diabollo
22.04.20, 07:37
Granatowa policja odpowiada za 80 proc. mordów na ukrywających się Żydach
Dawid Warszawski
Granatowa policja nie tylko odgrywała ważną, a miejscami zasadniczą rolę w niemieckim projekcie zagłady Żydów, ale też niejednokrotnie jej funkcjonariusze mordowali na własną rękę.
Nowa wiedza budzi zawsze zaskoczenie.
- A więc to tak? – pytamy, usiłując wbudować to, czego żeśmy się właśnie dowiedzieli w gmachu naszej dotychczasowej wiedzy, często go przy tym z konieczności przebudowując.
Ale zaskoczenie ma też często inny wymiar.
– To tego żeśmy nie wiedzieli? – pytamy, odkrywając, że nie tyle musimy przebudować ten gmach, co zauważyć, że w miejscu, w którym mamy tę nową wiedzę wbudować, przedtem nie było nic prócz złudzenia.
Nowa książka Jana Grabowskiego o roli policji granatowej w Zagładzie budzi w czytelniku oba rodzaje zaskoczenia.
Oburzenie, a potem cisza
Grabowski jest typem badacza, który łączy w sobie benedyktyński trud kwerendarza z polemiczną pasją publicysty. Ta druga często daje znać o sobie w jego publicznych wystąpieniach, ale w pracach historycznych Grabowski nie pozwala sobie na takie pofolgowanie. Po prostu cierpliwie zbiera, jeden za drugim, papierek do papierka, uważnie je porównuje i bada, a potem pisze, spokojnie i z namysłem, co mu z tego badania wynikło.
Tak było z jego pierwszą dużą monografią „Judenjagd” z 2011 r., w której zbadał wszystkie dostępne w archiwach dokumenty na temat ukrywania się Żydów w powiecie Dąbrowa Tarnowska w latach 1942-45 i wyliczył, że za sprawą Polaków, którzy ich albo zabili sami, albo wydali w ręce Niemców na śmierć, zginęło ich trzy czwarte.
Inaczej niż „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa, którzy 10 lat wcześniej spowodowali ogólnonarodową dyskusję, „Judenjagd” wywołał wprawdzie miejscami oburzenie, ale świadomości nie przeorał. „Sąsiedzi” byli pierwsi i – jako rekonstrukcja wydarzeń – stwarzali pole do polemiki.
Ale jak polemizować z dokumentami? Można się co najwyżej oburzać, że wynika z nich nie to, co by się chciało.
Podobnie było z monumentalną monografią wydaną pod redakcją Grabowskiego i Barbary Engelking: „Dalej jest noc”. Oburzenie, a potem milczenie. Można się spodziewać, że tak będzie też w tym przypadku – tym bardziej że epidemia zwróciła uwagę Polaków w zupełnie innym kierunku.
Mordowali z własnej woli
Tymczasem po lekturze jego nowej książki uświadamiamy sobie, że historia policji granatowej – a także, co ważne, straży pożarnej i Baudienstu (Służby Budowlanej) – stanowi w naszej wiedzy o okupacji czarną dziurę. Wyszło na ten temat ledwie kilka prac; autor ukazuje ich słabości. Zaś wiedza potoczna wygląda mniej więcej tak: to była wstydliwa sprawa, wysługiwanie się wrogowi – ale co mieli policjanci robić, zwłaszcza że władze polskie nakazały im przecież, by zostali na posterunku, a Niemcy by ich zabili za zejście z niego?
Kombinowali, jak mogli, wielu pomagało podziemiu (co potwierdza cytowany przez Grabowskiego komendant formacji, który szacował, że w podziemiu działa połowa jego funkcjonariuszy), choć było też sporo szkodliwych drani, jak to w policji. Próby oficjalnej rehabilitacji policji granatowej się jak dotąd nie powiodły – choć po obchodach rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej wszystkiego się można spodziewać. Ale nie uważa się na ogół, by sama służba w tej formacji hańbiła.
CDN...