Dodaj do ulubionych

'Kochaj bliźniego swego jak siebie samego'

05.04.20, 00:53

Lacan powiedział, że z pewnością jest coś ironicznego w nakazie Chrystusa, by kochać bliźniego swego jak siebie samego – ponieważ tak naprawdę – oczywiście – ludzie nienawidzą siebie. Ale można też powiedzieć, że – biorąc pod uwagę to, jak ludzie się traktują – być może zawsze kochali swoich sąsiadów w taki sam sposób, w jaki siebie kochali: to znaczy z dużą dozą okrucieństwa i lekceważenia. „W końcu - pisze Lacan - ludzie, którzy poszli za Chrystusem, nie byli znowu tacy błyskotliwi”. Lacan pośrednio porównuje Chrystusa z Freudem, wielu zwolenników którego, w opinii Lacana, zdradziło jego wizję, czytając go w niewłaściwy sposób. Można by zrozumieć, że Lacan powiedział, że z Freudowskiego punktu widzenia historia Chrystusa o miłości była przykrywką, represją i samoleczeniem ambiwalencji. W wizji Freuda jesteśmy przede wszystkim zwierzętami ambiwalentnymi: gdziekolwiek i kiedykolwiek nienawidzimy, kochamy, a gdziekolwiek kochamy, nienawidzimy. Jeśli ktoś może nas zadowolić, to może nas sfrustrować; a jeśli ktoś może nas sfrustrować, zawsze wierzymy, że może nas zadowolić. A kto frustruje nas bardziej niż my nas samych?

Ambiwalencja w opowieści Freudowskiej nie oznacza mieszanych uczuć, oznacza przeciwstawne uczucia. „Ambiwalencję należy odróżnić od mieszanych uczuć wobec kogoś” - pisze Charles Rycroft w swoim odpowiednio zatytułowanym A Critical Dictionary of Psychoanalysis: „Odnosi się ona do leżącej u podstaw postawy emocjonalnej, w której sprzeczne postawy wywodzą się ze wspólnego źródła i są od siebie współzależne, podczas gdy mieszane uczucia mogą opierać się na realistycznej ocenie niedoskonałości przedmiotu”. Miłość i nienawiść - to zbyt proste słownictwo, a więc nigdy nie do końca właściwe nazwy - są wspólnym źródłem, żywiołami uczuć, którymi pojmujemy świat; są współzależne w tym sensie, że nie można mieć jednego bez drugiego i wzajemnie się informują. Sposób, w jaki nienawidzimy ludzi, zależy od tego, w jaki sposób ich kochamy i odwrotnie. Według psychoanalizy te sprzeczne uczucia wchodzą we wszystko, co robimy. W opinii Freuda jesteśmy ambiwalentni w stosunku do wszystkich i wszystkiego, co jest dla nas ważne; w rzeczywistości ambiwalencja to sposób, w jaki rozpoznajemy, że ktoś lub coś stało się dla nas znaczące. Oznacza to, że jesteśmy ambiwalentni co do ambiwalencji, miłości i nienawiści, seksu i przyjemności, siebie nawzajem i nas samych, i tak dalej; wszędzie tam, gdzie jest obiekt pożądania, musi być ambiwalencja. Ale naleganie Freuda na naszą ambiwalencję, na ludzi tak zasadniczo ambiwalentnych zwierząt, jest również sposobem na powiedzenie, że nigdy nie jesteśmy tak posłuszni, jak się wydaje: że tam, gdzie jest oddanie, zawsze jest protest, tam, gdzie jest zaufanie, jest podejrzenie, tam gdzie jest nienawiść do samego siebie lub poczucie winy, jest też miłość do siebie. Możemy nie być w stanie wyobrazić sobie życia, w którym nie spędzamy dużej ilości czasu krytykując siebie i innych; ale powinniśmy pamiętać o miłości do samych siebie, która zawsze gra najważniejszą rolę. Samokrytyka może być naszym najbardziej nieprzyjemnym - naszym najbardziej sadomasochistycznym - sposobem kochania siebie.

Nigdy nie jesteśmy tak dobrzy, jak być powinniśmy; i wydaje się, że nie są też inni ludzie. Życie bez tak zwanej zdolności krytycznej wydawałoby się idiotyzmem: czym w końcu jesteśmy, jak nie naszą zdolnością i mocą rozróżniania, naszymi gustami, ‘przemocą’ naszych preferencji? Samokrytyka i jaźń jako moc krytyczna są niezbędne dla naszego zmysłu, naszego obrazu naszych tak zwanych „ja”. Nic nie czyni nas bardziej krytycznymi - bardziej podejrzliwymi, przerażonymi lub nawet lekko rozbawionymi - niż sugestia, że powinniśmy porzucić całą tę nieustępliwą krytykę, że powinniśmy mniej ulegać jej naciskom i zacząć naprawdę kochać siebie. Ale ta samokrytyczna część nas samych, ta część, którą Freud nazywa super-ego, ma pewne uderzające wady: jest niezwykle ograniczona; ma niezwykle zubożone słownictwo; i jest, jak każdy propagandysta, nieustępliwie powtarzalna. Jest to okropnie zastraszające - Lacan pisze o „obscenicznym super-ego” - i nigdy nie przynosi nam żadnych wiadomości o nas samych. Zawsze są tylko dwie lub trzy rzeczy, o które bez końca się oskarżamy, i są one zbyt dobrze znane; ‘płyta, co się zacięła’, jak mówimy, ale w obu znaczeniach - super-ego jest powtarzalne. Jest to zapis utknięty w przeszłości („coś tam strasznie nie jest źle”, ta linia z Becketta ‘Worstward Ho’ jest dokładnie tym, czego nie wolno nam powiedzieć) i nalega na umniejszenie nas. Krótko mówiąc, super-ego nie ma wyobraźni; zarówno na temat moralności, jak i na temat nas samych. Gdybyśmy mieli spotkać się z tą postacią towarzysko, z tą oskarżycielską kreaturą, z tym wewnętrznym krytykiem, bezlitosnym poszukiwaczem błędów, pomyślelibyśmy, że coś z nim jest poważnie nie tak.
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka