pokazują, że od kilkudziesięciu lat religijność spada praktycznie we wszystkich krajach rozwiniętych. A według raportu Pew Research Center z 2018 roku ze wszystkich 108 przebadanych państw najszybszy spadek obserwujemy w… Polsce.
Według danych samego Kościoła katolickiego jeszcze w 1989 roku ok. 50 proc. Polaków chodziło co niedzielę na mszę; dziś to poniżej 40 proc. i odsetek ten spada.

Owszem, Polacy dalej przodują, jeśli chodzi o odpowiedź na pytane „czy jesteś osobą wierzącą?”. W zależności od badania ok. 90 proc. respondentów odpowiada „tak” – ale co za tym idzie? Najlepiej widać to po Polakach poniżej 40 lat: według raportu Pew Research Center masowo określają się oni jako osoby wierzące (89 proc.), ale na msze chodzi 26 proc., codzienną modlitwę odmawia 14 proc., a 16 proc. ma przekonanie, że religia jest bardzo ważna.
Najszybciej od wiary odchodzą najmłodsi.
Wedle danych CBOS z 2018 roku tylko 63 proc. 18-latków wierzy w Boga i liczba ta spada w takim tempie, że jeśli ten trend się utrzyma, to już za siedem lat wierzący będą wśród młodych w mniejszości. W dużych miastach większość 18-latków zrezygnowała już z uczęszczania na lekcje religii – zostało ich tylko 44 proc. Wbrew nadziejom rządu PiS licea, zamiast być kuźnią chrześcijaństwa, stały się jego mogiłą.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Izba świętoszków. 15.12.19, 14:35
      Brakuje też powołań. Obecnie kształci się o 60 proc. mniej kleryków niż 20 lat temu. Kryzys powołań jest tak głęboki, że w marcu kapłani z diecezji sosnowieckiej z biskupem na czele postanowili pościć w intencji wzrostu powołań. W seminarium duchownym na pierwszym roku kształcił się bowiem tylko jeden kleryk.
      Czy modły wystarczą? Wątpliwe. Spadek dotyczy całej Europy. W Niemczech sytuacja jest tak poważna, że Kościół importuje tysiące księży (głównie z Polski i Indii), bo z seminariów wychodzi ich 10-krotnie mniej niż w latach 60. A księża z importu okazują się zbyt konserwatywni wobec oczekiwań resztki niemieckich katolików.
      Co to oznacza? Że w Polsce kryzys wydarzył się nieco później, ale przechodzimy go gwałtownie.
      Skąd ten dramatyczny spadek religijności?
      Polska normalna, tylko ten pech
      Polska to dość przeciętny kraj w Europie Środkowej, ale w XVIII wieku wpadliśmy w polityczne bagno. Przyczyną było nasze geopolityczne położenie. Upraszczając – Polska to jedyna lądowa droga, którą można wygodnie przejechać konno albo czołgiem z Azji do Europy lub na odwrót. Jeśli dołożymy do tego krótkowzrocznych przywódców, którzy powstrzymywali reformy gospodarcze, nie chcąc zagrozić uprzywilejowanej pozycji szlachty, mamy przepis na katastrofę.

      Popadliśmy w stagnację, depresję i częściowo zawiniony niedorozwój. Zamiast, jak nasi sąsiedzi, wybić się na nowoczesność, długo byliśmy jej ofiarą. Rozwój gospodarczy był powolny, a regularne przegrane wojny i powstania niszczyły resztki poczucia stabilności. Całe pokolenia wychowywały się w lęku, czego nasza ponura kultura narodowa jest smutnym dowodem.
      Przez dwa wieki byliśmy poszarpani przez wojny i biedę, ratunku szukano w fundamentalizmie religijnym. Lata PRL to zabory soft: obyło się bez wojen, przegranych powstań, ale władza – de facto okupacyjna – nie budziła zaufania. Potrzebna była religia jako reduktor lęków. A polski katolicyzm nie tylko niósł ze sobą osobiste pocieszenie życia, ale też spajał tożsamość narodową.
      Dziś w dorosłość wchodzi pierwsza generacja nowoczesnych Polaków wychowana bez traum wojny, kryzysów, urodzona w demokracji, która stara się jako tako spełniać kryteria nowoczesnego państwa bezpieczeństwa socjalnego z darmową edukacją i służbą zdrowia czy zasiłkami dla bezrobotnych.

      Dla tej generacji religia jest zbędna. Zostanie niewielka grupa osób, która ma psychologiczne predyspozycje do żarliwej wiary czy fundamentalizmu religijnego. Możliwe nawet, że jeszcze długo młodzi Polacy będą święcili koszyczek na Wielkanoc, jedli karpia na wigilię, podobnie jak Amerykanie pieką indyka w Święto Dziękczynienia, ale wiara nie ma już wpływu na ich życiowe wybory. Chrześcijaństwo straciło wśród nich rząd dusz, wyparte zostało przez modernizację: wzrost PKB, rozwój państwa bezpieczeństwa socjalnego, powszechną edukację wyższą.
      Kościół, jak sądzę, nie odzyska już polskich dusz, chyba że spotka nas katastrofa o ogromnej skali.
      Z tego punktu widzenia może się okazać, że program 500 plus – to oznacza więcej stabilności finansowej – jeszcze przyspieszy proces laicyzacji, bo zniknie niepewność, pożywka dla religii.
      Wystarczy spojrzeć na USA – kraj bardzo rozwinięty gospodarczo, w którym jednak brak powszechnego zabezpieczenia społecznego powoduje, że ogromna część społeczeństwa żyje w lęku przed poważną chorobą czy utratą pracy. Aż 53 proc. Amerykanów mówi więc, że religia jest dla nich bardzo ważna – to podobny poziom jak w Bośni i Hercegowinie, Tadżykistanie albo Libanie.
      Szarża słabnących biskupów
      Dlaczego więc w tej epoce bezprecedensowej laicyzacji polski premier czy prezydent klękają przed biskupami, bujają się, trzymając za ręce, w rytm kościelnych pieśni?
      W geopolityce funkcjonuje koncepcja, wedle której imperium jest najgroźniejsze nie w momencie swojej największej siły, ale wtedy, gdy traci już na potędze. Wojna zaczepna jest w takim wypadku kosztowną, ale jedyną możliwą próbą powstrzymania nadchodzącego upadku. Kościół katolicki w Polsce znalazł się właśnie na takiej pozycji – w szybkim tempie traci wiernych, kapłanów i pozycję społeczną, nie mówiąc już o wizerunku. Biskupi wypowiedzieli więc społeczeństwu wojnę – to ostatni moment, w którym mają jeszcze na tyle dużą władzę, że są w stanie podjąć walkę.
      Bo młodzi nie zastanawiają się, czy seks przedmałżeński to grzech, ale wezmą ślub w kościele. Jesteśmy więc w fazie hipokryzji – niewierzący/praktykujący, a przez to podatni na kościelny szantaż.
      Biskupom udało się przepchnąć reformy, jak zakaz aborcji, ale zniechęciło to do Kościoła osoby bardziej liberalne, lepiej wykształcone, a przede wszystkim najmłodszych. Te grupy zaś stanowią ok. połowy społeczeństwa, a za kilkanaście lat będą w większości.
      Krzysztof Pacewicz – ur. w 1989 r., socjolog, redaktor „Gazety Wyborczej”

      wyborcza.pl/magazyn/7,124059,25511262,izba-swietoszkow-im-mniej-polakow-chodzi-do-kosciola-tym-wiecej.html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka