diabollo
01.02.20, 08:55
Pamiętaj, że ponad Kaczyńskim, Nixonem czy Budką stoją sądy. Wybieraj wierność przepisom, a nie swojemu liderowi
Wojciech Orliński
Spójrzmy na demokrację amerykańską: ma nieprzerwaną ciągłość ustrojową od prawie 250 lat. Wiele państw próbowało kopiować amerykański ustrój i to się nie udawało. Dlaczego?
Nie jestem historykiem ani konstytucjonalistą, jestem po prostu człowiekiem, który lubi czytać książki. Streszczę państwu odpowiedź, którą w nich znalazłem: sekretem jest autorytet władzy sądowniczej.
Ciekawie ilustruje to historia Meksyku. Nawet nazwa tego państwa przypomina nazwę USA – oficjalnie Meksyk to Estados Unidos Mexicanos (EUM), czyli Meksykańskie Stany Zjednoczone.
Poza nazwą Meksykanie kilkakrotnie robili podejście do skopiowania ustroju USA i zazwyczaj szybko kończyło się to wojną domową. Bardzo interesująca miała miejsce w 1876 roku, bo podczas niej pytanie – które dziś czasem zadajemy sobie ironicznie – „Ile dywizji ma Sąd Najwyższy?”, zadawano całkiem serio.
Wybory prezydenckie wygrał wtedy liberał Sebastián Lerdo de Tejada. Generał Porfirio Diaz, jego oponent, nie uznał wyniku i uciekł do USA, by budować tam własną armię.
Sąd Najwyższy potwierdził, że wybory były nieuczciwe. W tej sytuacji konstytucja przekazywała tymczasową władzę prezesowi SN Josému Marii Iglesiasowi.
Prezydent Lerdo de Tejada nie uznał tego wyroku. Kazał aresztować prezesa Sądu Najwyższego (już „bez żadnego trybu”), ten jednak w porę uciekł ze stolicy.
Wojska wierne prezesowi w szczytowym momencie kontrolowały pięć z 32 meksykańskich stanów. Ostatecznie armia rządowa rozbiła je w bitwie pod Los Adobes, bodajże najbardziej spektakularnym przykładzie konfliktu władzy wykonawczej z władzą sądowniczą.
Potem zaś generał Porfirio Diaz wrócił ze swoją armią, rozbił wojska prezydenta i ustanowił dyktaturę, która trwała do 1911 roku. Tak się kończy ignorowanie wyroków Sądu Najwyższego!
Sąd Najwyższy USA superarbitrem
Demokracja w USA też miała kilka trudnych chwil, właśnie przeżywa kolejną. Wychodziła z nich obronną ręką dlatego, że wszystkie strony konfliktu politycznego szanowały prawo i sądy.
W 1973 roku amerykańska prokuratura wszczęła postępowanie przeciwko prezydentowi Nixonowi w związku z aferą Watergate. Prokuratura podlega prezydentowi – w teorii prezydent mógł więc wydać polecenie wstrzymania postępowania przeciw sobie samemu.
Nixon podjął taką próbę w nocy z 20 na 21 października. Był weekend, więc wydarzenia przeszły do historii jako „masakra sobotniej nocy”.
Prokurator generalny Elliot Richardson odmówił wykonania polecenia i złożył dymisję. Nixon wydał polecenie jego zastępcy – z tym samym skutkiem.
Nixon zwalniał kolejnych ludzi, aż w końcu do niego dotarło, że nie da rady zwolnić wszystkich prokuratorów w USA.
Śledztwo kontynuował prokurator Leon Jaworski (syn polskiego imigranta). Nixon przegrał.
Większość ludzi, których zwalniał, była (kiedyś) jego zwolennikami. W chwili próby wybrali jednak wierność przepisom.
Skąd ta postawa? U zarania amerykańskiej republiki Sąd Najwyższy wywalczył sobie pozycję superarbitra, który w sytuacjach kryzysowych staje ponad władzą wykonawczą i ustawodawczą.
Dokonał tego sędzia John Marshall, pierwszy prezes Sądu Najwyższego USA. Historycy często o nim piszą tak, jakby po prostu miał na imię „Prezes Sądu” („Chief Justice Marshall”).
Wyszła właśnie książka na ten temat autorstwa dr. Sebastiana Kubasa, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Jagiellońskiego, „Warta na obrzeżach konstytucji”. Wynika z niej, że ojcowie założyciele w ogóle nie przewidzieli sytuacji konfliktowych, w których np. jedna partia kontroluje Senat, a druga ma prezydenta.
CDN...