diabollo
24.08.20, 07:54
Lepszy spór, choćby paskudny, od ciszy przerywanej z rzadka pochlebstwami. Jak podważanie autorytetów popycha świat do przodu
Wojciech Orliński
22 sierpnia 2020
Agora nie szanowała autorytetów. Siwobrody mędrzec musiał być pogodzony, że jego słowa zakwestionuje młodociany demagog
Amerykański dziennikarz Eric Weiner wyruszył kiedyś w podróż dookoła świata w poszukiwaniu źródeł cywilizacyjnego geniuszu. Punktem wyjścia było stwierdzenie, że kilkakrotnie w historii w różnych miejscach występowało ponadprzeciętne stężenie wybitnych umysłów – np. w starożytnych Atenach, renesansowej Florencji, oświeceniowym Edynburgu albo (obecnie) w Dolinie Krzemowej.
Dlaczego akurat tam? Dlaczego akurat wtedy? Skąd ten geniusz się brał? Dlaczego zanikł? Odpowiedzi zawarł w wydanej w Polsce parę lat temu książce „Geografia geniuszu” – przyglądał się w niej środowiskom, które stworzyły naszą cywilizację.
Streszczę ją w pigułce. Sekretem tych miejsc była (w przypadku Doliny Krzemowej nadal jest) zinstytucjonalizowana kultura sporu.
Na czym to polega? Wyjaśnijmy na przykładzie starożytnej Grecji. Załóżmy, że masz możliwość wybrania się tam wehikułem czasu i osobistej rozmowy z Sokratesem, Arystotelesem czy Pitagorasem. Pomińmy barierę językową – jak już mamy wehikuły czasu, to i mamy bezbłędne Google Translate. Po spotkaniu z nimi najgłupsze, co możesz zrobić, to zacząć rozmowę od: „Mistrzu! Podziwiam pańską twórczość!”. Zostaniesz uznany za idiotę.
W szkole uczono nas, że Ateńczycy nazywali idiotami obywateli nieinteresujących się sprawami publicznymi, ale Weiner twierdzi, że to tylko część odpowiedzi. Porządny obywatel (przeciwieństwo idioty) musiał być gotów 40 razy do roku wyjść na mównicę i przemawiać do blisko 7 tys. rozgorączkowanych współobywateli. Tematy były dowolne, od jakości tegorocznego wina po strategię wojny ze Spartą.
Najgorzej było wyjść na mównicę i powiedzieć, że prawda leży pośrodku. Albo w ogóle odmówić udziału w sporze. Właśnie kogoś takiego starożytni nazywali idiotą.
Debata zamiast świątyni
Ateńska agora była czymś niespotykanym w ówczesnym świecie. Wymieniano tu nie tylko poglądy, ale także towary.
Sporów między filozofami słuchali wtedy zarówno inni filozofowie, jak to się dzieje na współczesnych uniwersytetach, jak i zwykli Ateńczycy. Ostatecznym arbitrem w tych sporach był ktoś, kto wpadł na targ kupić figi, ale zasłuchał się w debatę między – dajmy na to – Sokratesem a Gorgiaszem. I dzielił się figami z tym filozofem, którego stanowisko go przekonało.
To było niespotykane zjawisko w świecie antycznym. Żadne greckie państwo nie miało odpowiednika. Perski król Cyrus mówił, że nie szanuje miasta, którego sercem jest „plac, na którym mieszkańcy celowo się spotykają po to, żeby się oszukiwać”.
I rzeczywiście agora była sercem Aten. Gdy Persowie zburzyli im miasto, Ateńczycy odbudowę zaczęli od agory. Mogli żyć bez świątyń i stadionów, nie mogli bez publicznych debat.
Winniśmy im za to wdzięczność, bo w tych debatach wymyślili filozofię, matematykę, teatr. I przede wszystkim demokrację, ustrój, który ma same wady, ale przez następne 25 stuleci nikt nie wymyślił lepszego.
I nie osiągnęli tego przez okazywanie sobie nawzajem szacunku i sympatii, tylko wprost przeciwnie, przez zaciekłe spory. Agora nie szanowała autorytetów, każdy siwobrody mędrzec musiał być pogodzony z tym, że jego słowa zakwestionuje natychmiast jakiś młodociany demagog.
Ten brak szacunku dla autorytetów jest być może jej najważniejszą spuścizną. „Obrona Sokratesa” to jeden z najważniejszych tekstów zachodnioeuropejskiej filozofii – a w jednozdaniowym streszczeniu to przecież tekst o procesie faceta skazanego na śmierć za obrażanie uczuć religijnych i podburzanie młodzieży przeciwko autorytetom właśnie. Oskarżony, zamiast okazać skruchę, jeszcze dorabia do tej swojej postawy całą filozofię (dosłownie zresztą, bo to wynalazek Sokratesa).
Tradycyjne kopanie biskupa
Podobnie wyglądało to w Renesansie czy Oświeceniu. Ogniskami największej erupcji kreatywności były środowiska, które wytworzyły kulturę wzajemnego obrażania się i upokarzania przez czołowych intelektualistów.
W Edynburgu doczekało to się nawet specjalnego określenia: „flyting”. Za Weinerem to „rytualne upokorzenie oponenta przez przemoc słowną, zakończone towarzyskim pogodzeniem w pubie”.
Kiedy więc Adam Smith powiedział kolegom przy piwie, że chyba już wie, jakie jest pochodzenie bogactwa narodów, a James Watt, że ma pomysł na uniwersalną, przenośną maszynę parową, która zrewolucjonizuje przemysł, to koledzy wcale ich nie klepali po plecach i nie stawiali kolejki. Odwrotnie, wytykali słabe punkty w ich koncepcjach, motywując do ich doskonalenia.
CDN...