Dodaj do ulubionych

Świat to fake news

13.07.20, 07:24
Świat to fake news. Ludzie gotowi są pozabijać się dla spraw, które nawet nie są prawdziwe

Marcin Kącki

Na ludzi od zawsze w propagandzie działa strach i zawsze znajdą się na to podatni, a internet tylko to przyspiesza.

Młoda Amerykanka o poglądach feministycznych pracująca dla Demokratów i brzydząca się Republikanami pomaga Trumpowi wygrać wybory z pomocą faszystowskich klipów.

Jest książka, będzie pewnie film, bo Amerykanie potrafią zarobić na wszystkim, także na własnej głupocie i strachu. A z nimi cały świat.

Klucz to strach

Zaczęło się od zauroczenia. 26-letnia Brittany Kaiser, młoda, biała, wykształcona i świadoma demokratka pracująca dla Baracka Obamy i Hillary Clinton, szuka pracy, gdy jej status życiowy pogarsza się po nieudanych spekulacjach finansowych ojca.

W 2014 r. poznaje Alexandra Nixa, brytyjskiego 40-letniego biznesmena o arystokratycznym usposobieniu: polo, rauty, Oksford, „słowa dopieszczone do połysku niczym jego ekskluzywne buty”. Nix przewodzi nieznanej szerzej firmie Cambridge Analytica (CA). Dane cyfrowe, mówi Nix do Kaiser, są nową ropą naftową, a klienta nie wystarczy pozyskać, ale nawrócić. Pokazuje slajd: masz prywatną plażę, ale włażą na nią turyści. Możesz postawić tabliczkę „Teren prywatny”, ale to na nic. Lepiej postawić „Uwaga, rekiny!”.

Strach. To dewiza Nixa.

Gdy Kaiser pracowała w sztabie Baracka Obamy, jej doświadczenia z Facebookiem opierały się na pisaniu sympatykom miłych listów. A idee reklamy wyznaczał ciągle Don Draper sportretowany w serialu „Mad Man”, w którym burze mózgów kończyły się hasłem „Coca-cola to jest to!”. Nix uważał, że aby skuteczniej zmusić ludzi do picia coli, trzeba im podkręcić ogrzewanie.

Pokazał też Kaiser analizy danych, behawioryzm i psychografię, którą przećwiczył manipulując terrorystami na zlecenie CIA, FBI i Departamentu Stanu. Jego firma zatrudniała psychologów z prestiżowych uniwersytetów, a ci tworzyli algorytmy – za ich pomocą przewidywano, jak ludzie zareagują po wysłaniu im skrojonego na miarę mentalnego komunikatu.

Nix potrzebował Amerykanki, bo dopiero wchodził na tamtejszy rynek polityczny, by pomagać Republikanom wygrywać wybory. „Byłam zauroczona i zafascynowana” – pisze Kaiser. Tylko tyle plus chwilowa potrzeba pieniędzy wystarczyły, by demokratka pomagała wygrywać Republikanom. Bo to – jak próbuje się bronić – że była ofiarą „białych, dominujących mężczyzn o uprzywilejowanej pozycji”, uznajmy w tym przypadku za fajny chwyt reklamowy z epoki Dana Drapera.

Brittany lata po świecie, namawia watażków afrykańskich na zmanipulowane wybory, w Davos bawi się na imprezach z miliarderami, którzy łykają bajki o wydobywaniu metali szlachetnych na asteroidach, organizuje spotkania z wielbicielami broni palnej, pomaga Wielkiej Brytanii wyjść z Unii albo pracuje dla senatora republikańskiego Teda Cruza, który w USA ma status „króla buców”.

Kaiser jest świadoma bo – jak przyznaje – na Facebooku chowa swoje nowe kontakty z nadzieją, że wróci do Demokratów. Ale traci nad sobą kontrolę i wrzuca selfie w czapeczce z napisem: „Make America great again”. „Masz po tym spokojny sen?” – pytają ją dawni znajomi.

Wtedy jeszcze ma.

Seksualny kompas

Kluczem do zrozumienia sukcesu Cambridge Analytica są dane. Zgodnie z dewizą Nixa, że ten rynek to „Dziki Zachód”, firma wchodzi w posiadanie informacji o każdym pełnoletnim Amerykaninie – ma bazę 240 mln ludzi, także użytkowników Facebooka. Kto i co lajkował, jakie robił zakupy, czy wrzucił zdjęcia rodziny, czy dał się ponieść emocjom w dyskusji – CA wie wszystko, bo Facebook i inne firmy takie dane po prostu sprzedawały jak na targowisku próżności.

Jednym ze sposobów, by te dane wyjąć, były quizy. Na przykład „Kompas seksualny”. Za pomocą niepozornych pytań o ulubione pozycje psychologowie firmy wyciągali informacje o charakterach i zachowaniach użytkowników Facebooka. W ankiecie muzycznej za pytaniami o preferencje kulturalne kryły się dane o systemie zachowań i zwyczajów. I jeszcze superhak – użytkownik, który zgadzał się na quiz, dawał też zgodę na pokazanie intymności wszystkich znajomych.

Gdy Nix próbował przekonać do tego ludzi Sarkozy’ego we Francji, usłyszał: „To nie Ameryka, nasz kandydat, gdyby to wyszło na jaw, byłby spalony”. Nix i Kaiser tłumaczyli sobie taką odmowę tym, że… Europa była jeszcze w traumie Holocaustu i zbieranie danych kojarzyło się tu z hitlerowskimi listami Żydów.

CA stosowała też psychografię. Ludzi pogrupowano na otwartych, sumiennych, ekstrawertycznych, ugodowych i neurotycznych. Wysyłano im komunikaty, które odpowiadały im charakterom. CA nazwało to mikrotargetowaniem behawioralnym, którą to nazwę nawet firma zastrzegła. Chodziło o dotarcie do ludzi, których można urobić. Swoją skuteczność CA oceniała nawet na 95 proc.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Świat to fake news 13.07.20, 07:25
      Firma kupowała też, jak pisze Kaiser, listy słów kluczowych od Google'a, by dotrzeć do ludzi wpisujących te słowa w przeglądarki. Wtedy wyświetlały im się materiały przygotowane specjalnie dla nich przez CA. Firma wiedziała nawet, ile razy dana osoba kliknęła w ich reklamę, by w końcu przejść do właściwego komunikatu manipulacyjnego.

      Pracownicy CA mieli na tabletach pulpity kontrolne i na bieżąco mogli śledzić dane o urabianiu wyborców lub klientów komercyjnych. I tak zmienić strategię, by przekaz był jeszcze skuteczniejszy.

      Choć w 2015 r. po pierwszych doniesieniach prasowych Facebook zablokował dostęp do tych danych, to CA kupiła kolejne jeszcze tydzień po rzekomej blokadzie. Zamknięcie źródła oznaczało, „że nikt nie mógł już zarabiać na danych z Facebooka oprócz niego samego”.

      Cambridge Analytica osiąga wkrótce 75-proc. wskaźnik skuteczności w senackich kampaniach kandydatów republikańskich. W Karolinie Północnej firma celowała w kobiety o charakterze neurotycznym, by wzmocnić ich brak poczucia bezpieczeństwa. Gdy u części wyborców zauważyła lęk przed migracją, stworzyła im przekaz: „Nie możemy narażać naszych bliskich na niebezpieczeństwo. Uszczelnijmy granice”.

      Brexit i Trump

      Pierwszym wielkim testem dla CA był brytyjski brexit.

      Kaiser opisuje spotkania swoje i szefa z przedstawicielami Leave.EU, organizacji która pomagała przy brexicie eurosceptykowi Nigelowi Farage'owi, założycielowi Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).

      Leave.EU, bazując na wiedzy CA, przygotowała kampanię, która celowała w informacjach o rzekomych pobiciach przez imigrantów obywateli Wlk. Brytanii, zwłaszcza kobiet. Tydzień przed referendum zaburzony mężczyzna postrzelił i zadźgał nożem posłankę Jo Cox, zwolenniczkę pozostania w Unii. Przed sądem powiedział: „Śmierć zdrajcom”.

      Ale gdy Wlk. Brytania wychodziła z Unii, CA wchodziła w decydującą fazę kampanii Trumpa w USA.

      Mózgiem operacji wyborczej „Trump” był Steve Bannon, redaktor portalu Breitbart, który można nazwać cwańszym odpowiednikiem wPolityce.pl braci Karnowskich. Za Bannonem stali Mercerowie, miliarderzy, którzy mieli ideę znalezienia kogoś, kto posprząta Waszyngton z zepsucia i korupcji. A dla Trumpa start był projektem, by wypromować swoją telewizję Trump TV. Nawet biuro wyborcze Trumpa mieściło się na planie scenograficznym jego programu telewizyjnego.

      Na kampanię Trumpa w internecie poszło 100 mln dol., większość do Facebooka. Ale za takie pieniądze Facebook dał nie tylko dostęp do serwisu, ale i prima sort obsługę, czyli swoich ludzi. W biurze CA i sztabie Trumpa siedzieli, jak pisze Kaiser, pracownicy Facebooka i doradzali, jak gromadzić podobnych użytkowników, tworzyć niestandardowe grupy odbiorców i wdrażać „ciemne reklamy” – „treści widoczne na profilach ściśle określonych osób”. Trump miał o tyle przewagę nad Hillary Clinton, że jej sztab… zrezygnował z takiej pomocy. Kandydatowi Republikanów z pomocą przyszły też Twitter i Google, a Snapchat zaoferował nowe narzędzie: WebView Ads – do przechwytywania danych o użytkownikach. Inny program Snapchata do selfie dorzucał filtr z Hillary Clinton siedzącą w więzieniu, zgodnie z przekazem Trumpa: „Hillary to oszustka!”.

      Sukcesem było też kupowanie słów kluczowych od Google'a. Jeśli ktoś wpisał „Trump” i „Irak”, to wyskakiwało mu: „Hillary głosowała za wojną w Iraku – Trump był przeciwny”.
      Sąsiad widzi coś innego

      Projekt wpływu na ludzi przez media społecznościowe i wyszukiwarki miał u Trumpa nazwę „Alamo”. O jego sile świadczy to, że w centralnym sztabie Clinton pracowało setki osób, a u Trumpa – wraz z ludźmi z CA – ledwie 30.

      Ponad połowa kasy z kampanii poszła na atak cyfrowy. „Każdy komunikat był adresowany tak precyzyjnie, że większość ludzi nie oglądała tego, co ich sąsiedzi” – pisze Kaiser.

      A tych komunikatów, różnych pod względem treści, powstały tysiące. Gdy jakiś działał, pchano go do innych serwisów, a gdy działał słabo, zmieniano dramatyczny podkład dźwiękowy, kolorystykę i wymowę, najczęściej na nacjonalistyczną. Jedna kampania za milion dolarów dawała ponad 50 mln odsłon.

      Specjalna skierowana była do 300 tys. osób o zachowaniach neurotycznych. Przygotowano dla nich maile pełne lęku: „Wybór Clinton oznacza upadek Ameryki”, „Hillary zniszczy Amerykę” – były o 20 proc. skuteczniejsze niż maile o treściach neutralnych.

      Użyto filmu, na którym Michelle Obama mówi: „Jeśli nie potrafisz prowadzić własnego domu, to nie poprowadzisz Białego Domu”. Film zmanipulowano, jakby Obama mówiła o Hillary Clinton i romansach jej męża. Materiał skierowano prosto do komputerów kobiet, które wartości rodzinne ceniły wyżej niż niechęć do Trumpa.

      Kampania doprowadziła do 3-proc. wzrostu przychylności wobec Trumpa. Ponieważ jego przewaga w wielu stanach nie była zbyt duża, mogło to zdecydować o jego wygranej.

      „Zaślepienie”

      Działania Cambridge Analytica to nie tylko wykorzystanie danych czy balans na granicy prawa albo jego łamanie. W nagraniu z ukrytej kamery dokonanym przez dziennikarzy jeszcze przed kampanią Trumpa dyrektor Nix stwierdził, że jego firma może sięgnąć po każdą metodę wpływu politycznego, nawet szantaż czy podrzucanie prostytutek politykom.

      Ale po wygranej Trumpa na CA rzuciły się korporacje i politycy z całego świata, by zaangażować go do swoich kampanii konsumenckich i politycznych. Kaiser pisze: „Wyobraziłam sobie cyberataki wymierzone w niewinnych obywateli i pomyślałam o tym, jak łatwo było pompować brudne pieniądze w politykę, nie pozostawiając śladów”.

      Kaiser wiele żalu wylewa na samego Facebooka i innych potentatów sieciowych: „Nie tylko pozwalali przejmować moje dane dowolnej, skłonnej za nie zapłacić firmie, lecz także umożliwili zakłócanie wyborów przez siły z kraju i zagranicy”. Ale nauczyła się, że ludzie, dzięki fake newsom, „są gotowi pozabijać się dla spraw, które nawet nie są prawdziwe”. Dziś buduje marketingowe hasło „Bądź właścicielem swoich danych”, by zamazać złe wspomnienia po swojej działalności. Czy to szczere, czy kolejny pomysł na życie? Czas pokaże.

      CDN...
      • diabollo Re: Świat to fake news 13.07.20, 07:27
        Facebookowi sprawa z CA wizerunkowo niespecjalnie zagroziła. Gdy na jaw wyszły kulisy wyboru Trumpa, po prostu się odcięła, twierdząc, że nie akceptuje takich działań. A podczas przesłuchania przed specjalną komisją Mark Zuckerberg oświadczył, że nic wie o tym, by pracownicy Facebooka pomagali w kampanii Trumpa. Także chwilowe wzmożenie moralne użytkowników z hasztagiem #DeleteFacebook miało krótki żywot. Fani Facebooka są zbyt uzależnieni od więzi internetowych i dopaminy płynących z lajków, by przejąć się mocniej takimi zarzutami.

        Roger McNamee, jeden z byłych wielkich udziałowców Facebooka, wiedział, że dane są wykorzystywane przeciwko użytkownikom, ale Mark Zuckerberg i Sheryl Sandberg, szefowie serwisu, ignorowali jego ostrzeżenia. McNamee odszedł z serwisu i prowadzi kampanię ostrzegającą ludzi przed handlem ich danymi. Jego zdaniem Facebook to „najsmutniejszy przypadek firmy zaślepionej własnymi osiągnięciami”.

        Facebook karę twierdzi, że oznacza już reklamy polityczne i manipulacje. Jednak Yaël Eisenstat, była pracownica CIA, która dostała ofertę pracy w Facebooku jako menedżerka ds. uczciwości wyborów odeszła po pół roku, bo szefostwo nie chciało wdrożyć żadnej z jej propozycji zabezpieczeń.

        Cambridge Analytica po wyjawieniu jej roli w wyborach zbankrutowała, ale jej szef, Alexander Nix spotykać się miał później z Borisem Johnsonem.

        Jakie wnioski płyną ze sprawy manipulowania wyborami w USA? Że nieważne są narzędzia, serwisy czy kanalie krążące wokół polityków, którzy nierzadko sami są kanaliami.

        Najważniejszy przekaz brzmi: na ludzi od zawsze w propagandzie działa strach i zawsze znajdą się podatni, a internet tylko to przyspiesza.
        Tak było, jest i będzie coraz gorzej.

        Oto dowód.

        Kłam albo zabij

        Druga połowa XIX wieku. Na świat przychodzi w USA William Randolph Hearst, syn właściciela kopalń srebra i złota. Ojciec szukał złota, a syn je znalazł – na rynku prasy.

        Hearst, którego jedną z dewiz było: „Każdy człowiek jest łajdakiem i można go kupić”, szybko się zorientował, że emocją, która daje najwięcej zysku, jest strach.

        Pod koniec lat 80. XIX wieku jego gazety, jak „Examiner”, testowały wyobraźnię czytelników zmyślonym trzęsieniem ziemi, niszczycielskimi pożarami, choć trzeba mu oddać, że pozwalał też działać „muckrakerom”, reporterom, którzy pod przykrywką odkrywali przekręty, np. w służbie zdrowia.

        Hearst operował emocjami na różnych polach. Jego gazety krytykowały bogatą finansjerę, stawały w obronie słabszych, ale zaraz potem np. firma Southern Pacific wykupywała za bajońskie kwoty ogłoszenia w wydawnictwach Hearsta i ataki dziennikarskie znikały.

        W Nowym Jorku jego największym konkurentem był wydawca Joseph Pulitzer. By zawojować tamtejszy rynek, Hearst skierował gazetę do najniższej klasy czytelników – emigrantów, bezrobotnych, głodnych, by być „rzecznikiem upokarzanych i znieważanych” oraz „milczącej większości”. Był to okres, gdy w USA kilku miliarderów podzieliło między sobą przemysł kolejowy, stalowy, naftowy i spożywczy, a sam Hearst miał pałac, w nim zoo z lwami, kilkanaście gazet, stacji radiowych, kolekcjonował nawet mumie egipskie i miał kopalnię w peruwiańskim Cerro de Pasco, w której warunki pracy można określić spokojnie jako niewolnicze.

        Podczas wielkiego kryzysu, gdy szukał oszczędności, pisał ze swojego zamku, leżąc w łożu z baldachimem, które należało kiedyś do kardynała Richelieu: „Obetnijcie spokojnie moje pobory o połowę i powiedzcie chłopcom, że muszą być gotowi do takiej samej ofiary, aby okazać pomoc!”. Pensja Hearsta była wtedy sto tysięcy razy wyższa niż jego „chłopców”.

        Hearstowi udało się jednak stworzyć wśród swoich biednych czytelników wspólnotę nazwaną przez antropologa Benedicta Andersona „wspólnotą wyobrażoną”, w której jest miło i przyjemnie, a poza nią czyha świat niebezpieczny i zły. Czyż to nie wspaniały przykład naszych baniek na Facebooku?

        Hearst znalazł spoiwo w sensacji i strachu (nasze bańki?), tworząc tzw. żółtą prasę, zwaną dzisiaj tabloidową. Podkupił Pulitzerowi dziennikarzy i wraz z nimi epatował „wspólnotę wyobrażoną” zgodnie z zasadą: „Nasz czytelnik umie czytać, ale nie umie myśleć”.
        Gdy w USA wzrastały wojenne nastroje w konflikcie z Hiszpanią o Kubę, Hearst uznał, że patriotyzm, nacjonalizm i strach podniosą nakład. Z maszyn drukarskich poszły fake'owe artykuły o brutalnym obchodzeniu się przez Kubańczyków z Amerykankami. Tytuły: „Meksykańskie bestie”.

        Tak jak CA w kampanii Trumpa chciała wykupić kradzione maile Hillary, tak Hearst skupował kradzione listy dyplomatyczne Kubańczyków, w których niepochlebnie wypowiadano się o ówczesnym prezydencie Williamie McKinleyu. Tytuły u Hearsta: „Najbardziej niesłychana obraza Stanów Zjednoczonych”.

        A ponieważ McKinley był niechętny wojnie z Kubą, to gazety Hearsta wprost wezwały: „Jeśli złych ludzi można się pozbyć, tylko zabijając ich, to trzeba to uczynić” – pisano w „Journalu”. McKinley został wkrótce zastrzelony przez pochodzącego z rodziny polskich emigrantów Leona Czolgosza, w którego kieszeniach znaleziono artykuł z „Journala”.

        Zwłoki zabrał przypływ

        Hearst oprócz planów biznesowych miał też polityczne.

        Gdy zamarzył o karierze gubernatora lub prezydenta, kazał dobrze pisać o organizacjach partyjnych – jak Tammany Hall, która była niesławnym, na poły gangsterskim ramieniem Demokratów. Jego własne gazety opisywały Hearsta jako dobrodusznego dżentelmena: „Jakże często zdarzało się, że kazał nagle zatrzymywać swój wóz, by nieść pociechę słabnącemu koniowi, bezpańskiemu pieskowi”. To ciekawe, bo gdy Hearst kupił gazetę w Chicago, jego ludzie wynajęli gangsterów, by walczyli o kioski, i na ulicach dochodziło do strzelanin.

        By pozyskać głosy polskich, katolickich imigrantów, kazał wydrukować portret papieża z rzekomym dla siebie poparciem (tu na pewno nic się nie zmieniło). A głosy delegatów partyjnych po prostu często kupował.

        Najlepiej jednak działała dewiza: każdy się czegoś boi, trzeba tylko ten lęk uczynić realnym.
        Po rewolucji zapatystów w Meksyku Hearst utracił tam ranczo. Wpadł w szał, a machina fake newsów wskoczyła na wyższy bieg. Jego gazety miesiącami zohydzały Meksykanów, by wyzwolić w USA nastroje agresji i zemsty. Tytuł: „Wmaszerujemy do Meksyku!”.

        Jednak przykładem „ojca wszystkich fake newsów” był artykuł w „New York American”. Opublikowano w nim zdjęcie meksykańskich dzieci z rękami podniesionymi do góry. Podpis: „Dzieci zostały wpędzone do wody, zmuszone do podniesienia rąk i uśmiercone strzałem w potylicę. Zwłoki zabrał przypływ”. Tyle że autorem zdjęcia był angielski naukowiec, który wykonał je w Hondurasie, a dzieci sam poprosił o podniesienie rąk, by pokazać ich budowę ciała.

        Na porządku dziennym było zmienianie depesz zagranicznych korespondentów na tonację strachu i wojny. Gdy reporter Roscoe Mitchell został wysłany za granicę, a jego depesze podlegały takiej korekcie, że nie wiedział, gdzie się ze wstydu schować, złożył wypowiedzenie. Otrzymał odpowiedź: „Niech pan będzie dobrym żołnierzem i porządnym chłopcem”.

        CDN...
        • diabollo Re: Świat to fake news 13.07.20, 07:28
          Gdy kongresmeni USA nie palili się do wojny z Meksykiem, gazety Hearsta oskarżyły czterech fałszywie o łapówki.

          Dlaczego nie poniósł konsekwencji? Strach. Tym razem przed samym Hearstem, demoralizacją jego dziennikarzy, a także przed szerokimi powiązaniami wśród biznesu największych amerykańskich miliarderów.

          Tak naprawdę tylko Orson Welles w filmie „Obywatel Kane” miał odwagę sportretować wtedy Hearsta jako cynicznego autokratę, co przypłacił końcem kariery, bo miliarder zabronił studiom emisji filmu i późniejszej współpracy z Wellesem w USA.

          Biznes, także medialny, to na końcu zawsze tylko biznes i potrzeba zysku. Model, w którym właściciele i akcjonariusze wybiorą zysk zamiast moralności, najlepiej pokazuje analiza, jaką Hearst zlecił w przededniu wojny. Spytał doradców, kogo opłaca się wspierać – Niemców czy koalicję. A ponieważ obawiał się, że wzrost pozycji Brytyjczyków zagrozi jego kopalniom miedzi w Peru, postawił na Niemców. Przez całą wojnę jego koncern gazet o nakładzie 5 mln egzemplarzy albo chwalił oddziały Hitlera, albo przestrzegał USA przed przystąpieniem do wojny.

          Zresztą już po dojściu Hitlera do władzy ministerstwo propagandy III Rzeszy płaciło milion marek rocznie abonamentu za dostęp do agencji informacyjnej Hearsta, a w zmian jego prasa nie krytykowała reżimu. A dzienniki Hearsta w okresie wojny zdobiło wielkie hasło „America First”.

          I znów komisja powojenna, która badała przypadki szkodliwej działalności na rzecz USA, nad samą działalnością Hearsta zbytnio się nie pochylała. Jego gazety tym razem straszyły komunizmem.

          Z dzienników Harolda Ickesa, szefa dyplomacji amerykańskiej, wynika, że sam prezydent Franklin Roosevelt bał się Hearsta jako człowieka nieobliczalnego i podejmował decyzje pod naciskiem jego prasy, nawet te sprzeczne ze swoimi poglądami. A jeśli się stawiał, to mógł w nich przeczytać, że „zaprzedał się marksistom”.

          Gdy Hearst jeszcze przed wojną chciał kogoś utrącić, to grał komunizmem. W jednej z jego gazet, by straszyć Uptonem Sinclairem, socjalistą, pisarzem i politykiem, opublikowano zdjęcie tłumu, który rabuje i gwałci. Podpis brzmiał: „To dzikie hordy pod wodzą Sinclaira chcą bolszewizować kraj”. A było to zdjęcie z westernu „Wild Boys of the Road”, o czym słabo wyedukowani czytelnicy prasy Hearsta nie mieli pojęcia.

          Goryl manipulacji

          Hearst zmarł samotnie w domu swojej kochanki. Ale koncepcja tabloidowego strachu w propagandzie medialnej, której był współautorem z Josephem Pulitzerem, przetrwała i elegancko się rozwija.

          To, co dla Hearsta było mordęgą kosztów drukarskich i osobowych, specjalistyczną maszyną złożoną z wielu poziomów pracy i inwestycji, dzisiaj – jak pokazała choćby kampania Cambridge Analytica – można zrobić jednym filmikiem nakręconym przez fanatyka.

          A to dopiero początek, co pokazuje tych kilka liczb:

          - W 2012 roku ponad jedna trzecia mieszkańców Ziemi miała internet, a 45 proc. z nich mieszka w Azji. Afryka jest opóźniona, ale tam Cambridge Analytica i podobne jej firmy po prostu wymyślają oddolne protesty, które udają spontaniczną rewolucję: ludzie dostają farbę i robią murale.

          - Google przewiduje, że w najbliższych latach ponad 5 mld ludzi, czyli jego klientów, będzie miało internet.

          - Więcej ludzi w przedziale wiekowym 18-34 lat ogląda YouTube'a niż telewizję.

          - W 2012 roku zrobiono 380 mld zdjęć, prawie wszystkie cyfrowe.

          - W 2011 roku było ponad bilion wejść na YouTube'a.

          - W 2014 r. Google obliczył, że co roku do sieci wrzuca się 30 mld selfie.

          Pisarz i eseista David Foster Wallace nazwał to „szumem totalnym”, gdy dawki informacji są tak wielkie, że nie prowadzą do syntezy. Ja wolę pojęcie „bluszczu informacyjnego”, który wymaga tak żmudnego przebijania się, że porzucamy męczące dociekanie i zadowalamy powierzchownymi informacjami.

          Zdaniem Nicholasa Mirzoeffa, teoretyka kultury wizualnej z New York University, „choć dysponujemy tak licznymi nowymi materiałami wizualnymi, często trudno z pewnością orzec, co widzimy, gdy patrzymy na dzisiejszy świat. Żaden z opisywanych procesów nie jest ani zakończony, ani stabilny”.

          Sama propaganda to nic innego jak zamulanie obrazu rzeczywistości albo ulepszanie wizerunku, coś jak wygładzanie pryszczy. Zrozumiałe zatem, że w dobie nakładek, które pozwalają wygładzać zdjęcia selfie, dla propagandy powinno być coraz więcej wyrozumiałości. Każdy może być propagandystą, a popyt na dziennikarzy jest mniejszy. Bo łatwiej zrobić fake news niż rzetelny materiał.

          Fake news to z kolei element baniek, „wspólnot wyobrażonych”, który wcale nie jest domeną faszystów i wariatów. Wielu moich znajomych wrzuca na swoje profile fake newsy świadomie, bo są tożsamościowym klejem. „Skoro i tak prawda jest po naszej stronie”, to wolno nam więcej. „A poza tym jesteśmy na propagandę odporni”. Czyżby?

          Z fake newsem jest jak z gorylem w doświadczeniu Daniela Simmonsa – pokazał grupie badawczej scenkę filmową, na której kilka osób podaje sobie piłkę. Obserwatorzy mieli policzyć podania, ale byli tak skoncentrowani, że połowa nie zauważyła człowieka w przebraniu goryla, który przebiegł przez kadr.

          Z propagandą w sieci jest podobnie – jej odbiorca tak bardzo oczekuje poparcia dla swoich poglądów, że nie zauważa „goryla manipulacji”.
          Badacz kultury wizualnej William J. T. Mitchell okres po 11 września 2001 r. nazwał „wojną obrazów”: nie trzeba mieć bomby atomowej, by zmuszać imperia do działania. Egzekucje Państwa Islamskiego pokazywane w sieci spowodowały zaangażowanie się pacyfisty Obamy w wojnę z terroryzmem, czego kulminacją było przerażające zdjęcie, gdy prezydent z grupą doradców oglądają w zaciszu gabinetu, na żywo, zabicie ben Ladena – jakby oglądali finał NBA.

          Mogą też zajść reakcje odwrotne. Bill Clinton nie wysłał do Rwandy wojska, które mogło zapobiec rzezi Tutsi, bo chwilę wcześniej amerykańską opinią publiczną wstrząsnęło zdjęcie Paula Watsona, na którym Somalijczycy linczują amerykańskiego pilota.

          Karuzela propagandy
          W wojnie obrazów, by wygrać, należy pokazać strach i przemoc, a świat informacji przypomina „Rashomona” Kurosawy. Scena zbrodni widziana jest w nim z kilku perspektyw i każda daje inny obraz przebiegu zdarzeń. Tak działają bańki towarzyskie w sieci. Medioznawca Richard Grusin nazywa to „premediacją”, gdy każdy ma swój obraz i jest przekonany, że na jego podstawie może wydawać bezapelacyjne i sprawiedliwe wyroki.

          CDN...
          • diabollo Re: Świat to fake news 13.07.20, 07:28
            Potentaci informacji jak Apple czy Facebook stają, jak twierdzi Mirzoeff, pomiędzy nami a światem, filtrując to, co możemy poznać i zobaczyć. A świat, który nam dają, jest jak zdjęcie z aparatu cyfrowego: nie jest efektem zobaczenia, ale przeliczenia danych. Wystarczy zatem niewielka ingerencja w ten kod, by dokonać manipulacji.

            Mark Zuckerberg nie jest pionierem odkrycia, że na dzieleniu ludzi można zarabiać równie dobrze co na łączeniu. Po nim będą następni, skuteczniejsi, bo w internecie nie wyznaczono jeszcze granic szaleństwa i strachu. Karuzela propagandy będzie się mocniej kręcić, bo dojście do prawdy schowanej pod coraz gęstszym bluszczem śmieci informacyjnych, rozrywki i propagandy wymaga coraz większego wysiłku. A jak mówił Morfeusz do Neo w „Matrixie”, gdy dał mu pigułkę: „Obiecałem ci prawdę, a nie łatwe rozwiązania”.

            Korzystałem m.in. z:

            Brittany Kaiser „Dyktatura danych” – HarperCollins, Krytyka Polityczna, 2019, tłum. Piotr Cieślak

            Nicholas Mirzoeff „Jak zobaczyć świat”, Karakter, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, 2016, tłum. Łukasz Zaremba

            Georg Honigmann „William Randolph Hearst, czyli dzieje pewnego skandalisty”, Książka i Wiedza, 1974, tłum. Danuta Borkowska

            wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26116749,swiat-to-fake-news-ludzie-gotowi-sa-pozabijac-sie-dla-spraw.html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka