diabollo
20.05.20, 07:41
Krzysztof Varga
Obejrzałem "Zabawę w chowanego" braci Sekielskich. I jak tu się nie tarzać ze śmiechu?
Tym, którzy jak oglądali "Zabawę w chowanego" braci Sekielskich przypomnę, że już w XI wieku święty Piotr Damiani potępiał księży "nadużywających dzieci". Przezabawne, prawdaż?
Z niechęcią i w poczuciu marnotrawienia czasu przystępowałem do oglądania nowego filmu braci Sekielskich „Zabawa w chowanego”. Byłem zblazowany i znudzony, rozpoczynając seans, albowiem należę do frajerów, którzy uważali, że poprzedni film Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” zmieni cokolwiek – jak wiadomo, nie zmienił nic, a może jeszcze mniej. Przystępowałem do oglądania „Zabawy w chowanego” w zawstydzającym przeświadczeniu, że byłem aż takim łosiem, ale z czasem moje samopoczucie poprawiło się i zażenowanie sobą przeszło w oczyszczający rechot. Z czego rechotałem? Z siebie rechotałem, z nas wszystkich rechotałem, z całej Polski się zaśmiewałem. Dławiłem się ze śmiechu, oglądając archiwalne, pełne fałszywego wzmożenia deklaracje polityków o bezwzględnej walce z patologiami seksualnymi, bez względu na to, w jakim środowisku mają miejsce. Nie z obłudnych obietnic Schetyny, Morawieckiego, samego Kaczora nawet się zaśmiewałem, ale z bezgranicznej naiwności swojej i was, bracia i siostry, się śmiałem.
Najbardziej jednak zaśmiewałem się z prymasa Wojciecha Polaka, który w swej bezsilności i kunktatorstwie zatroskanym głosem przepraszał za przewiny Kościoła, coś o zadośćuczynieniu mamrotał, ale widać było, że bezgraniczna nieporadność i niebosiężny strach za nim stoją. Widział kto kiedy bardziej strachliwego prymasa niż Polak? Coś prymas Polak wstrząsającego ostatnio powiedział w sprawach dla Polski i Polaków kluczowych? Może powiedział, a ja przegapiłem? Głos prymasa jest w ogóle słyszalny poza Pałacem Prymasowskim, a jeśli słyszalny, to brany na poważnie? Pamiętacie, co prymas Polak powiedział, gdy się zamieszanie odbywało wokół „Kleru” Smarzowskiego? Otóż Polak wyznał, że „Kleru” nie widział, bo „nie jest kinomanem”. Zgubna pasja do sztuki filmowej, jak wiadomo, niejednemu już zaszkodziła, Polak pomny na to od „Kleru” trzymał się z daleka. Teraz, po nowym filmie Sekielskich, znów, jak po pierwszym, głos zabiera zatroskany niezłomnie. Mądry Polak po szkodzie. Jak tu się nie tarzać ze śmiechu, mimo iż sama historia wyjątkowo nieśmieszna, ale przede wszystkim nienowa, a "Zabawa w chowanego" bardziej jest o klęsce i bezsilności wobec kłamstwa niż o zwycięstwie prawdy.
"Zabawa w chowanego" Sekielskich. Kościół za nic nie da się ukrzyżować
Mamy w nowym filmie Sekielskich opowieść o mężczyznach trzydziestoletnich, ze złamanym życiem, bo dostali się jako dzieci w konsekrowane ręce księdza Arkadiusza Hajdasza z parafii Ścięcia Świętego Jana Chrzciciela w Pleszewie. Ksiądz Arkadiusz ścinał – metaforycznie ujmując – młodych chłopców, którzy nieopatrznie zaplątali się w jego rejony łowieckie. Potem posługiwał w kaliskim szpitalu, tamże, do owego szpitala, został „zesłany” – cóż za kara straszna! Jakież piekielne męki musiał Hajdasz przeżywać, posługując chorym, a może i umierającym! Oczywiście wszyscy go uwielbiali, za serdeczność, empatię, otwartość. Dobry ksiądz, powiadali. To też mnie nudzi. Jestem znudzony własną narastającą obojętnością i zniechęcony nieopisywalnie bezczelnym lekceważeniem tematu przez hierarchię kościelną. Choć przecież po to istnieją struktury hierarchiczne, aby wedle własnego uznania karać, nagradzać, sprawy pod dywan zamiatać. W nieopanowaną senność popadam, gdy słyszę, że Kościół samooczyszczenia pragnie dokonać. Póki się nowy Luter, Kalwin, Zwingli nie pojawią, żadnej Kościół krzywdy nie doświadczy, a i sam się nie zacznie naprawiać, bo żadnej w tym korzyści nie widzi i niczego się uczyć nie zamierza.
Nie po to jest Kościół, by sam się czegoś nauczyć, ale by wyłącznie nauczać innych, w kwestiach moralnych najchętniej, ma się rozumieć.
Nieszczęśni mężczyźni chcą porozmawiać z dawnym oprawcą, pragną, by on ekspiacji dokonał: próżny trud. Hajdasz coś tam pamięta, ale niedokładnie, coś mu się tam mgliście kojarzy, ale dawno to było, 20 lat temu, kto by to pamiętał, może coś było, albo i nie było, w ostatecznym rozrachunku to Bóg osądzi, o czym tu gadać. Ten bełkot księżowski, pozbawiony grama godności, też mnie nudzi niemożebnie. Najlepszy moment "Zabawy w chowanego" to ten, gdy mężczyzna dorosły, były ministrant, rozmawia z zakonnicą, odwieczną w tej parafii siostrą Elżbietą. Poczciwa kobiecina rozumie ból szlochającego mężczyzny, dorosłego, brodatego i wytatuowanego, rozumie, ale co ona może? Nie ma uprawnień żadnych, żeby coś powiedzieć, cokolwiek uczynić. Wreszcie ucieka z płaczem. Jasne jest, że musiała wszystko wiedzieć i żyła z tą świadomością latami, posłuszna i pomna, że wylewną być nie może wobec postronnych, jak nakazuje klauzura zakonna.
CDN...