diabollo
01.08.20, 10:37
Jak skleić podzieloną Polskę? Dajcie mi nowe "Polskie drogi" [ORLIŃSKI]
Sklejanie Polski trzeba zacząć od wymyślenia dobrej opowieści o III Rzeczypospolitej. Takiej, która pomogłaby zrozumieć "moherom", dlaczego ich dzieci chcą już żyć inaczej, a "lemingom" przypomniałaby, skąd się wzięli.
Od dobrych 150 lat pisarze za wielką wodą marzą o napisaniu Wielkiej Powieści Amerykańskiej – epickiego dzieła potrafiącego uchwycić wieloetniczny i wieloklasowy portret tego społeczeństwa. Nadali temu pojęciu skrót (GAN – Great American Novel), kilku nawet napisało książki pod takim właśnie tytułem (m.in. Philip Roth).
Niektórzy krytycy uważają, że GAN już napisano i że jest to albo „Chata wuja Toma”, albo „Grona gniewu”, albo „Tęcza grawitacji”, albo „Wielki Gatsby”, albo jeszcze coś innego. Jeszcze inni ciągle czekają na TĘ wielką powieść.
Osobiście myślę, że GAN rzeczywiście już powstała, ale że nie ma jednego autora. Gdyby ją wydać drukiem, miałaby tytuł „Zebrane scenariusze seriali”.
Serial telewizyjny jest sztuką arcyamerykańską. Amerykanie zaczęli je produkować jeszcze w latach 40., w pionierskich latach małego ekranu. Reszta świata dołączyła dobrą dekadę później.
Od dobrych 150 lat pisarze za wielką wodą marzą o napisaniu Wielkiej Powieści Amerykańskiej – epickiego dzieła potrafiącego uchwycić wieloetniczny i wieloklasowy portret tego społeczeństwa. Nadali temu pojęciu skrót (GAN – Great American Novel), kilku nawet napisało książki pod takim właśnie tytułem (m.in. Philip Roth).
Niektórzy krytycy uważają, że GAN już napisano i że jest to albo „Chata wuja Toma”, albo „Grona gniewu”, albo „Tęcza grawitacji”, albo „Wielki Gatsby”, albo jeszcze coś innego. Jeszcze inni ciągle czekają na TĘ wielką powieść.
Osobiście myślę, że GAN rzeczywiście już powstała, ale że nie ma jednego autora. Gdyby ją wydać drukiem, miałaby tytuł „Zebrane scenariusze seriali”.
Serial telewizyjny jest sztuką arcyamerykańską. Amerykanie zaczęli je produkować jeszcze w latach 40., w pionierskich latach małego ekranu. Reszta świata dołączyła dobrą dekadę później.
Opóźnienie brało się z tego, że poza Ameryką długo nie było nadawców komercyjnych, nawet w krajach kapitalistycznych. Do lat 60. dominował model, w którym w kraju działa tylko jeden nadawca, obdarowany przez państwo ustawowym monopolem w zamian za państwową kontrolę nad nadawanymi treściami (tak przed wojną funkcjonowała prywatna spółka Polskie Radio sp. z o.o.).
Ten monopol sprawiał, że europejscy nadawcy, jak BBC czy jego francuski odpowiednik RTF, długo nie musieli gonić za słuchalnością czy oglądalnością. Po co, skoro i tak nie mieli legalnej konkurencji?
Decydenci po obu stronach żelaznej kurtyny uważali wtedy, że „serial fabularny” to coś, co się dobrze sprawdza w radiu, ale nie sprawdzi się w telewizji. Jak dziś wiemy, srodze się mylili, ale wychodzili od dobrych przesłanek – w końcu rzadko się zdarza, żeby jakiś format rozrywkowy przetrwał przeprowadzkę z medium do medium. Dzisiejsze seriale telewizyjne też się raczej nie przenoszą do YouTube’a czy TikToka.
„Sezon”, „sitcom” czy „cliffhanger”
W latach 50. uważano, że dla telewizji najlepsza będzie formuła „antologii”, w której co tydzień oglądamy inną opowieść, z innymi bohaterami, a każdy odcinek stanowi odrębną, zamkniętą całość. W polskiej telewizji najbardziej znanym przykładem tego formatu był emitowany od 1956 r. czwartkowy Teatr Sensacji „Kobra”.
Amerykanie też eksperymentowali z tym formatem (chyba najsłynniejszy przykład to fantastyczno-horrorowy serial „Strefa mroku”), ale spróbowali też przenieść kilka radiowych seriali na ekran TV. I okazało się, że widzowie to właśnie chcą oglądać najbardziej.
W wywiadach i wspomnieniach z tej epoki widać zaskoczenie korporacyjnych decydentów tym faktem. To naprawdę nie było oczywiste 70 lat temu, że ludzie chcieli co tydzień oglądać przygody tych samych bohaterów. Że też się to nie znudzi?
Jak dziś wiemy – nie, nie nudzi się. Słynny tasiemiec „Moda na sukces” ma ponad 8000 odcinków. Gdyby ktoś chciał je obejrzeć ciurkiem, zajęłoby to pół roku non stop.
Przepowiadano, że ten serial będzie jedną z ofiar koronawirusa, ale okazało się coś wprost przeciwnego. Był jednym z pierwszych, przy których wznowiono produkcję, gdy w zeszłym miesiącu Kalifornia poluzowała ograniczenia.
Chociaż więc seriale dziś powstają na całym świecie, to Amerykanie wypracowali ich formułę i sformułowali podstawowe kanony gatunkowe. Do dziś używamy amerykanizmów, takich jak „pilot”, „sezon”, „sitcom” czy „cliffhanger”. Choć Brytyjczycy mówią tym samym językiem, dla nich to też były wyrazy obce.
Z serialem jest jak z operą. Wynaleźli ją Włosi, dlatego nawet jeśli libretto jest po polsku czy po niemiecku, nazywamy je po włosku librettem.
I tak jak opera i jej siostra operetka dorobiły się pewnych cech gatunkowych (możemy na przykład coś nazwać „operetkową intrygą” albo „operową przesadą”), tak samo serial jest czymś więcej niż sumą pojedynczych odcinków. Serial zmusza do dokładniejszego przyjrzenia się bohaterom i ich środowisku.
CDN...