diabollo
17.05.20, 10:47
Wojciech Orliński
"Od pięciu lat słyszę o śmierci demokracji. A ona ciągle nie umarła". Co to za argument?
Kto tak argumentuje, jest jak Włoch, który w 1927 r. mówi: "Nowa ordynacja to śmierć demokracji? Słyszałem to już pięć lat temu, gdy Mussolini maszerował na Rzym".
Jak wielu dziennikarzy „Wyborczej” uważam, że demokracja polska jest w kryzysie i trwa pełzający zamach stanu. Sama ta teza budzi kontrowersje nie tylko wśród zwolenników obecnej władzy, ale także wśród osób, które z braku lepszego określenia nazwijmy symetrystami.
Na takie dictum zwykle przewracają oczami, mówią: „Ach, nie przesadzaj, Wojtku”, i używają jednego z dwóch kontrargumentów: (a) ileż to już razy słyszeliśmy o śmierci demokracji – skoro wciąż o tym słyszymy, to znaczy, że ma się dobrze i (b) przecież PiS wybrano demokratycznie, a więc wszystko, co robi, jest demokratyczne.
Chciałbym zbiorczo odpowiedzieć na oba te argumenty, odwołując się do konkretnych przypadków upadków demokracji w Europie w ciągu ostatnich 100 lat. Ramy czasowe i geograficzne przyjąłem dlatego, że gdybym uwzględnił Amerykę Łacińską albo włoskie republiki z czasu wojen gibelinów i gwelfów, to pod koniec tego felietonu byłbym alfabetycznie dopiero między Boliwią a Bolonią.
Te ramy pozwalają mi to zawęzić do 14 przypadków (alfabetycznie): Austria (1933-34), Estonia (1934-38), Grecja (1935-36), Grecja (1967-73), Hiszpania (1936-39), Jugosławia (1929-31), Litwa (1926-29), Łotwa (1934-36), Niemcy (1931-33), Polska (1926-35), Portugalia (1926-33/65), Rumunia (1938-41), Węgry (1932-38), Włochy (1922-29). Pominąłem kraje niesuwerenne w rodzaju marionetkowych reżimów tworzonych przez faszystowskie Niemcy i Włochy.
W kilku przypadkach musiałem podjąć arbitralne decyzje. Pomijam przedwojenną Albanię, bo przez cały czas była najpierw de facto, a potem de iure włoskim protektoratem. Niechaj też ambasada Bułgarii mi to wybaczy, ale uważam, że za cara Borysa nawet nie próbowano w tym kraju robić demokratycznych wyborów, a w Rumunii, Jugosławii i na Węgrzech do pewnego czasu jednak tak.
Za początek końca demokracji przyjmuję obalenie pierwszego konstytucyjnego organu władzy (premiera, prezydenta, sądu najwyższego itd.), za koniec – moment, w którym przestały już być możliwe wielopartyjne wybory. Tu też nie obeszło się bez arbitralnych decyzji – bo kiedy na przykład demokracja umarła w Polsce przedwojennej? Przyjąłem datę najkorzystniejszą dla sanacji, czyli pierwsze wybory otwarcie niedemokratyczne, ale można też wskazać sfałszowane wybory brzeskie (1928).
Z Portugalią jest jeszcze większy problem, dlatego podałem dwie daty końca demokracji. Przez pierwsze ćwierć wieku dyktatury Salazara odbywały się tam powszechne wybory prezydenckie, które formalnie rzecz biorąc, były wolne i pluralistyczne.
Szkopuł w tym, że tylko kandydat partii rządzącej mógł swobodnie prowadzić kampanię w mediach publicznych. W kraju analfabetów dawało mu to bezpieczną większość aż do pojawienia się charyzmatycznego przywódcy opozycji, generała Humberta Delgado.
Żeby nie dopuścić do jego wygranej, reżim Salazara zmienił ordynację, a potem dla pewności zamordował generała. Można więc powiedzieć, że demokracja w Portugalii umierała długo i wielokrotnie.
Jak widać, argument (a) jest fałszywy. Demokracje rzadko upadają od jednego ciosu. Świeżo upieczony dyktator musi się zazwyczaj przez kilka lat przepychać z sądem najwyższym albo parlamentem, w którym jeszcze ciągle funkcjonuje jakaś opozycja.
Kto więc argumentuje, że „od pięciu lat słyszy o śmierci demokracji, a demokracja ciągle nie umarła”, jest jak Włoch, który w 1927 mówi: „Nowa ordynacja wyborcza to śmierć demokracji? Słyszałem to już pięć lat temu, gdy Mussolini maszerował na Rzym”. No owszem, słyszał – i była to prawda i wtedy, i wtedy.
Jeśli ktoś będzie układał podobne zestawienie w przyszłości, poda w nim dwie daty dla Polski. Śmierć demokracji zacznie od 2015 (zamach na Trybunał Konstytucyjny), skończy w dwa tysiące dwudziestym którymś, gdy już wprowadzą ordynację przewidującą prawo głosu tylko dla obywateli lepszego sortu.
Argument (b) jest jeszcze bardziej bałamutny. W powyższym zestawieniu mamy sześć zamachów zrobionych przez demokratycznych przywódców (zaliczam do nich także monarchów konstytucyjnych z mandatem od demokratycznego parlamentu). Zamach pisowski nie będzie ani pierwszym, ani ostatnim na tej liście.
W krajach łacińskojęzycznych mają nawet na to specjalny rzeczownik: autogolpe. To zamach stanu, którego przywódca dokonuje nie przeciw sobie, tylko przeciw konstytucji.
W Ameryce Łacińskiej to się zdarza wyjątkowo często – demokratycznie wybrany prezydent ogłasza pronunciamiento i zastępuje parlament mianowaną przez siebie radą (czyli juntą). W Europie mniej więcej to samo zrobili np. austriacki kanclerz Engelbert Dollfuss albo estoński premier Konstantin Päts.
CDN...