diabollo
08.03.20, 11:48
Zakazana antykoncepcja i tęsknota za zabijaniem homoseksualistów. Jeszcze nie, ale już za progiem
Katarzyna Wężyk
Lobbyści średniowiecznych reguł prą do władzy "Przygotuj kolację, przygotuj siebie, przygotuj dzieci, ogranicz wszelki hałas, wysłuchaj go, niech wieczór będzie dla niego". Wraca licealny podręcznik z lat 50.
– Kochanie, jestem w domu! – mówi George i rzuca kapelusz na wieszak. W salonie czeka na niego Betty, żona idealna, w szpilkach i fartuszku na rozkloszowanej sukience, dwójka uroczych nastoletnich dzieci oraz obfita kolacja. Parkerowie mieszkają w idyllicznym osiedlu z lat 50.: jednorodzinne domki z białym płotem, zero przemocy i seksu (nawet małżeństwa śpią osobno), straż pożarna zdejmuje koty z drzew, deszcz nie pada, a wszystkie piłki rzucane przez licealną drużynę koszykarską trafiają do kosza. To świat bezpieczny, który cię otuli. Prosty i czarno-biały. Dosłownie – Pleasantville to miasteczko z serialu z epoki.
Gdy do tego świata trafia rodzeństwo z lat 90., David, fan serialu, początkowo jest wniebowzięty. Szybko jednak zaczyna dostrzegać jego ograniczenia. Świat poza Pleasantville nie istnieje, książki mają puste strony, a Betty chyba nie jest szczęśliwa. Tymczasem jego siostra beztrosko uświadamia seksualnie nastolatki i serialową matkę, a czarno-biały świat zaczyna nabierać kolorów...
W „Miasteczku Pleasantville”, filmowej reklamie rewolucji kulturowej lat 60., kolor jest metaforą wolności, otwarcia i samorealizacji poza dominującym schematem. Ale i krytyka lat 50. nie wypada szczególnie zjadliwie: owszem, jest trochę duszno, ale zasadniczo Pleasantville skąpane jest w wygładzającym kanty świetle nostalgii – obłe krążowniki szos, skarpetki do oksfordów i mleczne koktajle z bitą śmietaną wyglądają bardzo fotogenicznie. Bo gdyby naprawdę zajrzeć pod podszewkę idealnego miasteczka amerykańskiego lat 50., obraz byłby dużo mniej przyjemny.
Dla wszystkich poza Georgem.
Depresja pod uśmiechem
Po pierwsze, byłby to świat totalnie biały. Amerykanów o innym kolorze skóry, zwłaszcza czarnym, na idyllicznych przedmieściach nie ma – chyba że w roli służących. Nie stać ich na te urocze domki, a prawo (na Północy) i terror (na Południu) to strażnicy ich izolacji.
Po drugie, wszyscy byliby heteroseksualni, przynajmniej oficjalnie. Do lat 60. „sodomia” – czyli homoseksualizm – była przestępstwem w każdym stanie, karanym więzieniem lub ciężkimi robotami.
Po trzecie, te radosne panie domu powitalnym uśmiechem przykrywały depresję, uzależnienie od leków, a przede wszystkim to, co Betty Friedan nazwała „problemem, który nie ma nazwy”, frustrację, że spełnienie się w roli matki i żony jakoś je ominęło. W latach 50. jedyną akceptowalną ścieżką życia dla kobiety było małżeństwo i macierzyństwo. „Przygotuj kolację, przygotuj siebie, przygotuj dzieci, ogranicz wszelki hałas, bądź szczęśliwa, że go widzisz, wysłuchaj go, niech wieczór będzie dla niego” – czytały dziewczęta w licealnym podręczniku. Na studia szły, by znaleźć męża, i nie były to najlepsze uniwersytety, bo te do późnych lat 60. kobiet nie wpuszczały. Pozbawione edukacyjnych ambicji lub funduszy na naukę mogły pracować jako sekretarki albo pielęgniarki – do czasu, aż usidliły dyrektora lub lekarza. Praca ledwo się kalkulowała: kobieta dostawała 59 procent tego, co kolega na tym samym stanowisku, jeśli w ogóle ją do tego stanowiska dopuszczono. A ciąża oznaczała zwolnienie.
Seksu przed ślubem porządne dziewczyny nie uprawiały, zwłaszcza że wiązał się z konsekwencjami: do 1960 r., gdy wprowadzono na rynek pigułki, nie było skutecznego środka antykoncepcyjnego, a i potem lekarze przepisywali je początkowo tylko mężatkom. Nieślubne dziecko było wstydem, piętnem, dlatego dziewczyny chwytały się desperackich metod. Legalna była wyłącznie aborcja ze względów zdrowotnych, dla ratowania życia, na którą musiał zgodzić się szpitalny komitet złożony z mężczyzn.
Bez zgody męża kobieta nie mogła założyć konta ani dostać karty kredytowej.
Spisek naprawdę istnieje
„Miasteczko Pleasantville” to obraz wyidealizowany jeszcze z jednego powodu. Nakręcone w 1998 r., w czasach „końca historii”, pokazuje świat przepełniony wiarą w to, że liberalne wartości są uniwersalne, że wolność – w sferze obyczajowej, ale też artystycznej czy intelektualnej (Jennifer staje się kolorowa, gdy po raz pierwszy przeczyta książkę) – jest czymś jednoznacznie dobrym, że świat będzie już tylko nabierał kolorów.
Wiara ta okazała się równie naiwna jak przekonanie o nieuchronnym triumfie liberalnej demokracji.
CDN...