diabollo
13.03.20, 19:36
Obirek: Jan Paweł II uznał, że ci, którzy w sprawach seksualności nie podzielają jego poglądów, po prostu nie mają racji
wywiad
Artur Nowak
- Jan Paweł II utożsamiał Kościół ze sobą. Chciał nadawać ton, być głównym aktorem. Może to emanacja jego marzeń dotyczących kariery aktorskiej. Mam wrażenie, że nie mógł zaakceptować tego, że ktoś jest mądrzejszy od niego - mówi prof. Stanisław Obirek, historyk, teolog, były jezuita.
Fragment książki „Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła? Stanisław Obirek w rozmowie z Arturem Nowakiem”, Wydawnictwo Agora
Artur Nowak: Jak opisałbyś pontyfikat Jana Pawła II?
Stanisław Obirek: To była centralizacja władzy i ręczne sterowanie lokalnymi episkopatami. W praktyce oznaczało to rosnącą polaryzację w samym Kościele i wzmożenie nastrojów antywatykańskich. Teologowie nie byli w stanie zaakceptować autorytarnego języka kurii rzymskiej i napięcie między nimi a kongregacjami rzymskimi było coraz większe. Jedynym wyjątkiem był katolicyzm polski. Tutaj zarówno biskupi, jak i teologowie byli zachwyceni naszym polskim papieżem. W praktyce oznaczało to całkowite podporządkowanie myślenia teologicznego Watykanowi. Powiedziałbym nawet: zupełne wyłączenie myślenia. Poza tym mieliśmy do czynienia ze wzmocnieniem przekonania o nieomylności papieskiej, co zamiast pożytków przyniosło szkody.
Co masz na myśli?
– Dogmat o nieomylności papieskiej został ogłoszony na Soborze Watykańskim I w 1870 roku. Papież Pius IX był przekonany, że to nieodzowne, by wzmocnić autorytet papiestwa. Nie wyszło to Kościołowi na dobre – od razu nastąpił podział na tych, którzy ten dogmat uznali, i tych, którzy byli mu przeciwni.
Ta nieomylność ograniczała się do spraw wiary i moralności.
– I na szczęście papieże rzadko z tego wątpliwego przywileju korzystali. Był on w całkowitej kontrze do tego, co mówią nam badania historyczne o papieżach. Jak wiemy, następcy świętego Piotra często się mylili i ich następcy musieli korygować ich błędy albo – w najlepszym przypadku – wstydliwie je przemilczać. Najbardziej wyrazistym przykładem jest stosunek do ludzkiego sumienia i wolności religijnej. Wspomniany Pius IX uważał, że nic takiego jak wolność religijna nie istnieje, a sumienie wiernego ma być całkowicie podporządkowane nauce autorytetu papieskiego. Sobór Watykański II ogłosił coś wręcz przeciwnego. Że najważniejszym autorytetem, najwyższą instancją dla wierzącego katolika jest jego własne sumienie, a jego niezbywalnym prawem – wolność wyboru, również w sprawach religijnych.
Na dziś wielkim wyzwaniem jest encyklika „Humanae vitae” z jej restrykcyjnym podejściem do spraw związanych z kontrolą urodzeń. Jan Paweł II był bardzo za ten dokument krytykowany. Dlaczego krytykowano właśnie Wojtyłę, a nie jego poprzedników?
– Faktycznym sprawcą tego nieszczęścia był Paweł VI, który wydał ową encyklikę pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. Stało się to za sprawą niewielkiej grupy biskupów, w tym i Wojtyły, którzy tak długo ten dokument forsowali, aż wreszcie przekonali Pawła VI do tej konserwatywnej opcji.
Stało się to w roku 1968. Wielu teologów nie zgadzało się z tak bardzo restrykcyjnym podejściem do spraw związanych z używaniem kondomów czy pigułek antykoncepcyjnych. W tamtych czasach różnica zdań była czymś normalnym na wydziałach teologicznych. Nikogo to nie gorszyło, że podawano w wątpliwość założenia tego dokumentu. Potem, z nastaniem pontyfikatu Polaka, dyskusję na temat stosunku Kościoła do antykoncepcji zamknięto.
I zaraz o tym opowiesz. Warto może jednak przypomnieć zupełnie niezwykły dokument traktujący o seksualności autorstwa Kongregacji Nauki Wiary. Chodzi o deklarację „Persona humana” wydaną w 1975 roku, a więc na kilka lat przed przyjściem Wojtyły do Watykanu. Co można powiedzieć o tym dokumencie?
– Dobrze, że o nim wspominasz. To tekst zdumiewający, właściwie kładący podwaliny pod fundamentalistyczny pontyfikat polskiego papieża. Być może jednym z powodów, dla których Wojtyła w 1978 roku został papieżem, było przekonanie, że skoro taka konserwatywna antropologia jest mu bliska, będzie jej konsekwentnie bronił. Otóż jak wskazuje sam tytuł dokumentu (polski przekład to „Osoba ludzka”), jest w nim mowa przede wszystkim o rozumieniu człowieka przez ówczesną najważniejszą kongregację watykańską. A to ona wyznacza standardy nauczania na katolickich wydziałach filozoficznych i teologicznych.
Jak kongregacja widziała człowieka?
– W pewnym kontekście. Przede wszystkim w tym dokumencie jest mowa o współczesnej kulturze, która nadmiernie podkreśla seksualność, co prowadzi niechybnie do zepsucia obyczajów i demoralizacji. „W tym samym czasie nasiliło się zepsucie obyczajów, którego najpoważniejszą oznaką jest nadawanie przesadnego znaczenia płciowości. Przez środki społecznego przekazu oraz widowiska zepsucie zaszło tak daleko, że przeniknęło do wychowania i skaziło mentalność”. Kościół staje więc obok, a nawet ponad człowiekiem i z pozycji wyższości ocenia go jako niemoralnego. Co więcej, autorzy tej deklaracji odwołują się do takich pojęć jak natura ludzka czy prawo objawione jako jedyne źródło moralności i stygmatyzuje tych, którzy uznają te abstrakcyjne pojęcia za niewystarczające.
Tak do dziś twierdzą nasi biskupi.
– Tyle że to nie jest poważna merytoryczna debata, ale narzucanie własnego stanowiska z pozycji siły. Ten rys znajdziemy w późniejszych tekstach Ratzingera i Wojtyły.
W dokumencie „Persona humana” pojawia się też zdecydowane przeciwstawienie świata Kościołowi. To radykalne odejście od ducha Soboru Watykańskiego II, który podkreślał postawę otwarcia i dialogu ze światem. Wystarczy przywołać takie oto zdanie z „Persona humana”, by wszystko stało się jasne: „W tej dziedzinie istnieją zasady i normy, które Kościół bez żadnej wątpliwości zawsze przekazywał w swoim nauczaniu, chociażby stały im na przeszkodzie poglądy i obyczaje świata”. Z taką postawą nie można dyskutować, trzeba pokornie przyjąć narzucane stanowisko.
CDN...