Jak skleić podzieloną Polskę?

01.08.20, 10:37
Jak skleić podzieloną Polskę? Dajcie mi nowe "Polskie drogi" [ORLIŃSKI]

Sklejanie Polski trzeba zacząć od wymyślenia dobrej opowieści o III Rzeczypospolitej. Takiej, która pomogłaby zrozumieć "moherom", dlaczego ich dzieci chcą już żyć inaczej, a "lemingom" przypomniałaby, skąd się wzięli.

Od dobrych 150 lat pisarze za wielką wodą marzą o napisaniu Wielkiej Powieści Amerykańskiej – epickiego dzieła potrafiącego uchwycić wieloetniczny i wieloklasowy portret tego społeczeństwa. Nadali temu pojęciu skrót (GAN – Great American Novel), kilku nawet napisało książki pod takim właśnie tytułem (m.in. Philip Roth).

Niektórzy krytycy uważają, że GAN już napisano i że jest to albo „Chata wuja Toma”, albo „Grona gniewu”, albo „Tęcza grawitacji”, albo „Wielki Gatsby”, albo jeszcze coś innego. Jeszcze inni ciągle czekają na TĘ wielką powieść.

Osobiście myślę, że GAN rzeczywiście już powstała, ale że nie ma jednego autora. Gdyby ją wydać drukiem, miałaby tytuł „Zebrane scenariusze seriali”.

Serial telewizyjny jest sztuką arcyamerykańską. Amerykanie zaczęli je produkować jeszcze w latach 40., w pionierskich latach małego ekranu. Reszta świata dołączyła dobrą dekadę później.

Od dobrych 150 lat pisarze za wielką wodą marzą o napisaniu Wielkiej Powieści Amerykańskiej – epickiego dzieła potrafiącego uchwycić wieloetniczny i wieloklasowy portret tego społeczeństwa. Nadali temu pojęciu skrót (GAN – Great American Novel), kilku nawet napisało książki pod takim właśnie tytułem (m.in. Philip Roth).

Niektórzy krytycy uważają, że GAN już napisano i że jest to albo „Chata wuja Toma”, albo „Grona gniewu”, albo „Tęcza grawitacji”, albo „Wielki Gatsby”, albo jeszcze coś innego. Jeszcze inni ciągle czekają na TĘ wielką powieść.

Osobiście myślę, że GAN rzeczywiście już powstała, ale że nie ma jednego autora. Gdyby ją wydać drukiem, miałaby tytuł „Zebrane scenariusze seriali”.

Serial telewizyjny jest sztuką arcyamerykańską. Amerykanie zaczęli je produkować jeszcze w latach 40., w pionierskich latach małego ekranu. Reszta świata dołączyła dobrą dekadę później.

Opóźnienie brało się z tego, że poza Ameryką długo nie było nadawców komercyjnych, nawet w krajach kapitalistycznych. Do lat 60. dominował model, w którym w kraju działa tylko jeden nadawca, obdarowany przez państwo ustawowym monopolem w zamian za państwową kontrolę nad nadawanymi treściami (tak przed wojną funkcjonowała prywatna spółka Polskie Radio sp. z o.o.).

Ten monopol sprawiał, że europejscy nadawcy, jak BBC czy jego francuski odpowiednik RTF, długo nie musieli gonić za słuchalnością czy oglądalnością. Po co, skoro i tak nie mieli legalnej konkurencji?

Decydenci po obu stronach żelaznej kurtyny uważali wtedy, że „serial fabularny” to coś, co się dobrze sprawdza w radiu, ale nie sprawdzi się w telewizji. Jak dziś wiemy, srodze się mylili, ale wychodzili od dobrych przesłanek – w końcu rzadko się zdarza, żeby jakiś format rozrywkowy przetrwał przeprowadzkę z medium do medium. Dzisiejsze seriale telewizyjne też się raczej nie przenoszą do YouTube’a czy TikToka.

„Sezon”, „sitcom” czy „cliffhanger”
W latach 50. uważano, że dla telewizji najlepsza będzie formuła „antologii”, w której co tydzień oglądamy inną opowieść, z innymi bohaterami, a każdy odcinek stanowi odrębną, zamkniętą całość. W polskiej telewizji najbardziej znanym przykładem tego formatu był emitowany od 1956 r. czwartkowy Teatr Sensacji „Kobra”.

Amerykanie też eksperymentowali z tym formatem (chyba najsłynniejszy przykład to fantastyczno-horrorowy serial „Strefa mroku”), ale spróbowali też przenieść kilka radiowych seriali na ekran TV. I okazało się, że widzowie to właśnie chcą oglądać najbardziej.

W wywiadach i wspomnieniach z tej epoki widać zaskoczenie korporacyjnych decydentów tym faktem. To naprawdę nie było oczywiste 70 lat temu, że ludzie chcieli co tydzień oglądać przygody tych samych bohaterów. Że też się to nie znudzi?

Jak dziś wiemy – nie, nie nudzi się. Słynny tasiemiec „Moda na sukces” ma ponad 8000 odcinków. Gdyby ktoś chciał je obejrzeć ciurkiem, zajęłoby to pół roku non stop.

Przepowiadano, że ten serial będzie jedną z ofiar koronawirusa, ale okazało się coś wprost przeciwnego. Był jednym z pierwszych, przy których wznowiono produkcję, gdy w zeszłym miesiącu Kalifornia poluzowała ograniczenia.

Chociaż więc seriale dziś powstają na całym świecie, to Amerykanie wypracowali ich formułę i sformułowali podstawowe kanony gatunkowe. Do dziś używamy amerykanizmów, takich jak „pilot”, „sezon”, „sitcom” czy „cliffhanger”. Choć Brytyjczycy mówią tym samym językiem, dla nich to też były wyrazy obce.

Z serialem jest jak z operą. Wynaleźli ją Włosi, dlatego nawet jeśli libretto jest po polsku czy po niemiecku, nazywamy je po włosku librettem.

I tak jak opera i jej siostra operetka dorobiły się pewnych cech gatunkowych (możemy na przykład coś nazwać „operetkową intrygą” albo „operową przesadą”), tak samo serial jest czymś więcej niż sumą pojedynczych odcinków. Serial zmusza do dokładniejszego przyjrzenia się bohaterom i ich środowisku.

CDN...
    • diabollo Re: Jak skleić podzieloną Polskę? 01.08.20, 10:38
      Nawet gdy chodzi tylko o czysto eskapistyczną rozrywkę, sam rozmach narracji po prostu wymusza na twórcach sporządzenie pogłębionego portretu. I tak „Kojak” poza intrygą kryminalną przynosił obyczajowy portret Nowego Jorku z lat 70., a „House of Cards” tłumaczył mechanizmy działania amerykańskiej polityki lepiej od grubego podręcznika.

      I nawet jeśli fabuła jakiegoś serialu jest nierealistyczna, jak w przypadku „Mody na sukces”, czy seriali fantastycznych albo komediowych, jak „Z Archiwum X” czy „Simpsonowie”, to sama ta nierealistyczność też coś mówi o amerykańskim społeczeństwie w danej epoce.

      „Moda na sukces”, podobnie jak „Dynastia”, powstała w czasach, w których Amerykanie powszechnie wierzyli, że ich kraj jest najwspanialszy na świecie. Tylko tutaj można odnieść prawdziwy sukces. Hasło „Make America Great Again” nie miałoby dla nich wtedy sensu, bo uważali, że nawet na chwilę nie przestała być wielka.

      „Z Archiwum X” z kolei dokumentowało falę nieufności, którą Amerykanie zaczęli czuć wobec własnego rządu w latach 90. – gdy po zakończeniu zimnej wojny pootwierano różne archiwa i okazało się, że demokratyczne władze w wielu sprawach okłamywały obywateli. To oczywiście serial fantastyczny, ale wielu Amerykanów zaczęło na serio wierzyć w istnienie „głębokiego państwa”, tajnej sieci powiązań, za pomocą której elity kryją swoje mroczne sprawki.

      „Simpsonowie”, podobnie jak „Świat według Bundych”, pokazywali kryzys obyczajowy w świecie „niebieskich kołnierzyków”. Kiedyś, w czasach pokazywanych w serialach takich jak „Cudowne lata” czy „Mad Men”, amerykański ojciec rodziny był jej jedynym żywicielem, panem i władcą. Razem z przemianami gospodarczymi i ekonomicznymi tracił tę pozycję, co biednego Homera Simpsona praktycznie co tydzień prowadzi do jakiejś upokarzającej porażki.

      Seriale a fenomen Trumpa
      Wszystkie te seriale razem wzięte doskonale tłumaczą fenomen Trumpa – kim są jego wyborcy, w co wierzą, czego się boją, za czym czują nostalgię. Nawet jeśli ich fabuła jest całkowicie fantastyczna, dokumentuje realne zjawiska społeczne.

      Czasem można sobie wręcz zadać pytanie, na ile te seriale nie tyle przewidziały Trumpa, co sprowokowały jego nadejście. Robin Wright, grająca główną rolę w „House of Cards”, wręcz mawia w wywiadach, że Trump po prostu ukradł im pomysły na szósty sezon i wprowadził je w życie.

      Po obejrzeniu tego serialu skądinąd rzeczywiście trudno jest uwierzyć, że w polityce liczy się cokolwiek poza cynizmem i bezwzględnością. A w takim razie logicznym wnioskiem jest to, że się głosuje na kogoś, kto może i otwarcie łamie prawo i zasady savoir-vivre’u, ale za to od czasu do czasu rzuci społeczeństwu jakiś ochłap, jak Trump i Kaczyński.

      To samo mówiono o amerykańskich serialach już wcześniej. Gdy dziś się ogląda „Przez 24 godziny”, prezydent David Palmer wydaje się postacią wzorowaną na Obamie. Podobna uroda, podobny sposób mówienia i poruszania się, podobne wartości.

      Tylko że ten serial zaczęto nadawać w roku 2001, a Obama został prezydentem w 2009. Pojawia się więc pytanie: na ile twórcy serialu poprawnie przewidzieli tendencje, że Ameryka jest gotowa na czarnoskórego prezydenta, a gdy ten nadejdzie, będzie wyglądał mniej więcej tak jak David Palmer – a na ile nakręcili reklamówki dla kampanii Obamy?

      Na to pytanie akurat wielokrotnie odpowiadano: Joel Surnow, twórca „Przez 24 godziny”, jest zarejestrowanym republikaninem. Nie głosował na Obamę, przeciwnie.

      Przesłanie tego serialu jest przecież takie, że David Palmer może i jest sympatyczny, ale się myli w swojej polityce. Przecież zginąłby już w pierwszym sezonie, gdyby nie bezwzględny, ale skuteczny agent Jack Bauer, będący wręcz personifikacją bushowskiej „wojny z terrorem”.

      W popkulturze doskonale znane jest jednak zjawisko „misaimed fandom”, czyli „nietrafionych wielbicieli”. Twórca chciał jakieś zjawisko potępić albo pochwalić, a potem ze zdumieniem odkrył, że część publiczności odczytała fabułę wbrew jego intencjom.

      David Chase narzekał, że wielbiciele „Rodziny Soprano” identyfikują się z Tonym Soprano. Przecież to bezwzględny bandzior! Mamy go nie lubić! Stety lub niestety James Gandolfini zagrał go tak dobrze, że jednak wbrew intencjom twórcy go lubimy.

      "Rząd dusz", seriale zmieniają świat
      Podobne sytuacje mamy w polskiej popkulturze. W serialu „07 zgłoś się” porucznik Borewicz miał symbolizować gierkowską modernizację, a porucznik Zubek postalinowskie złogi (co zresztą sugeruje jego nazwisko, w którym zaszyfrowano słowa „z UB”).

      Taki przynajmniej plan miał twórca serialu Krzysztof Szmagier. Grający Zubka Zdzisław Kozień był jednak aktorem tak utalentowanym i charyzmatycznym, że nieustannie „kradł show” Bronisławowi Cieślakowi.

      Twórca może więc mieć różne intencje. Ale co mu z tego wyjdzie i jak to zinterpretują odbiorcy, to zupełnie inna historia.

      I chyba wyjątkowo często zdarza się to właśnie w serialach po prostu dlatego, że gdy pokazujemy jakąś postać przez kilkaset godzin, musimy sporządzić jej pogłębiony portret. Nawet gdy chodzi o banalną komedię czy kryminał. A wtedy ten portret zaczyna żyć własnym życiem...

      Twórcy seriali mają więc wpływ na społeczeństwo, politykę i „rząd dusz” niezależnie od intencji. Może im chodzić tylko o czysto komercyjną, eskapistyczną rozrywkę, a i tak będą zmieniać świat.

      Inna sprawa, że gdy czytamy biografie mistrzów sztuki serialowej, rzadko okazują się osobami apolitycznymi. Przeciwnie, przeważnie mają bardzo wyraziste poglądy i ich nie ukrywają, wiadomo, na kogo głosują. W Polsce Ilona Łepkowska, królowa telenowel, w ostrych słowach krytykowała ostatnio Jarosława Kaczyńskiego.

      CDN...
      • diabollo Re: Jak skleić podzieloną Polskę? 01.08.20, 10:38
        Tak samo jest w Ameryce. Słynni producenci telewizyjni często mają określony pogląd i promują go w firmowanych przez siebie serialach – czasem prawicowo-konserwatywny, jak Walt Disney czy Joel Surnow, czasem liberalno-postępowy, jak Aaron Spelling czy Alan Ball.

        Tych drugich w Hollywood jest jakby więcej i dlatego amerykańskie seriale odegrały ogromną rolę w oswajaniu opinii publicznej z prawami mniejszości etnicznych czy seksualnych, a także z podstawowymi pojęciami feminizmu. Tylko że tutaj często oczywiście pojawiało się zjawisko „misaimed fandom”: „Świat według Bundych” miał ośmieszać poglądy Ala Bundy’ego, tymczasem serial jest uwielbiany przez konserwatywnych antyfeministów, którzy się z nim identyfikują.

        Amerykańskie seriale od lat spełniają więc te postulaty, które w XIX wieku sformułował J.W. DeForest, twórca koncepcji Wielkiej Powieści Amerykańskiej. Przynoszą panoramiczny portret tygla narodów. Bracia Jordache z „Pogody dla bogaczy”, detektywi Columbo, Kojak, Banaczek i Shaft, rodzina Carringtonów i rodzina Bundych pokazują USA z punktu widzenia różnych klas społecznych i grup etnicznych.

        Serial doskonale nadaje się na narzędzie państwowotwórcze – pozwala na wykreowanie narodowi opowieści o sobie samym. Najpierw odkryli to Amerykanie, ale dekadę, dwie później przejęły to inne kultury. Francuzi za czasów de Gaulle’a na przykład zaczęli lansować obraz swojego kraju jako prawdziwej ojczyzny wolności i swobód obywatelskich (z mniej lub bardziej zaowalowaną sugestią, że Anglosasi i Niemcy to urodzeni tyrani).

        Jedną z pierwszych francuskich wielkich produkcji serialowych był „Thierry Śmiałek” (Thierry la Fronde), w PRL główna atrakcja młodzieżowego bloku „Ekran z bratkiem”. Tytułowy bohater był partyzantem walczącym o wolność z angielskim okupantem podczas wojny stuletniej.

        Płynęło więc z niego przesłanie podobne do innych klasycznych francuskich seriali z lat 60. i 70., jak „Vidocq”, „Brygada Tygrysa” czy „Arsene Lupin”. Tamte miały z kolei za tło czasy Napoleona lub III Republiki i przekonywały widza, że Francja „od zawsze” była ojczyzną wolności. Niejeden młodociany widz „Vidocqa” stawał się pod wpływem tego serialu zaciekłym bonapartystą.

        Podstawowym problemem opowieści, którą Francja snuła na własny temat, jest to, że wszyscy w nich byli biali. Nadal zresztą są – na co ironicznie zwraca uwagę w swojej prozie Michel Houellebecq. Jego „Serotoninę” można interpretować jako powieść o tym, że Francja boleśnie się przekonała, że opowieść, którą V Republika snuła o sobie samej we własnej popkulturze, od początku była po prostu nieprawdziwa.

        Te serialowe opowieści mają poważne społeczne skutki. Dlaczego właściwie akurat zamordowanie kilka miesięcy temu czarnoskórego George’a Floyda przez policjanta na służbie wywołało ogólnonarodowe zamieszki? Przecież to nie był pierwszy taki przypadek.

        Nawet jego ostatnie słowa, „Nie mogę oddychać”, które demonstranci nieśli na transparentach, nie padły po raz pierwszy. W 2014 r. tak samo brzmiały ostatnie słowa Erica Garnera uduszonego przez policjanta na ulicy Nowego Jorku.

        Tamta śmierć również wywołała demonstracje, ale krótkotrwałe i niezbyt masowe. Nie obalano pomników, nie okupowano centrów miast, nie rozwiązywano całych jednostek policji (przeciwnie: policjantów tradycyjnie uniewinniono). A co najważniejsze, w tamtych demonstracjach uczestniczyli prawie wyłącznie Afroamerykanie.

        Teraz pod sztandarami Black Lives Matter demonstrowali przedstawiciele wszystkich grup etnicznych. Protestujący w wielu miastach mieli wsparcie wpływowych przedstawicieli białej klasy średniej. Teraz to biali wyrzucają białych z pracy za rasistowskie wypowiedzi, rzecz w 2014 r. nie do pomyślenia.

        Szukając przyczyn, trudno pominąć to, że tak wiele amerykańskich seriali w tym okresie – „Sprawa idealna”, „Detektyw”, „Orange is the New Black”, „Better Call Saul”, „Brooklyn 99” – pokazywało, że policja i system sprawiedliwości są zepsute do szpiku kości. Część z nich to komedie, część jest na serio, ale wspólne przesłanie jest takie, że amerykańska Temida inną wagę przykłada do białych, a inną do czarnych czy Latynosów, i koniec końców uderza to rykoszetem nawet w warstwy uprzywilejowane, bo stąd właśnie bierze się bezkarność gangów, które ich dzieciom sprzedają narkotyki.

        Nawet upadek komunizmu w 1989 r. miał jakiś związek z tym, że w Polsce (jak na całym świecie) namiętnie oglądaliśmy seriale wyprodukowane w Ameryce i pokazujące, jak fajnie się żyje w Ameryce i biznesmenom, i pastuchom (kowbojom). Nikt natomiast nie oglądał seriali o fajnym życiu partyjnych aparatczyków czy kołchoźników.

        A przecież w naszym obozie też powstawały dobre seriale. Ale realizowane od strony technicznej albo jak rozbudowane produkcje Teatru Telewizji (jak „Stawka większa niż życie”), albo kinowe filmy rozpisane na odcinki („Czterej pancerni”, „Przygody pana Michała”). Występowali w nich aktorzy znani z kina i z teatru, ze świata filmu pochodzili reżyserzy, operatorzy, scenarzyści.

        Tymczasem tak jak opera nie jest tylko teatrem, w którym się śpiewa, tak samo serial nie jest filmem z poszatkowaną projekcją. Amerykanie rozumieją to od dawna, od dawna mają więc aktorów jak Lorne Greene, Peter Strauss czy David Duchovny, którzy grają niemal wyłącznie w serialach, na dużym ekranie pokazując się tylko okazjonalnie. Mają też scenarzystów, reżyserów i producentów specjalizujących się wyłącznie w sztuce serialowej.

        CDN...
        • diabollo Re: Jak skleić podzieloną Polskę? 01.08.20, 10:40
          Współczesne dyktatury nie powielają tego błędu. Zarówno Turcja Erdogana, jak i komunistyczne Chiny realizują swoje serialowe superprodukcje chwalące mocarstwową historię i pokazujące te kraje jako dobre miejsca do życia dla współczesnych obywateli. Jak w Ameryce, tam też już nastąpiła pełna profesjonalizacja, o czym świadczą dzieła takie jak tureckie „Wspaniałe stulecie”.

          Współcześni dyktatorzy dobrze wiedzą, że warunkiem sukcesu politycznego jest dziś wylansowanie dobrej opowieści o sobie samym. A żadne medium nie nadaje się do tego tak dobrze jak serial.

          Nieprawdziwe opowieści o Polsce
          Po wyborach prezydenckich wielu ludzi zadaje sobie pytanie, jak skleić podzieloną Polskę. Dzielimy się prawie po połowie na „mohery” i „lemingi”, jak obie strony się złośliwie nazywają. Jeden obóz oskarża drugi o zaściankowość, drugi o bezmyślne podążanie za zachodnimi wzorcami.

          Polska produkcja serialowa powiela ten podział. Lemingi mają swoje seriale – superprodukcje Netflixa, TVN i HBO, których bohaterowie zazwyczaj wywodzą się z wielkomiejskiej klasy średniej. Nawet akcja serialu „Wataha”, teoretycznie umieszczona w Bieszczadach, zaczyna się od tego, że Warszawa wysyła na placówkę swoich ludzi (kapitana Markowskiego, prokurator Dobosz i agenta Halmana).

          Ofertę dla siebie mają też „mohery”. To seriale idealizujące Polskę swojską i prowincjonalną, jak „Ojciec Mateusz”, „Ranczo” czy „Złotopolscy”. Wynika z nich przesłanie, że na całym świecie nie ma lepszego miejsca do życia niż małe miasteczko gdzieś w Polsce. Znaczna część elektoratu Dudy na serio wierzy, że lepiej żyć w takim miasteczku niż w opanowanym przez islamistów, genderowców i eutanizatorów Amsterdamie czy Sztokholmie.

          Obie te opowieści o Polsce są fundamentalnie nieprawdziwe. Uczciwy portret polskiego małego miasteczka powinien odpowiadać na pytanie: skoro tu jest taki raj, to dlaczego marzeniem większości młodych ludzi jest ucieczka do Warszawy czy Sztokholmu właśnie? Ludzie głosują nogami za zachodnim systemem wartości, małe miasteczka się wyludniają.

          Ale serialowy autoportret „lemingów” też jest fałszywy, bo pokazuje ludzi bez korzeni. Można odnieść wrażenie, że większość bohaterów seriali takich jak „Tomek i Kasia” (to był bodajże pierwszy portret „lemingów” na małym ekranie), „Paradoks”, „Niania”, „Chyłka”, „Ślepnąc od świateł”, „Brzydula” czy „O mnie się nie martw” są wielkomiejską klasą średnią od urodzenia albo nawet od pokoleń.

          Wyjątkiem często jest główny bohater albo główna bohaterka. W wielu serialach to ktoś z klasy ludowej, który za sprawą jakiegoś zrządzenia losu wylądował w świecie doktorów, mecenasów, profesorów i redaktorów.

          Do ekstremum doprowadzono to w „Ślepnąc od świateł”. Tutaj główny bohater udaje przed otoczeniem klasycznego korporacyjnego „leminga”, ale to jest przykrywka dla działalności przestępczej. Tak naprawdę rozprowadza on wśród tych redaktorów i profesorów kokainę.

          Identyfikujemy się z takimi bohaterami (nawet negatywnymi), bo nasze historie wyglądają podobnie. Przeciętny polski „leming” przecież jest w tej wielkomiejskiej klasie średniej raczej od pięciu lat niż pięciu pokoleń.

          Dlatego właśnie ten temat jest dla nas drażliwy. Wolimy udawać, że z dziada pradziada jesteśmy koneserami sushi, latte, prosecco i clubbingu. W tych serialach często mamy długie ujęcia symboli warszawskiej nowoczesności – wieżowce, knajpy i autostrady. Można odnieść wrażenie, że to miasto zawsze tak wyglądało, ale przecież dziesięć lat temu tego wszystkiego tu nie było.

          Gdzie wtedy podziewali się bohaterowie seriali dla „lemingów”? O 90 proc. z nich tego nie wiemy. W Warszawie to pytanie jest towarzyskim faux pas.

          Sklejanie Polski trzeba zacząć od wymyślenia dobrej opowieści o III Rzeczypospolitej. Takiej, która pomogłaby zrozumieć „moherom”, dlaczego ich dzieci chcą już żyć inaczej, a „lemingom” przypomniałaby, skąd się wzięli.

          Możemy ukraść Amerykanom ich format – niech to będzie po prostu historia braci Dżordaszewskich, których drogi życiowe rozeszły się po 1989. Ale nigdy nie przestali się na swój sposób kochać. Najlepiej w koprodukcji TVP i TVN.

          Bez dobrej opowieści nie da się dzisiaj wygrać. Rozumie to Trump, rozumie to Erdogan, zrozummy to my.

          wyborcza.pl/7,75410,26173427,dajcie-mi-nowe-polskie-drogi.html
    • suender Re: Jak skleić podzieloną Polskę? 01.08.20, 20:45
      diabollo 01.08.20, 10:37

      > Jak skleić podzieloną Polskę?

      Jako obserwator z zewnątrz (nie jestem PRAWDZIWYM Polakiem) widzę, że RP nie jest podzielona, tylko obywatele wewnątrz tego kraju prezentują zdrowy pluralizm polityczny i konfesyjny.
      Daiblo zaś by chciał, by panowała tu urawniłowka jak w byłym CCCP.
      Przejrzyj Mistrzu na oczy, - ot co, .....

      Pozdrawiam edukacyjnie.
      • grzespelc Re: Jak skleić podzieloną Polskę? 02.08.20, 12:36
        Słuszna uwaga. Jedność jest przereklamowana.

        Jednak jest pewien problem. Naziole i pisowcy wyzywają, obrażają, a czasem i zastraszają ludzi o innych poglądach. Ci z kolei reagują pogardą i klasizmem (a czasem nie reagują, tylko po prostu zawsze ją mieli).

        Jest to trochę zbyt dużo. Ale ci, którzy się łudzą, że można te podziały zupełnie zlikwidować, są zwyczajnie naiwni.

        A jeszcze ciekawszym paradoksem jest to, że prawica sama wymyśliła, te wszystkie homosovieticusy, wprowadziła cała tę pogardę i przemoc symboliczną wobec ludu, a teraz stroi się w piórka obrońców uciśnionych...
        • diabollo Re: Jak skleić podzieloną Polskę? 02.08.20, 17:49
          No i katolicy dostana od nas cokolwiek pojednawczego, demokratycznego, równoścowego, to i tak przyłożą nam Stalinem, gułagiem i CCCP.

          Kłaniam się nisko.
          • walmart.ca Re: Jak skleić podzieloną Polskę? 02.08.20, 18:20
            suender napisał:

            > Jako obserwator z zewnątrz (nie jestem PRAWDZIWYM Polakiem) widzę, że RP nie je
            > st podzielona, tylko obywatele wewnątrz tego kraju prezentują zdrowy plurali
            > zm polityczny i konfesyjny
            .

            Z daleka widać, że cierpisz na niebywałą krótkowzroczność
Pełna wersja